6 grudnia, niedziela

Z wyjaśnień wczorajszych „Gońca armii” okazuje się, że była chwila, kiedy nadzieje Niemców mogły być bliskie zupełnego ziszczenia; kiedy dotarli do linii Łęczyca-Orłów i przełamali front rosyjski między Zgierzem a Strykowem i znaleźli się na tyłach armii rosyjskiej w kierunku Brzeziny-Tuszyn-Rzgów, czyli na wschód i na południe od Łodzi. Akcję te miało poprzeć natarcie skrzydła Częstochowa-Kraków, ale nie powiodło się, bowiem wojska dwuprzymierza poniosły klęskę pod Włodowicami, w bliskości właśnie Częstochowy.

Nie powiódł się i atak Niemców i Austriaków od strony Bielaw i Soboty na Łowicz. Z okrążających stali się okrążonymi i czekał ich pod Łodzią Sedan. Że wyszli ręką obronną, trudno powiedzieć: cało, gdyż salwując się przedarciem przez pierścień rosyjski, zasłali pole rzeczywistymi górami trupów — zasługa to i wina gen. Rennenkampfa, który też w nagrodę za to został zdegradowany — jak twierdzi świat jednozgodnie — na zwyczajnego dowódzcę korpusu. Taki sam los spotkał podobno i gen. Scheidemana358.

Dziś tedy powtórzyć mogę, że ze względu na zażartość i ogrom strat, bitwa łódzka jest najokropniejszą i największą w dzisiejszej wojnie.

Łodzianie, wyjrzawszy teraz z piwnic, gdzie tydzień ukrywali się o głodzie i chłodzie, z dumą patrzą na Warszawę, która została cała, nietknięta, i tyle jeno zaznała z oblężenia, żeby zachować na przyszłość piękne wspomnienie.

Od tej pory Lodzermensch359 oznaczać będzie nie tylko bar czystego spekulanta i fabrykanta bez skrupułów, ale i mieszkańca miasta, które naprawdę bombardowano z flanków i z góry, gdzie domy waliły się w gruzy i zasypywały ludzi, gdzie odbywały się balkony, rysowały się kominy fabryczne i wybuchały pożary, gdzie półmilionowa ludność chowała się po lochach — a bochenek chleba kosztował pół rubla. A może to wszystko także kłamstwo i spekulacja?

Przerażona Łódź ucieka dorożkami po 200 rubli za podróż do Warszawy; przerażeni mieszkańcy z okolicznych wsi i osad uciekają do Łodzi. W zbite masy zbiegów gromadzących się na dworcu kolei padały szrapnele. To, przed czym część Warszawy ongi drżała, było krwawą rzeczywistością dla Łodzi. Setki rannych, kilkadziesiąt — trzydzieści osób zabitych granatami w sypialniach, jadalniach etc., etc.

Dziś to minęło, więc i smutnych utopców, co tak pragnęli, żeby Łódź była Niemcom oddana, na co się przez pewien czas bardzo zanosiło, spotkał gorzki zawód. Konstruktorów przyszłości opartej na objęciu rządów przez Niemcy — spotkał cios, prawie zabójczy. Chodzili osowiali, cisi, beznadziejni. Jednego z nich, wielką duszę muzyczną, która patrzy na świat przez pryzmat symfonii Brahmsa — muszę po prostu pocieszać i uspokajać i z życiem godzić. Na wszystkie perswazje odpowiada:

— Dwa-trzy korpusy więcej, a świat byłby zbawiony!

Aureli, nie mniej od tamtego śmieszny, chodzi na Mokotów, jeździ do Piaseczna, do Skolimowa, to znów do Pruszkowa, w nadziei, że usłyszy tę, jak powiedział, słodką i kołyszącą melodię haubic, co grały przez dwa dni pod Warszawą i zwiastowały im, naiwnym marzycielom — nowe jutro Polski i świata...

W rozdwojonej duszy Warszawy nie brak tego rodzaju halucynacji. Znam wielu, co jeszcze zrywają się w nocy i pożądliwym uchem nasłuchują, azali nie usłyszą rzegotu360 armat. Byle łoskot wprawia ich myśl w derwiszowy pląs złudzeń. Bombę rzuconą z europlanu, biorą za hasło walki nowej pod miastem. Nie chcą i nie mogą wierzyć, że opera się skończyła. Twierdzą, że to dopiero uwertura361; zwłaszcza wypadki łódzkie podrażniły chorobliwe wyobraźnie lunatyków ze szkoły Kanta i Schillera. Kołowacizna362 wyczekiwań rozpoczęła się na nowo. W miarę jak wizja się oddala, próbują odegrać się za wszelką cenę, choćby za cenę radości, że na zachodzie Niemcy nie zostali jeszcze rozbici. Dowodzą ze swadą363, że Ypres jest wzięte, co istotnie mogłoby wypływać z trochę pytyjsko364 brzmiących komunikatów, że armia Wilhelma do Calais dojdzie. Kołyszą się sofizmatami365, że cokolwiek będzie, Zachód pozostanie Zachodem, Francja odzyska Alzację, a może i Lotaryngię, Belgia jak feniks z popiołów powstanie cała i kwitnąca — więc wolno z czystym sumieniem pragnąć, żeby u nas zapanował Zachód.

Orientacja Kosa szczególnie jaskrawo odbija na tle kawiarni Udziałowej, którą ja nazywać wolę au grand U. Nie myślcie, że z powodu różnych przykrych wyrazów, w których dźwięk u stanowi dominantę. Wprost przeciwnie: au grand U to nazwa pewnej niewielkiej, ale doskonałej restauracji paryskiej z ulicy Richelieu, w której ongi, za dobrych czasów, jadałem obiady. Otóż miło mi upiększać sobie tę trójcę — widzicie, że znowu trójca! — warszawską: mleczarnię, kawiarnię i restaurację, w której zbiera się cała bezpretensjonalna Warszawa, przez nadanie jej pseudonimu francuskiego. Jakoś wtedy człowiek mniej się czuje zawstydzonym, że przebywa śród takiej masy łyczków nowoczesnej Polski, kupczyków i urzędników, publiczności bez form i charakteru. Wtedy i jedzenie wydaje mi się smaczniejsze i kawa nie pali w żołądku jak połknięty ołów. Wtedy znajduje się usprawiedliwienie dla nałogu przesiadywania w tym dymie, czadzie i swędzie.

Zresztą, właściwie au grand U nazywam część tej instytucji, mianowicie swoich znajomych literatów i artystów, których otacza daleko liczniejsze koło sympatyków — snobów, przyjaciół więcej oddanych niż oddających, dobrych szczerych kobiet, co od czasu wojny wysilają cały swój spryt gospodarski, żeby za swe niewielkie grosze nakarmić i napoić jak najwięcej chłopa.

W tej rzeszy nie brak i takich, co się rzetelnie o Paryż otarli i którym przeto słusznie należy się nazwa klubu au grand U. Są oni wszyscy w absolutnym sojuszu z Rosją i w ich obecności nie wolno zganić rosyjskiego urzędnika albo dowódzcy, który spóźnił się z odsieczą i spowodował klęskę. O Niemcach zwykle mówią tak, jak się śpiewa w Warszawce i Krakusiku, wesołej revue, która właściwie najlepiej umiała wyzyskać odezwę naczelnego wodza i każe żołnierzom wszystkich sprzymierzonych armii salutować przed proporcami Grunwaldu.

W tej grupie są zawołani strategicy, którzy posiadają godną uwagi pamięć mapy i doskonale orientują się w ruchach taktyków i najskrytszych zamiarach stron walczących. Są, co zdumiewają cudowną znajomością cyfr, odległości, przyrody terenów, rzek, dróg, zapasów — żyjące almanachy, które niejednemu dowódcy rzetelną mogłyby oddać przysługę. Pomimo to przepowiednie ich rzadko się sprawdzają. Gdyż żaden z nich nie bierze w rachubę duszy i woli wrogów, rzadko który wzniesie się ponad bulwarową karykaturę i koncept na ośmieszenie Prusaków. Przy tym w celu ułatwienia sobie dialektyki, rozmówcę zawsze uważają za przyjaciela kultury niemieckiej. Ich psychologia stale równa się w wykwincie — ekonomii politycznej Maryśki, która chowa oszczędzone czterdziestki do pończochy.

Zdarza się w klubie au grand U i rzeczywisty jaki fenomen: w jednej osobie malarz, muzyk, śpiewak, matematyk, chemik, literat, polityk, technik i dziennikarz, człowiek genialnej bystrości ujmowania i nigdy niezawodzącym smaku. Ale temu davincizmowi brak samodyscypliny; renesansowa pasja uniwersalności pożera talent i zjada czas. Koncepcje łatwe i częstokroć świetne, płyną, niepowstrzymanie, ale już w drugiej chwili stają się przekorą w stosunku do tego, co myślą inni, a potem kłócą się z sobą.

Zasadą jego malarską jest opierać się w dwóch trzecich na pamięci, a w jednej trzeciej, a nawet jeszcze mniej, na bezpośrednim widzeniu. Nie obowiązuje go prawdziwa liczba filarów w pałacu Dożów w Wenecji, lub na frontonie jakiej świątyni starożytnego Rzymu, który maluje jak wielki wizjoner. Ale ta zasada przeniesiona do polityki, rychło doprowadziła do tego, że zignorował zupełnie wszelkie filary, i to co w Polsce dzisiaj pada, wydaje mu się na nowo dźwigniętym. Gdy wojna usuwa z niej jedną kolumnę po drugiej, gdy za chwilę polski Akropol legnie w gruzach, on w imię swej filozofii bez filarów — cieszy się i triumfuje. Ostatecznie — rit mieux, qui rit le dernier366.

Jest w tym pewne usprawiedliwienie psychologiczne. On słucha hasła paryskiego: iść z bulwarem, nie różnić się od ulicy, od głosu miasta; prawdziwa sztuka jest zawsze echem i sumą wielkiego środowiska. Warszawa według niego jest drugim Paryżem; artysta powinien z jej duszy brać tablice — sympatii i antypatii, a nie przeciwstawiać się tłumowi. Kraków i Lwów — to „dziury”, których lepiej, żeby nie było.

Aureliusz nie często rozmawia z filozofem bez filarów. Jest na to za nieśmiały — zuchwalstwo chowa tylko na zebranie z dwóch, trzech osób. Ale wobec kilkunastu nie otworzy ust. To mu nie przeszkadza mieć miny głębokiej, swobody w ruchach i zachowaniu się. Uśmiecha się, odchodzi, uważa, patrzy wszystkim w twarze otwarcie i nietresowanie. W lekkim palcie, grubym szalu, bez laski, i bez rękawiczek, budzi we mnie zazdrość swoim wyglądem małomównej beztroski.

Filozof bez filarów nie uczuł bynajmniej szczególnego pociągu ku Aureliuszowi. Ten zaś zdziwił się niepomiernie, gdy zauważył, że całe grono czyta uważnie jakiś dodatek nadzwyczajny, pełen sensacji telegraficznych, w rodzaju tej np. że Niemcy dla zjednania Arabów obiecali im przysłać do haremów Angielki i Francuzki wzięte do niewoli. Robił głupią przerażoną minę, gdy brano na serio opowiastki o rewolucjach w Berlinie, w Peszcie, Monachium, Dreźnie, o samobójstwach generałów niemieckich, o nędzy w Gdańsku i Królewcu itd.

— To panowie wierzycie wszystkim tym bredniom? — zapytał ni to uśmiechnięty ni skrzywiony, a szczecina na głowie dziwnie się przy tym poruszała.

— A co, mamy może wierzyć źródłom niemieckim? Te dranie umieją tylko uciekać, a potem łgać na funty, że zwyciężyli.

Szpady się skrzyżowały. Kos uczuł na sobie wzrok Pięknoszyjej, którą pierwszy raz do klubu au grand U przyprowadziłem — wzrok, pełen oczekiwania i zachęty. Zaczął się śmiać, głośno, szeroko śmiać, tak szczerze i z głębi przekonania, tak bez szyderstwa i chęci drażnienia, jak gdyby na widok np. twarzy swojej odbitej w wypukłym albo wklęsłym zwierciadle.

Oponenci znaleźli się w istnym kłopocie. Jeden z wielką głową i ogromną zdrową czupryną, szeroki w barach i krępy, typowy syn starego miasta, pierwszy przerwał milczenie.

— Pan, widzę, ma orientację pruską. Jest pan zwolennikiem pikielhauby?

— Pruską? Pruską! — krzyczał prawie, w dalszym ciągu śmiejąc się. — Co pan plecie, panie? Ludzka, człowiecza! Prusacy, nie Prusacy — Botokudy367 niech przyjdą, byleby zrobili z wami porządek. Dadzą wam szkoły, zbudują koleje, mosty i drogi, szpitale i ochrony. Niech tu wejdzie sam czort, byleby nie śmierdziała nędza i ciemnota, żeby dwa miliony Żydów nie roznosiło szkarlatyny, odry i robactwa. Niech tu wejdzie cholera, panie, byle, byle nie było tego co jest. Ha ha!

— A tymczasem — wtrąciła jedna z niewiast — nas czeka ruina.

— A tak, śmiał się, jak Niemcy włożą w kraj parę miliardów, żeby go ukultywować i jeszcze więcej miliardów z niego wyciągnąć, to będzie ruina. Jużci368 Niemcy, proszę pani, żłopią piwsko, ale nędzę i brud wylewają za granicę państwa.

— To pan, widzę, lubi typy zniemczone.

— A pani lubi politycznych szulerów warszawskich i naród głupi i ciemny?

Śmiejąc się znowu, szczerze i rozlewnie, wstał, podał wszystkim rękę i poszedł, gapiąc się znowu po twarzach gości, siedzących pod ścianami długiej kiszki kawiarnianej.

— Idiota — rzucił za nim ktoś.