17 października, sobota

Pamiętnik mój siłą rzeczy zamienia się na dziennik. Wypadki światowe tak podeszły pod samo serce nasze, że już nie można na nie patrzyć z perspektywy i zapisywać co grubsze, lecz musi się w każdej godzinie dnia widzieć całą staję przebytą naszego polskiego życia. Każdy dzień przynosi nowe doświadczenia i uczucia, każdy ranek — nowe potwierdzenie fatalności, zawisłej nad Polską i nad Warszawą.

Oto dzisiaj wyjaśniło się, że zbóje niemieckie rzuciły na miasto nie cztery lecz czternaście bomb. Nie naliczyć zabitych na miejscu żołnierzy i rannych przechodniów, oraz takich, co zmarli już po przewiezieniu do szpitali. Okaleczonych, bądź wskutek wybuchu, bądź odłamami druzgotanych okien i gzymsów, całe litanie w dziennikach, z górą pięćdziesiąt czy nawet sześćdziesiąt. Liczby ofiar rosną w miarę, jak się ujawniają. Dzień więc wczorajszy będzie się mógł nazywać dniem bombardowania Warszawy z samolotów, dniem pierwszym, a zapewne i nie ostatnim, w którym giną dzieci, kobiety i starcy.

Jesteśmy prawdziwie miastem moderne203.

A ludność Warszawy? Przeklina i śmieje się. Jeśli wróg myślał, że ją zastraszył lub zgnębił, grubo się pomylił. Znowu spłacić muszę hołd wytrzymałości duszy zbiorowej, która z doskonałą odwagą przygotowywa się do większych niebezpieczeństw i okropniejszych bezeceństw. Chodzą oglądać dom na Chłodnej z obszarpanym dachem, i pogiętą kratę dookoła skweru przed dworcem Kolei Wiedeńskiej, wyrwy w bruku i dziury zamiast wspaniałych szyb. Do Ogrodu Saskiego, gdzie padły także dwie bomby — nikt nie pójdzie, bo zamknięty.

Bilans naszego przyzwyczajania się stopniowego do dobrodziejstw wojny jest już dziś okazały. Nie mamy węgla kamiennego, palimy koksem, drzewem, antracytem, torfem, który jest tak drogi, jak najdroższe czarne diamenty z eks-Zagłębia Dąbrowieckiego. Elektryczność płonie tylko w co drugiej lampie, na schodach domów świeci się tylko co drugie piętro. Nie mamy mleka i masła, bo bitwy pod Warszawą ułatwiają jedynie dowóz koniny, ale żadną miarą mleczywa.

Wczoraj zamknięto nam telefony; teatry rządowe nieczynne, poczta i telegraf tylko kapią, drobne pieniądze ponownie nieobecne, sądów nie ma; tramwaje wyjeżdżają na miasto o godzinę później, a kończą robotę już o jedenastej. Alkoholu i piwa ani na lekarstwo. Wszystkie kokoty204 zarekwirowane na potrzeby wojska.

I — ostatnie choć nie najdrobniejsze: — trzy ćwierci Królestwa i tyleż Galicji Wschodniej zamieniono w zwaliska.

Zniszczonych i zrabowanych miast dziesiątki; spalonych i złupionych gospodarstw, osad, wsi — setki, niemal tysiące.

Bardzo szanuję życie i wierzę w jego potencję i zdolność odradzania się, ale powiedzcie mi, ilu pokoleń trzeba będzie, ażeby te grody i sioła zakwitły na nowo. Tymczasem ziemia orna przygnieciona ołowiem i żelazem, a granaty i szrapnele wyrwały na powierzchnię gleby — piach. Chyba że obsiewać będziemy drogi, bo te właśnie zorano parowymi pługami, ażeby nieprzyjacielowi trudniej było wlec tamtędy swe żelazne bydlęta.

Myślę, że więcej rozkosznych rzeczy trudno było dokonać w ciągu dwóch i pół miesięcy. I myślę, że gdy nawet Niemiec podejdzie pod samo miasto i w gruz zamieni kilka lub kilkanaście ulic — jego nadzieja wielkiego efektu zrobi kompletne fiasko. Już żyjemy w gruzach i ruinach — i plwamy205 na dalsze groźby.

Warszawo, nie syreną jesteś z rybim ogonem, ale naprawdę dziewicą ze stali. Patrząc na swe pogruchotane świętości, na zmarnowane życie, na zbiedzony lud i krocie sierot, możesz sobie powtarzać z rapsodem z Legionu:

Strzępy, strzępy, strzępy, strzępy,

Ożarły się syto sępy!206