23 listopada, poniedziałek
Bomba rzucona z aeroplanu ma stanowczo zasługi towarzyskie. Gromadzi ludzi nie tylko na miejscu wybuchu, ale i przez cały pozostały dzień aż do późna w noc.
Tak też było i wczoraj. Niemcy zostawili znowu swoją kartę wizytową. „Chuligan powietrza” jak się wyraża w swym stylu kinematograficznym, jeden z „Kurierów”, przeleciał w południe nad miastem i rzucił bombę, która spadła w Alejach Jerozolimskich przed domem nr 70 i ciężko zraniła pięć osób. Prawdopodobnie, jak i owa z przed miesiąca co poszczerbiła „Polonię” — była przeznaczona dla dworca Kolei Wiedeńskiej.
Dalszy ciąg widowiska znany. Pocisk strzaskał kilka płyt w chodniku betonowym, potłukł na miazgę wielkie okna wystawowe w magazynach, zasypał ulicę warstwą szkła itd. Tłumy, gawędy, komentarze. Obawa jeszcze mniejsza niż za europlanów dawniejszych. Nawet najlogiczniejszy wniosek, najlepiej schlebiający uczuciu trwogi, że zapewne Niemcy są bardzo blisko, nie znalazł drogi do samopoczucia ulicy. Wie ona wybornie, że Prusacy przestali zwyciężać i pełną dłonią pije z fontanny brawury oficerskiej.
Na mnie osobiście bomba ta uczyniła wrażenie przechwałki człowieka, co jest bardzo daleko, a chce dać do zrozumienia, że usadowił się bardzo blisko. Alboteż jest to odruch złości i zemsty, że zdobycz się wymyka.
I dzisiaj krążył pod białymi obłokami, a nad placem teatralnym samolot, podobno niemiecki „Taube”, ale bomby nie rzucił. Różni zapewniali, że to latawiec swojski, rosyjski albo francuski, gdyż inaczej byłby na pewno ostrzeliwany. Odparłem, jak i myślę, że właśnie na odwrót — wiem bowiem z doświadczenia, że dzięki chronicznemu nieporozumieniu, najzawzięciej pracują kartaczownice i karabiny, gdy przelatuje aeroplan swojski, a to zgodnie z hardą odpowiedzią szyldwacha sprzed gmachu sztabu.
„Wszystko jedno, nasz czy nie nasz, a strzelać będziemy!”
Moja znajoma „Pięknoszyja” — tak ją nazywać będę — ma do mnie pretensje. Zapewniałem ją, że gdy nadejdą mrozy, samoloty przestaną nas odwiedzać. Tymczasem dziś jest kilka stopni niżej zera, a one sobie spokojnie fruwają. Na ogół jest to kobieta odważna, ale na samo wspomnienie o Etrychu doznaje nerwowego drżenia. Zauważyłem, że nerwowość jej znacznie się w ostatnich czasach wzmogła; — szalona tęsknota za mężem zaczyna się w niej łączyć z gustem do towarzystwa głupiego Aureliusza — oto prawdopodobna przyczyna rozdrażnienia.
Pięknoszyja jest coraz piękniejsza, ale i coraz szczuplejsza. Chód jej stał się już zupełnie dziewczęcym, lekkim i sprężystym jak chód primabaleriny. A jej boskie biodra i cały kallipygizm322 jeszcze większą tchną gracją i rytmem. Kobieta, co tak chodzi i tak nogi stawia, co od ramion do kolan tak jest narysowana jednym rozmachem kredki, że osada głowy każe marzyć o biodrach, a biodra każą myśli całować szyję — taka kobieta, od czterech miesięcy rozłączona z mężem, na pewno rozumie mit o Tantalu323.
Jako znany purytanin, czuwać będę, żeby się nie stała rzecz brzydka. Niech cierpi, gdy cierpi jej mąż, rzucony kędyś między szare zgraje pospolitaków pruskich, w najstraszniejszą z samotności, bo w małomiejską niemiecką ciżbę. Co on tam robi, ten wiecznie spętany sokół? Jak głową wali o stalowe pręty klatki, jak pluje wstrętem do otoczenia, jak noce bezsenne trawi na tęsknocie za ubóstwianą żoną, za swym małym, ale pełnym muzyki i obrazów mieszkankiem! Jak długo jeszcze? Kiedy się to skończy? A może na Boże Narodzenie? A może dopiero na wiosnę? A może nigdy?
Ja go czuję i rozumiem dobrze. W takich chwilach — a czyż bywają inne chwile? — byłby tylko jeden ratunek przed szaleństwem: oszaleć. Jak to osiągnąć? Nie żyć? — ale jak się na to ważyć, gdy życie tego drugiego jest tysiąckroć ważniejsze od naszego?
„Kochaj bliźniego jak siebie samego” — to dobre na czas pokoju, ale nie na czas wojny europejskiej. Wtedy się kocha tego bliźniego tylko i jedynie, a dla siebie samego ma się tylko ołowiem zakończoną nahaję wytrwania i obowiązku.
Powiem to jej raz jeszcze i będę dla niej — taką nahajką. Będzie to przy tym w stylu epoki.