3 listopada, środa

Rząd akacji kulistych, który widzę z swego okna, wygląda już tylko jak szereg drzewek sztucznych, z przyczepionymi do gałęzi listkami. Jeszcze przed dwoma tygodniami pełne były i puszyste, soczysto zielone; przed tygodniem przymrozek skręcił liście i na szaro je pomalował — a dzisiaj tylko tyle ich zostało, żeby... usprawiedliwić nazwę listopada, to jest, żeby jeszcze coś spaść mogło.

Klony zaś pod moimi oknami, rozkosz oczu moich, wytrwale dotąd na czubkach zielone, stoją już zupełnie nagie. Nie ma o czym wątpić — zima wczesna i zła, bezustannym wichrem wschodnim wyszła na spotkanie Niemcom.

A owe kaliny na ubogich skwerach, tworzących lewą stronę ulicy Czystej, są tak dziwnie czerwone, jakby je obryzgano krwią. Mówię zupełnie bez obrazowości — jest to ściśle krwawy kolor, nietłumiony przez listowie, którego już prawie nie ma, tak krwawy, że niepodobna go nie łączyć z dzisiejszą krwawą topielą świata.

Rozpoczął się drugi akt wojny europejskiej, toczącej się w Azji i Afryce nie mniej niż na najbardziej chrześcijańskim kontynencie. Azję podpalają ze Wschodu i z Zachodu. Con-dao niebawem padnie pod ciosami moździerzy japońskich; zbliża się kres mozolnej, trwającej półtrzecia miesiąca krwawej roboty, w której obie strony walczą z największym zapewne, jaki zna świat, przygotowaniem technicznym i zaciętością. W Islamie268 zaś już zaczyna powiewać sztandar świętej wojny; nad brzegami Suezu stanęło, jak podają pisma, 100 tysięcy wielbłądów — wywołują ciebie nawet, cieniu Hamilkara269 i ciebie duchu Solimana! Europa chce się gwałtownie rozszerzyć i zagarnąć biblijne pałace rodu ludzkiego, Mezopotamię, krainę mlekiem i miodem płynącą! Międzyrzecze Tygrysu i Eufratu uśmiecha się swym wielkim bogactwem Anglii, Francji i Rosji; pragnęłyby podzielić się nim i od tego mleka i miodu odsądzić — Niemcy z ich Koleją Bagdadzką. Już nie tylko Carograd wabi z dala, jak karawanseraj270 marmurów nad szafirowym morzem — ale i najdawniejszy z serajów, Babilon odrodzony. O Babilonie drukuje się dziś artykuły. Cywilizacja wraca do swych kolebek ze złota i jaspisu. Wielcy handlarze XX wieku, pragną nawiązać nić tradycji sprzed trzech tysięcy lat i wskrzesić Palmiry271, w których już wówczas, jak niedawno czytałem, znane były i kwitły różne do dzisiejszych podobne obyczaje i formy handlowe.

Afrykę zaś podpalono z północy i południa. Na północy Turcy grożą Egiptowi i rozżarzają w nim iskry buntu, tak że Anglia ogłosiła w nim stan wojenny i niebezpiecznych agitatorów wydalić musiała, a na południu ujarzmieni Burowie próbują powstać pod wodzą pułkownika Montza. Generał Botha272 ma trudne zadanie: zdławić rokosz, na czele którego stoją tacy bohaterowie, takie wielkie imiona, jak Devetta. Pytam, gdzie jest taki osobnik, którego serce nie zabiło by wspomnieniem chwały i wielkości na myśl o tej nieszczęsnej wojnie, w której pracowita rzeczpospolita pastuchów już wtedy okazała się chlubą rodu ludzkiego, jak Belgia dziś, a ongi Grecja.

I oto znowu kabotynka273 historia urządza spektakl osobliwy. Tych samych Burów, tych nieśmiertelnych jeźdźców w kapeluszach artystów, których niezapomnianego Long-Toma274 — wielkie działo — cały świat pokocha jakby żywe, wierne stworzenie, jak oswojonego lwa swego króla — Anglia gromi po raz wtóry, a my musimy cieszyć się. Bo jakżeby inaczej? Przecież to w interesie koalicji leży, przecież to Niemcy wzniecili pożar rewolucji w Kaplandzie275.

Doznałem dziwnego wrażenia, gdy przeczytałem nieśmiertelne nazwisko Devetta! Wodzu nieznany a drogi, którego homeryckie czyny nie tak dawno jeszcze temu napełniały dumą każdego bojownika wolności — trudno mi posłać Ci stąd pozdrowienie, ale — może Ci je poślą — z Krakowa...

Powoli, powoli, rozstrzyga tę bezpodobną wojnę nie oręż, nie strategia, lecz przekupstwo i intryga. Państwa targują się o przyjaźń i pomoc ludów, którym wmieszać się w bój niespieszno. Grożą Rumunii, przestrzegają Bułgarię, prowokują i słodko kuszą Italię. Każdego z walczących korci, że nie wszystkie jeszcze połacie świata kąpią się w pożodze. Znikła obłuda dyplomatyczna, kuplerstwo wabi i obiecuje jawnie. W tym wszechświatowym domu gry, niejeden naród straci niepodległość, niejedno miasto zakute będzie w kajdany.

Stałem się zupełnym stoikiem. Wszystko jest mi obojętne. Nie wywikłam się ze splotu sprzeczności i wstyd mi dawać tej krwawej farsie w tysiącu aktach — swoją sympatię.

Zależy mi już tylko na tym, żeby tu w Warszawie nastał spokój i ażeby wraz z oddalaniem się czerwonych chmur na widnokręgu, zmniejszał się grunt dla ohydy i łotrostwa spodlonych instynktów. I marzę tylko o tym, żeby na chwilę bodaj wróciła swoboda ruchu i żebym mógł uciec stąd, uciec! Uciec ze stolicy, którą wojna, zamiast oczyścić, jeszcze więcej wszami barbarzyństwa pokryła.

Spotykam coraz częściej ludzi smutnych i płaczących. Tak, oni płaczą naprawdę; — tęsknota za światem normalnym, to znaczy, chociażby postokroć pustoszonym przez wojnę i palonym, ale w którym nie wszyscy żywi pragnęliby być szakalami i oprawcami swoich braci — utrzymuje ich w stanie chronicznej żałoby.

I mam wrażenie, że gdy taka chwila jasności, choćby przelotnej, nadejdzie — runą stąd krocie wrażliwych. Oni każde piekło obcego kraju, każdą grozę wojny na obcej ziemi, każdą chociażby rzeź, byle rycerską i bojową — powitają jak wytchnienie i ulgę.

Tymczasem niespodzianie innego rodzaju jasność przyszła do mnie, zasmuciła mnie niepomierną radością i rozradowała bezmiernym smutkiem. Otrzymałem list od starszego syna mojego. Jest w niewoli u Austriaków, dwa miesiące trzymali go w więzieniu w Białej na Śląsku, a potem go internowano w Drosendorfie. Pisze mi, żebym się o niego nie troskał — gdyż ma wikt i mieszkanie darmo, i tylko tęskni za mną, za matką i bratem. Wierzę — o wierzę, i tylko boję się, czy on w swym sercu kochającym i tkliwym, wytrzyma owe nagłe szturmy nostalgii, które tak dobrze znam, a które w samotnych zimowych chwilach są nad wszystko straszniejsze.

I jakież to śmieszne! Jaka komediancka formalistyka wojny! Jego, od lat tylu stałego mieszkańca Krakowa, jego, co tylu matołków do szkół przygotował — odsuwają od świata łagodni niby to, tak niepodobni do Prusaków — Austriacy!