6.

Znowu ucichło.

Deszcz lunął gęstszy.

Zegar na wieży wybił trzy.

W imię Ojca i Syna!!

A to co!?..

Na skręcie ulic

Lampy migocą.

Lampy. Lampy. Lampy.

Wysypały zza węgła łańcuchem.

Białe. Oszalałe.

Biegną gdzieś, uciekają gdzieś, lecą parami

Ulicami. Bulwarami.

Nie zakręcą ani razu.

Raz — dwa — trzy! Raz — dwa — trzy!

Idzie mazur.

Para za parą! Para za parą!

En avant!

Eh, zimno!

Przeleciały armią szybką, stulicą

Nad zziębniętą ogłupiałą ulicą.

Zarzuciły łyse głowy

Na bakier.

Żegna się w trwodze posterunkowy

I spóźniony fiakier.

Popędziły dalej w tańcu

Wywijany, długi łańcuch,

Ulicami.

Zaułkami.

Bulwarami.

Zapędziły się na most nad rzekę.

W wodzie szarej i sinej

Przeglądają łysiny.

Lampy. Lampy. Lampy...

Na moście stał jeden,

Trzymał się rampy,

Wymiotował w czarną wodę żółte bluzgi.

Blask mu oświetla żółty profil starczy...

Pod mostem woda bulgoce.

Przewala się. Jęczy.

Wzdycha i warczy.

Woda.