O pocieszeniu, jakie daje poezja

Ludzie,

czasami tu można cichutko zemrzeć, wyschnąć

w tym głodnym bastionie obronno-nacierającym, w tej

kraince

poezji. W tym kunszcie tak ascetycznym

gdzie można do woli

używać słów: jak cegieł, jak karabinu maszynowego,

jak ogni — sztucznych i prawdziwych, jak siebie, jak życia

które

ani wygrane ani przegrane

płynie —

A tu robótki: sklejanie całości

na ślinę, na intelekt, na kulturę, wbrew

kulturze (w ramach kultury); och, to popiskiwanie

mocarne, erudycyjne, prywatne — ja sama

jestem jego zdradzieckim sumieniem bez wiary,

najchętniej

używam słowa wszystko

jakbym chciała to, co ono zawiera

wystrzelić, wypluć — już! teraz!

I marzę o gigantycznym widowisku

jakiejś filmowej operze z baletem, z muzyką przez

armatofony;

świat światła sława miliardy widzów

i doskonała wspólnota i rozumna, dokładna osobność

a nie tak jak tutaj:

relikwia

rzemiosło cienkiego nerwu

i cienkiego pędzelka

które już ledwo zipie pod ciężarem

własnej formy, świata, który przetrawia, głosu

który się wypowiada w tych

słupkach

schodkach

wersach.

I myślę: dobrze, na razie

jestem tutaj. I to na razie

prawdziwe czy nie

pociesza mnie najbardziej.