16 października, piątek
Dzień taki, jak gdyby co najmniej odrodziło się słońce. Grzmoty dział, choć wcale nie słabsze, owszem, od wczesnego ranka grające fortissimo191, wydają się spokojniejsze, rzekłbyś, pomiarkowane przez promienną pogodę dnia i wracające ciepło. Haubice wtórują rozświtowi symfonią.
Rzecz znamienna, że kilka osób, zapewne niemających pojęcia, co to symfonia, użyło tego wyrazu dla oznaczenia armatniej muzyki, którą słyszymy już teraz bezustannie. Prawdopodobnie bez niej byłoby nam już nudno, jak bez tej nieskończonej wędrówki wojsk i taborów byłoby nam — martwo.
Odgłosy bitwy huczącej na przedmieściu stały się naszą potrzebą. Nawet najwięksi neurastenicy i trwożliwcy znieśliby pewnie bez silniejszego wstrząśnienia wielkie cięcie cesarskie, gdyby spaść miało na miasto.
Zresztą tych najtchórzliwszych zostanie już niewiele; niemal wszyscy opuścili „gród syreni”. Ci co najwięcej brząkali szabelką — oczywiście papierową — pierwsi dali nura. Pyskacze dziennikarscy, Tyrteusze192 wszechsłowiańscy po 15 kopiejek od wiersza, koczują na Pradze, aby na dany znak uciec wraz z policją. Niektórzy już się sprzedają w Kijowie, Smoleńsku, Moskwie.
Może dlatego powietrze w Warszawie jest czystsze i zdrowsze.
Dzięki zwianiu tej ochotniczej ochrany193 przybyło i trochę rozumu i możliwym się stało posłuchać, co np. mówią i myślą Niemcy w tej chwili niesłychanych swoich triumfów brennusowego194 miecza. Wszyscyśmy tak głęboko zespoleni w sympatii dla walczących Wasiek i Bartków, tak się nam ohydną wydaje perspektywa władztwa teutońskiego, tak nudną i wstrętną — aczkolwiek może nie straszną — że bez wzajemnego pomawiania o „zniemczenie” — czytamy i wyznania berlińskie.
Odezwa195 do narodów ucywilizowanych, podpisana przez 93 najznakomitszych uczonych, literatów i artystów Rzeszy, protestuje przeciwko kalumniom196, rzucanym na ich ojczyznę. Kłamstwem ma być oskarżenie o wandalizm, o okrucieństwo; kłamstwem nawet opinia, że to Niemcy dali hasło do powszechnej rzezi. Przeciwnie, oni do najwyższej ostateczności bronili pokoju, oni też własnymi piersiami zasłaniali Leuven i jego cudowny ratusz — zwierzami dzikimi są tylko Francuzi i Belgowie — itd.
Odezwa jest długa i — rzecz dziwna — nawet w takiej dobie gruntownie bez talentu! Wiele brutalności tonu, a nic szczerości; gniewnie tupie o podłogę obrażony wachmistrz berliński, lecz nie przekonywa. Ludzie, naprawdę wybitni i zasłużeni, nie zdobyli się na jeden piękny akord, jest to kakofonia197 na zwiększoną orkiestrę, obrażająca smak i zmysł sądu krytycznego. Bo jakże taka falanga filozofów i poetów mogła się dać stumanić fałszom urzędowym? Jakże mogli nie odczuć synowskiej zgrozy wobec mordowania ich duchowych macierzy, Francji i Belgii, przez ich własnych braci z krwią powalanymi rękoma? Toż om wszyscy ssali mleko z piersi Francji i Belgii, nim wzrośli i nim się utuczyli. Czy pomyśleli zresztą, że jeśli Niemcy owładną światem, to z nimi razem zasiądzie na tronie królowa Nuda-Brzydota, więc będzie to właściwie koniec świata jako Natchnienia i Geniuszu.
Nie do wiary! Gdzie tyle odezw i artykułów, dumnych jak orły, pięknych jak łabędzie, barwnych jak ptaki rajskie, gdzie literat z rozkoszą pławi się w pięknych marsyliankach artykułów francuskich — z ducha niemieckiego wyrywają się tylko ostre tony „piwnego głosu”. Kiedy w najbłahszym opisie pobojowiska, w opowiadaniu rannego żołnierza, lub korespondencji reportera z spalonego miasta, tętni krew i ból, a straszliwy koloryt wypadków rzuca mocne tęcze na styl nawet prosty i niewyszukany — odezwa 93 nieśmiertelnych jest kapitalnie brzydka i niesympatyczna.
I w tym jest symbol całej różnicy dwóch ras i kultur. Gdy Niemiec chce uczynić coś pięknego, czyni rzecz brzydką, gdy Francuz lub Belgijczyk chce uczynić coś brzydkiego — wypada rzecz piękna. Od Quasimoda198 począwszy, geniusz francuski sili się na brzydotę. W pościgu za rozmyślną szpetnością brali udział naśladowcy Wiktora Hugo, potem Zola i naturaliści, potem Baudelaire i Huysmans, dalej egzotycy w malarstwie, w końcu Cézanne, Gauguin i im pokrewni — rezultatem zawsze było jakieś niezniszczalne piękno, jakiś osad prastarej estetycznej esencji, w tonie czy języku, w dumie czy szerokości, sardonicznie199 wspaniałej nonszalancji gestu, dowcipu, lub w czymś podobnym. Gdy natomiast Niemcy silili się na brzydotę, na pewno się ona udawała. Są o wiele sumienniejsi i dokładniejsi...
W tym tkwi ich ogromna... wyższość nad Francuzami i objaśnienie dzisiejszych zwycięstw. Krupp i Corinth200 są braćmi po duchu i rasie. Pierwszy — arcymistrzem w cechu kannibalów, drugi — synem — jak wiadomo — rzeźnika i rzeźnikiem w malarstwie.
Francuz chce zrobić rzecz brzydką, Niemiec musi zrobić rzecz brzydką.
Reszta dnia dzisiejszego sprawiła, że co było obmierzłe201, stało się obmierźlejszym; refleksje moje o rzeźnikach wrychle202 znalazły ilustrację.
Siedzieliśmy spokojnie z poetą L. w sympatycznej naszej kuchni, gdzie kolację, śmieszni ludzie! dają braciom skrybom, artystom itd. za 15 kopiejek i rozmawialiśmy o dzisiejszych aeroplanach i o bombach, rzuconych przez nie na Chłodnej, na Młynarskiej i jeszcze gdzieś, bez wielkiego sukcesu. Gawędziliśmy z pięknymi kelnerkami — diwami o owej kapeli dział i o tym, jak nudno nam będzie, gdy umilkną. Nagle — grzechot strzałów karabinowych bardzo blisko, jak gdyby tuż za oknami. Jeszcze sekunda — i ulica zawrzała bieganiną i okrzykami. Druga sekunda — i huk straszliwy, złowrogi, dobrze nam warszawiakom znany huk bomby. Wybiegamy gromadą, z biciem serca i ciekawością nerwów. Łotr dwupłatowy unosi się nad domami na wysokości dwu tysięcy metrów, nie większy od pająka.
Cała dzielnica poruszyła się, jak boleśnie uderzone mrowisko. „Rzucił bombę na dworzec Kolei Wiedeńskiej” — wołają zewsząd. Idziemy szybko ulicą Chmielną. Znowu na niebie się pokazał. Znowu huknęły strzały karabinowe. Gdzieś z boku zagrały swój szybki pasaż kartaczownice. Niebawem zagrzmiały z fortów armaty. Spłoszone ptactwo rozpaczliwie biło skrzydłami o mury kamienic. Głosy: „uciekać, chować się do bram!” Uciekam, lecz na chwilę, gdyż miarkuję, że zbój napowietrzny nie nad samymi naszymi głowami przelatuje. A płynie spokojnie, jak gdyby nam urągał. Znowu kanonada z niewidzialnych karabinów i moździerzy, jakoby w górze inne skrzydlaki goniły lotnika. Rozpętała się wściekła, gorączkowa burza łoskotów, niestety, bezowocnych. Takiej orkiestry jeszcze nikt z nas chyba nie słyszał. Takim pragnieniem zemsty jeszcze nikt z nas chyba nie dyszał. Zdawało mi się, że to huczą serca olbrzymiej ciżby. W tej chwili nie było ostrożnych, byli tylko śmiertelni wrogowie zbrodniarza — latawca. A ja w dodatku zachwycałem się stałym tłem tej muzyki — dalekim, miarowym basem haubic, dzwoniącym bez przerwy spoza miasta.
A przy dworcu kolei już tylko z trudem przepychać się można. Szakal w mundurze pruskim, jeżdżący na dwupłacie, rzucił pocisk na drogę przed hotelem Polonia. Podobno zabił lub ciężko poranił kilku żołnierzy i rozszarpał kilka koni z baterii jaszczyków, które szły ku szosie radomskiej. W samym hotelu wypadły wszystkie szyby; wzdłuż chodnika, po którym stąpamy, okna wystawowe trysnęły od wielkiego naporu powietrza i oto chodzimy po warstwie tłuczonego szkła.
Nie widziałem już od dawna tłumu tak wielkiego, a tak posępnego i takim węzłem wspólnej bezradnej wściekłości złączonego. Z współczuciem patrzył on cały na dalsze baterie spokojnie sunącej artylerii, na niezamącony spokój wojowników. I zapewne lud nie zdawał już sobie sprawy z tego, że działa za Wolą wciąż ryczą i grzmią złowieszczo — tak miotał nim gniew i ból, nie wiadomo za czyje winy zesłany.
A teraz siedzę oto w spokojnej izbie swojej i rozmyślam o strasznym, a tak błękitnym i słonecznym dniu. Wielkie napięcie ducha teraz się we mnie rozkleiło i ledwo się od liryzmu wstrzymać mogę. Boże, świadkiem mi bądź, że potrafię niejeden miesiąc i rok przeżyć w takiej grozie, a ze mną i inni, lecz skąd wziąć miejsca w piersi na tę nienawiść i pogardę, jaka się światu należy — za jego naukę, jego postęp, jego „gabinety”, dyplomację?
Gorycz swą zabijam miłością dla tych moich bliskich i dla tych setek tysięcy dalszych, którym cywilizacja dwudziestego wieku kazała być bezbronnym stadem gołębi dla krwawego dziobu kołującego w górze drapieżnika...
O piękna i nieszczęsna Belgio, jakże my Ciebie teraz rozumiemy głęboko!...