24 listopada, wtorek
Zaczyna się stopniowo wyjaśniać, że prawy brzeg Wisły nie zapadł się pod ziemię. Armią niemiecka posuwająca się od Płocka, istnieje i nadciąga. Biuletyny urzędowe i opinie strategików opiewają wprawdzie, że Płock sam przez się nie ma znaczenia ani politycznego ani strategicznego, ale według bardzo zgodnych pogłosek wróg dotarł już do Nasielska. Potwierdzają to i przybyli stamtąd sanitariusze.
Komunikaty oficjalne zajmują się tylko wielkimi bitwami pod Łowiczem i pod Łodzią. Zwłaszcza krwawa jest ta ostatnia. Ma ona poniekąd znaczenie rozstrzygające dla całej ofensywy niemieckiej. Podobno przybiera obrót całkiem dla Rosjan pomyślny. W okręgu: Stryków — Brzeziny — Koluszki — Rogów — kilka korpusów niemieckich rzekomo otoczono i zachodzi wielkie prawdopodobieństwo, że będą musiały się poddać. Wzięto już do niewoli dwa tysiące z górą i mnóstwo taboru i artylerii. Z Kalisza przywiezie jeńców i zdobycz siedemnaście pociągów — tak przynajmniej ogłaszają niektóre pisma poranne, i tak wczoraj już zapewniano z dyrekcji kolei znajomych moich w mojej obecności. Ile to czyni tysięcy, trudno wyliczyć dokładnie wobec tego, że komunikaty raz podają liczby z kilku dni i całego szeregu walk, a zaraz potem tylko rezultat jednej jakiej ostatniej bitwy. W ogólności do liczb jeńców stale się wkrada — fantazja.
Bądź co bądź, miasto — pełne otuchy i fantazji. Zwycięstwo, rosnąc jak na drożdżach, przybrało się pod wieczór w efektowną wiadomość, że wzięto do niewoli króla saskiego.
Jednocześnie nasycono inną, palącą od kilku dni ciekawość. Przepadły bez wieści baron Korf, gubernator warszawski, który wyjechał na pozycję razem z panem Guczkowem, został, jak się okazało, wzięty przez Niemców do niewoli i przewieziony do Kostrzynia.
Poszedłem i ja oczekiwać przybycia jeńców. Szczęśliwie udało mi się widzieć jedną partię. Już nie krzyczano „Wiluś — Wiluś! ” Olbrzymie masy otaczały tych kilkudziesięciu biedaków. Część w pikielhaubach, część w czapkach pospolitaków. Mróz siarczysty, zesłany tak nagle i wcześnie przez boga Rosjan, powlókł twarze śmiertelną bladością. Wszystko, com słyszał o litość budzącym wyglądzie jeńców pruskich, rzeczywistość stokroć przewyższyła. Czy głodni, czy źle odziani — jak się baje zazwyczaj — powiedzieć bym nie mógł: to pewne, że bezmierny smutek i bezmierna niedola wyzierała z tych głów, owiązanych chustkami, szalami, kryjących się przed mrozem i przed światem. Żal mi ciebie, panie adwokacie lub profesorze w złotych okularach... Nawykłyś do wygód i ciepła, tu zaś trzeba będzie niejedną godzinę i niejeden może dzionek czekać w randze katorżnika, nim ci podadzą do ust łyżkę żołnierskiej zupy. Choć w okopach nie ma centralnego ogrzewania ani berlińskiego Aschingera324, aleć zawsze tam lepiej było niż w cytadeli lub jakim dziedzińcu koszarowym, gdzie może i twoje okulary i inne świecące rzeczy łatwo się zapodziać mogą. Powiem ci nawet otwarcie, że lepiej by ci było tak sobie zwyczajnie duszyczkę wyzionąć od porcji gorącego grochu szrapnelowego, niż wypływać tu na niepewne flukta doli niewolniczej. Fortuna variabilis, deus325 — ho, ho, stąd, z Warszawy, daleko do Jego Wysokości, znacznie dalej niż nawet z Poznania.
Takich partii przeszło jeszcze kilka. Nie wypełniłyby one co prawda siedemnastu pociągów, ale to ostatecznie lepiej. Mniej chwały — ale i mniej męczenników dwóch genialnych bohaterów przyszłej revuetki326: cesarza Wilhelma i generała Hindenburga327.
Miałem ogromną ochotę wmieszać się w tłum za przykładem owych kilku gimnazistów, którzy w lot odszukali wśród jeńców — braci z Wielkopolski, i opowiedzieli im coś nie coś o cywilnych jeńcach, wywiezionych do Orenburga. Byłoby może ich pocieszyło, że dziś właśnie nadeszła stamtąd rozpaczliwa skarga i błagania o ochronę przed głodem i nieco większym, bo uralskim mrozem. Może by się nawet uczuli wybrańcami losu na wiadomość, że tam szczęka zębami z zimna i literalnie głodem przymiera 10 tysięcy Polaków, których jedyną zbrodnią było to, że się urodzili poddanymi niemieckimi i austriackimi, i których jedyną bronią było pióro w jakimś kantorze, jedyną baterią — słoiki w składzie aptecznym, jedynym podkopem piwnica w sklepie kolonialnym, a całym rynsztunkiem — letnie paletko i żółte buciki.
Aczkolwiek, z drugiej strony rzecz biorąc, tamci mają nad wami pewną przewagę szansy życiowej. Wy jesteście tylko jeńcami — oni zaś i jeńcami i zesłańcami na Sybir w jednej osobie.