25 listopada, środa
„Bitwa pod Łodzią trwa w dalszym ciągu”. „W bitwie Częstochowa — Kraków, przewaga jest wyraźnie po naszej stronie”. Krótko, węzłowato, ale raźno i mężnie brzmią słowa sztabu głównego, dzisiejszą opatrzone datą.
Ale są i inne wiadomości z tego samego źródła. Armia rosyjska wytoczyła się na równinę węgierską szeroką lawiną i ogarnęła miasto Humanowę. W srogiej bitwie za Karpatami wpadł do niewoli jeden generał, 40 oficerów i trzy i pół tysiąca żołnierzy, tabory, pociągi, karabiny maszynowe.
Więc idziemy nie na żarty na Peszt i może na Wiedeń.
Nieco powolniej posuwa się natarcie ku linii jezior Mazurskich w Prusach Wschodnich. Sprawdziły, się przewidywania, że tam, na swoim już gruncie, Niemcy obwarują się całą potęgą swej niezrównanej techniki i inżenierii. A że prze ich od strony rosyjskiej nie mniejsza potęga ambicji wyjścia na szerokie rozłogi ziem pruskich, przeto łatwo wyobrazić sobie można i kolor tej ziemi i kolor tych wód jeziornych, już przedtem tylokrotnie zafarbowanych krwią ludzką. Podobno Niemcy wiozą z sobą krematoria do palenia ciał — słusznie. Czy by nie należało naśladować ich w tym względzie?
Czytałem niegdyś piękny okrzyk felietonisty — filozofa: „Przekleństwo kłosom, co wyrosły na krwi! A kłos urąga słońcu swoją złotą kiścią”. Nie prędko takie choćby kłosy wyrosną na glebie mazurskiej...
O tysiąc mil więcej na południe, w pobliżu Morza, dotąd tylko nominalnie Czerwonego, także krew się leje, krew Anglików i Turków. Tej ostatniej, zdaje się, znacznie więcej. Najście Turków na półwysep Synaj odparto. Zagarnięto też port Jerozolimy — Jaffę. A jednocześnie i nad zatoką Perską, bliżej swej ziemi obiecanej, Anglicy marszem ceremonialnym wkroczyli na ulice Basory. Snadź Albion nie został zaskoczony i lwią łapą gruchoce kosteczki choremu człowiekowi.