7 grudnia, poniedziałek
I czyżby znowu karta się odwróciła?
Już wczoraj wieczór, w kawiarni au grand U ktoś przyniósł wiadomość, że Łódź zajęły wojska niemieckie. Oczywiście, zabłąkana z przed dziesięciu dni plotka, więcem jej nawet nie podał369w swym codziennym pensum pamiętnika. Choć coś mnię tam pod progiem świadomości niepokoiło i nawet we śnie spokoju nie dawało.
Dzisiaj w południe spotkałem wielu znajomych, dawniejszych jeszcze kolegów z Łodzi. Witając się ze mną, rzucili lakonicznie: „Łódź zajęta”.
Potem natknąłem się na znajomego dziennikarza i kuplecistę, który mi oświadczył, że tylko co przybył z Łodzi, że opuścił ją onegdaj, w sobotę wieczór (dziś podróż taka trwa istotnie 30–40 godzin), w chwili, gdy przednie straże niemieckie podchodziły do miasta, i że wszystkie bez wyjątku władze łódzkie znajdują się już w Warszawie.
I temu nie bardzo wierzyłem — „świadkowie” spośród zawodowej inteligencji lubią kłamać. Pewien pracownik np., również przybysz z Łodzi, twierdził, że wkroczyło do niej sto tysięcy Niemców; ktoś inny zapewnia, że wzięto do niewoli cały korpus wojska rosyjskiego. Słowem, znak został dany, i fantazja, na skrzydłach strachu i nadziei, z wielkiem zacięciem buja po nonsensach.
Ostatecznie pewnym wydaje się być to, że ewakuacja władz nastąpiła, a prawdopodobnym, że w chwili, gdy to piszę, polski Manchester będzie znowu do kości objedzony przez inwazję.
Nerwowi zaczynają znowu truchleć o Warszawę, i najodważniejsi z orientujących się po austro-niemiecku dostają gęsiej skórki na samą myśl, że ją spotkać może los Łodzi, to jest: zniszczenie, pożary, groza śmierci, głód i mieszkanie w piwnicach.
W ogóle zauważyłem, że pragnienie, ażeby los dał zwycięstwo Niemcom, słabnie w miarę jak oni się zbliżają do Warszawy. Wtedy porównywanie wad i zbrodni przeciwników stale daje w sumie apologię Rosjan, a szpetność, barbarzyństwo i despotyzm „Germanów” staje się kształtem pewnym w mgławicy domysłów, charakterystyk, przewidywań i supozycji.
Jeden z takich sympatyków najazdu lubi wdawać się w rozmowę z jeńcami, i zawsze coś ciekawego usłyszy; gdy Niemcy byli daleko, poznał się z jeńcem pruskim, który na świsty i urągania odpowiadał:
— Den Schluss sollen sie mai sehen!370
Gdy zaś Niemcy byli bliżej, odezwał się doń wzięty do niewoli Wielkopolanin:
— Prośta Boga, żeby nasi nie zwyciężyli!
Ale pisma milczą i — sztab milczy. Nie, źle mówię — przypomniałem sobie, że wczoraj od samego rana przeciągały niewielkie oddziały wojska, śpiewając. Od razu śpiew ten, który zresztą lubię dla pięknych, zdrowych głosów i wybornego zespolenia się, wydał mi się nieco podejrzanym i znaczącym.
Teraz — prawie nie wątpię, że śpiewać kazano w chwili, gdy zła wieść nadeszła.
Nie wiem, czy Wilhelm celuje już w Warszawkę. Ale widzę wyraźnie, że odkąd rozpętały się furie wzajemnych oskrzydlań w okręgu łódzko-łowickim, z Prus Wschodnich przestały napływać wiadomości. Nie ma kwestii, że zapanowała tam zupełna stagnacja i że biedni mieszkańcy Działdowa i miast sąsiednich, cieszą się względnym spokojem. Jeśli w ogóle posuwanie się wojsk rosyjskich na tamtym terenie, miało wszystkie cechy szamotania się, ut aliquid fieri videotur371, to w chwili teraźniejszej wszelka gra ustała. Prawdopodobnie Niemcy i Rosjanie, trzymając się wzajem za bary i szamocąc się, wypadli aż na przyzbę Królestwa i jedni i drudzy znaleźli się w okręgu Mławy lub też pod Włocławkiem, Kutnym, Łęczycą.
I na południu, to jest w okręgu Krakowa, cisza musiała nastać, albo też postępy Rosjan tak zwolniały, że lepiej o nich nie pisać.
Dwa punkta są pod tym względem znamienne. Primo, już po raz trzeci słyszy się tę samą śpiewkę o zajęciu Wieliczki i żadna nowa zwrotka nie przybywa, a secundo, cały gwałt o kartaczownice na wieżach Mariackich i Wawelu, okazuje się tym, za co go każdy przenikliwszy brał od razu — niemądrą i krzykliwą robotą warszawskich matadorów372. Z wyjaśnień i depesz wypływa, że Austriacy „na prośbę Polaków” zdjęli swoje maszyny z wież, a z elementarnego rozsądku, a także z dorzeczniejszych komunikatów wypływa, że wcale ich tam nie ustawiali, bo mają w obrębie Krakowa daleko wyższe i lepsze punkty obserwacyjne.
Oczywiście i ta wiadomość, że z Krakowa każą się wynosić ludności cywilnej pod groźbą kary śmierci — jest humbugiem373, również głupim jak płaskim. Wiele znanych mi rodzin, a według wszelkiego prawdopodobieństwa i moja, spokojnie — choć zapewnie nie opływając w dostatkach — tam pozostało.
Wstępuje w wielu otucha, że Kraków jeszcze nie tak prędko okryje Polskę żałobą.
A jeśli ta zwłoka jest zasługą dywersji i operacji wojsk austro-niemieckich pod Łodzią, to zgadzają się nazywać je, wzorem sztabu głównego „zuchwałymi”, ale je, przynajmniej jedną ręką i w tajemnicy przed światem, błogosławią...