20 października, wtorek
Wojna i logika. Bawi mnie, gdy ludziska chcą koniecznie znaleźć ścieżkę w tym labiryncie sprzeczności, z których się składa wojna europejska. Najmniej żal mi tych, co się spierają i kłócą. Daleko więcej — tych subtelniejszych, a jednak nierozumnych, którzy w samych sobie chcą domacać się jakiegoś porządku.
Oni wszyscy zapominają — że cała ta wojna jest od początku do końca — oczywiście przewidywanego dopiero końca — negacją wszelkiego sensu i logiki. Już sama jej komparycja222, jak by powiedzieli prawnicy, ów nagłówek, opiewający „kto przeciw komu”, lub „kto z kim” — jest szczytem niedorzeczności. Potomkowie będą niegdyś spoglądali na nią, jak na zbiorową okrutną psychozę, jak na zaćmienie zbiorowe umysłu, jak my patrzymy na owe erotyczne psychozy klasztorów średniowiecznych, w których mniszki porywały i zniewalały przechodzących obok młodzieńców.
Rosja przeciw Niemcom? To znaczy: Rosja przeciw części siebie samej, którą żywiła i pieściła jak swego mistrza, swą szkołę. Niemcy przeciw Rosji — to znaczy Niemcy przeciw swemu dobrodziejowi, najlepszemu sąsiadowi, z którym żyjąc zgodnie, można się wypaść i wypchać kieszenie złotem. Pomyśleć, ile już stracił Berlin, a z nim inne stolice Niemiec przez to samo, że tam nie mieszkają szerokie natury rosyjskie, zbogacające hotele, teatry, banki, zdrojowiska itp. i że ustał eksport niemiecki.
Polska przeciw Polsce? Rosyjska przeciw austriackiej i niemieckiej. Komentarzy nie potrzeba. Polacy galicyjscy pod komendą generałów pruskich dla idei niepodległości Polski! Uroczyste i feudalne rządy wiedeński i berliński nie widzą śmieszności, jaką widzimy my, gdy żołnierze niemieccy i austriaccy z całą chytrą dobrodusznością ludzi prostych oddają się w niewolę Polakom spod zaboru rosyjskiego i samym Rosjanom. Olbrzymie machiny do rozwścieczania wzajemnego wojsk w najważniejszych chwilach, jak np. gdy chodziło o Lublin lub Kraśnik, okazały się tandetą. Wściekłości nie ma; Polacy korzystają z każdej okazji, by się sobie poddawać.
Nie ma dnia, żeby ktoś nie martwił się tym, że zdobyto Antwerpię i jednocześnie tym, że zdobyto Lwów. A tymczasem to są sprzeczności — absurdy, choć płyną z uczuć naturalnych. Absurdy — albowiem zdobycie Antwerpii to strata dla koalicji, zdobycie Lwowa to przecie jej wygrana. Wojna europejska pogwałciła swą nielogiką naturalność uczuć. Z jej punktu widzenia powinniśmy wdziać żałobę po Antwerpii i śpiewać Hosanna na wieść o upadku Lwowa — a tymczasem upadek Lwowa jest dla Polaka — jedynie i po prostu upadkiem i utratą Lwowa; słuszna więc i po nim wdziać żałobę.
Gdy się na ten temat zaczyna myśleć, przychodzi zawrót głowy; wikłamy się w sprzecznościach jak w kolczastych drutach.
A już nie mówię o innych sprzecznościach: Japonia przeciwko Niemcom, swojej nauczycielce. Japonia, której wolno tylko oblegać Kiaoczou223, albowiem Ameryka nie pozwoli jej przepłynąć przez Kanał Panamski. Japonia skazana na specjalność jednego lokalnego zadania w wszechświatowej wojnie — jakież to śmieszne! Niech inni walą w całą kulę ziemską, ty pukaj dziobem w jedno miejsce, jak dzięcioł. I tutaj znowu uczucie naturalne burzy się przeciw absurdowi i roi tysiące obrazów o przyjeździe Japończyków lądem do armii rosyjskiej. Opowiada się cuda o ich nowych działach pod Ossowcem — a potem... pod Warszawą, o pułkach straszliwych miotaczy bomb ręcznych, o pułkach japońskich, przechodzących w mundurach rosyjskich przez — Warszawę.
Słowem — elementarne zasady skojarzeń zostały potargane.
Przeciwieństwem wojny jest rewolucja. Ta wychodzi cała z logiki, gorzej: z logiki w potędze n czyli z doktryny, z jednej uporczywej, konsekwentnej myśli.
Czyżby tak miało być, że czego nie dokonały logika i racjonalizm rewolucji, to sprawi absurd wojny europejskiej: Kruppa walczącego z dzięciołem? Może.
Ale tymczasem wydaje mi się, że z tego chaosu powszechnego, który jest idealnym przypomnieniem chaosu Demokryta — wypadnie tylko chaos, ale nigdy harmonia. Jehowie w jego zarozumiałości będzie się wydawało, że to „duch Boży unosi się nad wodami”224, a to tylko obłoki dymu. Genezis brzmieć powinna inaczej. Z armat powstaje dym, z dymu powstaną nowe wojny i świeże armaty, z armat powstanie nowy dym i tak dalej, ad infinitum225.
Taką właściwie postać przybierze, według wszelkiego prawdopodobieństwa, nietzscheańska teoria „wiecznego powrotu”226.
21 października, w nocy
Urzędy zaczynają wracać. Pomimo straszliwej słoty, życie wstępuje w serca i arterie227 Warszawy. Czymże ta plucha jesienna wobec świadomości, że Warszawa ocalała? Tylko pretekstem do myśli o tym, jak strasznie musi być tam, na polu bitwy. Czyż podobna, ażeby pod tymi potopami zimnego deszczu siedzieli w swoich rowach ludzie, prawdziwi ludzie i strzelali do siebie? Jak utrzymać karabin w ręku, gdy febra trzęsie, jak utrzymać łopatę do kopania transzei228, gdy zimno wilgotne przenika do szpiku kości? Co może te nieszczęsne istoty zagrzewać? Jaka idea, jaki cel? Czy może instynkt zachowawczy? Strach przed śmiercią? Wątpię. Wojska idą przez miasto, znużone, wyczerpane. Takim już wszystko zobojętniało. Chętnie oddałby każdy z nich wszystkie medale, jakie posiada i jakie dostanie, za jedną szklankę gorącej herbaty, za jedną godzinę snu. A właściwie oni sami już nie wiedzą, czy czegokolwiek pragną. Maszerują, bo przed nimi maszerują inni — o i koniec.
Przypuszczam, że zazdroszczą rannym, których wiozą ze wszystkich, zdawałoby się, szos. To pewna, że i od Błonia, i od Pruszkowa, i od Piaseczna. Niektóre wozy posuwają się bardzo powoli, tak nadzwyczajnie powoli, że wydaje się niemożliwym, ażeby konie mogły tak wolno postępować. Chyba że czują instynktem, iż ciągną ciężko, bardzo ciężko rannych i bardzo nieszczęśliwych swoich przyjaciół.
Wieczorem nadszedł komunikat wodza naczelnego zawierający przegląd wszystkich operacji po lewej stronie Wisły na południe od Warszawy. Jest co do czytania. Wódz wynagrodził sobie lakoniczność poprzednich biuletynów, dał wyraz radości, oświetlił zwycięstwo jako stanowcze. Niebezpieczeństwo jest zupełnie zażegnane. Przy tym pochwalił Warszawę i pogłaskał ją po twarzy.
Rzecz prosta, iż taki komunikat, bogaty i w materiał rzeczowy, a pocieszający, i w piękne dygresje malarsko-literackie, na długo wszystkich uspokoił. Zrozumieliśmy, że tylko patrzeć, jak przywrócą komunikację na Kolei Wiedeńskiej. Jakoż istotnie, dowiedzieliśmy się, gawędząc w „Nowej Gazecie”, że jutro rano uruchomiają pociąg do Pruszkowa. Ktoś z dziennikarzy wybiera się na pobojowisko. „To myśl wspaniała!”. „To i ja z panem”. „I ja”. Zebrał się kwartet poszukiwaczy wrażeń.