Tegoż dnia wieczorem

... Wierzę, że cokolwiek się stanie, nastąpi taka europeizacja pojęć, że parafiańszczyzna214 już swego łba podnosić nie będzie. Cokolwiek się stanie z Warszawą i Polską całą, zamrze era, w której naród o tysiącletniej kulturze zwracał swoje oblicze — jak słonecznik ku słońcu — ku radzie dziesięciu magotów215 i matołków.

I na pewno skończy się panowanie tego wszystkiego, co szlachetną i ongi wielką duszę Warszawy do tyla znieprawiło, że stała się godną zasiąść na stolcu216 politycznej głupoty i społecznego zbłaźnienia.

Dzień dzisiejszy był dniem refleksji. Sprzyja temu szczególnie słota i cisza po zażartych walkach pod miastem. Nie słychać już od dwóch dni grzmotów armatnich. I bomb dzisiaj z aeroplanów nie rzucano. Czy pogoda nie sprzyja lotowi? Czy może powietrzni bandyci dowiedzieli się, że warszawiacy po chwilowym zamieszaniu, sprawionym morderczymi wybuchami, idą tłumnie na koncert i słuchają muzyki z dawnym zachwytem i pietyzmem? Tak właśnie było w piątek.

Dość, że ołowianego nieba nie czepiał się żaden płaz skrzydlaty. Niejednemu z nas z tego powodu jest naprawdę niesamowicie. Warszawa męczy się spokojem. Kolosalna energia tego miasta, od pół wieku przeszło, a jeśli kto woli, to nawet od stu lat, trzymana na wodzy, duszona i tłumiona, wprost potrzebuje wrażeń gwałtowniejszych. One jej nie szkodzą. Umiałaby znieść dziesięć — stokroć więcej, byleby nabrać mogła w końcu szerszego tchu, rozprostować swoje ramiona i głowę wznieść ku niebu, chociażby grożącemu ognistym deszczem śmierci.

A jednak to tylko cisza pozorna. Coś ważnego się dzieje nieco dalej od stolicy. W stronie Grójca i w stronie Skierniewic. Tak daleko? Atak. Niemcy — odparci o kilkanaście wiorst, to już wątpliwości nie ulega. Wypływa to i ze skromnego, powściągliwego komunikatu naczelnego wodza o „częściowych powodzeniach w okolicy Warszawy”. Nie brak też symptomatów, które mówią wiele takiemu, co umie czytać z twarzy jej ulic. W kawiarniach i cukierniach znowu wielu oficerów; snadź nastąpiło „odprężenie”, aczkolwiek nie pod każdym względem, bo liczne samochody, pełne wesołych kobietek z ogromnymi rajerami217 u kapeluszy i w pąsowych futrach z wielkimi białymi boa, świadczą iż nadeszła chwila rekreacji dla wojownika. Porywanie branek w jasyr218 do gabinetów i hoteli jest znowu tak ogólne, jak w pierwszych dniach wojny, gdy nieprzyjaciel był jeszcze za górami, za lasami.

A w dziedzinie międzynarodowej znowu sensacja. W dwa tygodnie po śmierci króla Karola Rumuńskiego, umiera San Giuliano219, minister spraw zagranicznych we Włoszech. Symbolika wypadków niemal opatrznościowa i za takąż też wzięta przez wiele poważnych pism europejskich. Zdawałoby się, że i w Rzymie i w Bukareszcie znak jest dany i przeszłość się skończyła; że dotychczasowemu wahaniu się i powstrzymywaniu pozwów narodowych — sam los chce położyć kres. Ale Salandra220, następca San Giuliana nie jest snadź mistykiem: ogłosił niezachwianie zimny program egoizmu narodowego i niepoddawania się uczuciom.

Dotąd więc dwa wielkie zgony nie zrodziły ani jednego faktu o znaczeniu jakimkolwiek dla sytuacji powszechnej.

„Program trzeźwości” Salandry znaczy: czekać, aż pieczeń będzie całkiem gotowa; wtedy wrazimy w nią swój nóż i widelec.

Na ten temat oba najprzebieglejsze państwa śpiewają unisono221.

Kto zaś będzie kucharzem, a kto pieczenią — to dla nich absolutnie obojętne.