23 października, piątek

Chcę przeczekać, aż rapsody dziennikarskie wyśpiewają swoje pieśni o pobojowiskach, ażeby przypadkiem ton moich wrażeń nie stopił się w jedno z ich tonem.

A po wtóre, chcę, ażeby to, com widział — choć przybyłem, jak wszyscy inni, po krwawej uczcie i widziałem niewiele — ułożyło się według pewnego sensu.

Oto dlaczego zapiszę swe dwie-trzy impresje, dopiero gdy ochłonę.

Tymczasem śledzę, co się w duszy Warszawy dzieje.

Nie jest właściwie tak rozradowana, jakby należało. Nie pozwalają jej. Teatry rządowe zamknięte, pieniędzy nie ma. Władze skarbowe zaczynają dopiero odbierać swoje biurka i stoły, pakowane do Moskwy. U góry nie znać stanowczej decyzji powrotu — więc strach jeszcze chwilami pełza i czołga się; nie chcemy wierzyć, żeby wróg tak łatwo dał się odepchnąć.

Przebąkują o nowej armii niemieckiej, która idzie od Mławy i posuwa się w stronę Modlina. Jakoż w rzeczy samej, zarządzenia komendanta twierdzy, wydane dla mieszkańców Jabłonny, Serocka świadczą, że dla tamtej okolicy nastały chwile wielkiego napięcia.

Jednocześnie poczta pantoflowa przynosi wieść pomyślną, że generał Miszczenko zaszedł z swymi Kozakami pod Kalisz. Mówią o jakichś oskrzydleniach, przed którymi Niemcy mają się cofać.

Pewnej orientacji nabrać by można z pism rosyjskich, zwłaszcza „Ruskiego Inwalida” i „Armiejskiego Wiestnika”, gdyby nie ton dziwny, tak niefrenchowski, lecz fanfaroński229. To nie komunikaty, to po pijanemu tańczony trepak230. I oto potwierdza się, że jeśli nie chodzi o kobietę, lepiej mieć do czynienia z głową niż nogami, to znaczy: sługusami. Podczas gdy komunikaty naczelnego wodza stały się teraz czysto fachowe i prawdziwie po żołniersku lakoniczne, strategicy i sprawozdawcy gazetowi puszczają wodze bombastyczności, wcale nielicującej z epoką, w której zakazano sprzedaży alkoholu.

Ale naród właśnie takimi artykułami się upaja — nawet zarówno rosyjski jak i nasz... Albowiem serca nasze biją unisono. Powoli zaczynamy myśleć i czuć po rosyjsku. Stajemy się jedną duszą w dwóch ciałach. Bierzemy cudze gesty, ruchy i odzewki. Nosimy czapki jak studenci rosyjscy, oczywiście nie ci ze stolic, gdzie świat wielki jest i nieśmieszny, lecz owi z Kostrom i Kursków, gdzie grandezzę231 północną oznacza się noszeniem czapki w ten sposób, żeby była przylepioną do prawego ucha i głowy nie osłaniała, a mundur tak kusy, żeby tylna dwu-plastyka widoczna była w całej okazałości.

A mowa nasza z całą słowiańską gościnnością wpuściła do swego mieszkania całe chmary intruzów: mówimy więc na bagnety „sztyki”, na Niemców — „Germany”, zamiast „wyrządzać szkody” „przyczyniać szkody”, zamiast wojenny — „pochodny”, zamiast nacierać — „następować” itd. itd. Przedtem już nauczyliśmy się pisać: „nadzieja na zwycięstwo” i „wątpić w powodzenie” i w pierwszym lepszym numerze pisma na pewno napotkamy co najmniej kilka takich ananasów. Wkrótce wszyscy będziemy tak mówili, jak pan Połusztannikow232 z „Muchy”. Może to i odpowiednie, boć właściwie mamy już tylko połowę portek.

Są to tylko pierwsze zwiastuny gruntownej asymilacji, która już nadciąga, a wnet po wojnie faktem się stanie ogromnym.

Ziemia nasza jest szlakiem olbrzymiej wędrówki narodów. Dwa i pół lub trzy miliony obcego żołnierza o wybitnej odrębności rasy lub może mieszaniny ras przewala się przez Polskę; niepodobna, żeby po nich nie zostało wielkiego etnograficznego osadu, który utworzy całą zwierzchnią warstwę. Przylgną do nas obce zwyczaje, czucia i pojęcia, zostanie niemała część tych nieprzeliczonych zastępów, jako inwalidzi, drobni urzędnicy, kupcy, rzemieślnicy, emeryci, obywatele nieokreślonego zajęcia. Przy tym Warszawa przywróconą będzie do godności wielkiej twierdzy, którą budować będą wielkie znowu legiony rosyjskich robotników i inżynierów. Powiększy się i załoga dziesięciokrotnie. Cieszcie się, kupcy, fabrykanci, restauratorzy i kokoty.

Trzebaż233 pamiętać, że Warszawa spodobała się wędrowcom. Przyglądają się z niesłychanym upodobaniem. Publicyści rosyjscy stawiają ją obok Berlina; zachwycają się jej „europejskością”, podnoszą jej olbrzymie znaczenie geograficzne, ekonomiczne i strategiczne. Słowem, Rosja teraz dopiero przetarła oczy i zrozumiała wysoki gatunek tej stolicy o wspaniałym przepychu martyrologii, krwawo-złotym blasku historyczności, o piękności, która z czasów saskich, stanisławowskich i empiru przedziera się na powierzchnię poprzez formację domów potwornych, ulic jednostajnych i szarych i dzielnic szpetnych.

Rosjanie teraz dopiero pojęli owo coś niepojętego, nieuchwytnego w duszy Warszawy, co jest jako królewna w letargu, zaczarowana w złotej trumnie. Urodzona jest dla korony, trzeba tylko, aby się obudziła...

Pokazaliśmy, czym jesteśmy, jako szafarze miłosierdzia, jako organizatorzy pomocy i samopomocy; zaimponowaliśmy nowoczesnością i dokładnością urządzeń sanitarnych; godnością i wdziękiem naszych kobiet, żarem naszych sympatii, szaloną wrażliwością naszej młodzieży na każdą wielką szlachetną pobudkę. Zrozumiano, że jesteśmy czystym Zachodem, drzewiną, która, gdyby dano jej więcej powietrza, rozrosłaby się w majestatyczny dąb, jakiemu podobnych niewiele zna cywilizacja.

Ten moment ogarnięcia nas okiem bystrym i życzliwym, choć wejrzenie to nieco spóźnionym wydać się musi, stanowi sam w sobie chwilę historyczną wielkiej doniosłości. Każde przecież życzliwe zrozumienie się wzajemne dwu wielkich narodów ma w sobie jaśnienie nowego słońca, jest tym, co karty w historii zapisuje złotem i pięknymi iluminacjami, a sztuce i poezji użycza królewskiego polotu i wiary w niebiosa.

Ale — tu zstępuję na ziemię — przyjdzie i taka chwila, że może będziemy żałowali, iż Warszawa tak wiele posiada ponęt i powabu.

To, co prawdopodobnie nastąpi po wojnie, owo zlanie się dwu narodów w jeden, będzie ze stanowiska ideologii panslawistycznej nową jutrznią, żyznym deszczem; na glebie przezeń zroszonej rozpleni się jeszcze bujniej geniusz dwu najgenialniejszych plemion słowiańskich.

Ale z punktu widzenia uczuć Polaka, będzie to wielki etap na pochyłości, wiodącej w przepaść, nie w nicość, lecz w przepaść Polska spłynie rzeką do morza rosyjskiego — wedle ulubionej formułki narodowców rosyjskich. Otchłanie zaś różnic, które dzieliły dwa narody, i nieskończoności złej pamięci, cierpień z jednej, zaś dręczeń z drugiej strony — okażą się tylko Puszkinowskim „domowym sporem”, familijną waśnią, do której światu — nic.

Z tych wróżb swoich zwierzyłem się onegdaj koledze memu doktorowi Wł. S.; prosiłem, żeby ją sobie zanotował w myśli i był mi świadkiem.