24 października, sobota

Tak szczęśliwie się złożyło, że był śród nas bliski znajomy zawiadowcy stacji Pruszków. Pozwolono nam skorzystać z pociągu, który szedł jeszcze trzy wiorsty dalej w stronę Brwinowa, mianowicie aż do mostu żelaznego. Ten, wysadzony pyroksyliną z posad, dość fantastycznie ku niebu wystawiał żelazne swoje wiązania i poręcze. Był to w ogólności szkielet olbrzymiego żelaznego zwierza, unoszący się nad przepaścią jakby do ogromnego skoku. Porwał uprzęże, które go przytrzymywały, sterczał ostrymi gnatami w dal, a popręgi z żelaza wisiały pęknięte, jak gdyby były tylko skórzane, lub nawet zwinęły się jak taśmy.

Mieliśmy więc tylko trzy-cztery wiorsty od Brwinowa.

Na pobojowisku byliśmy już właściwie przedtem. I wtedy już znacznie obniżyłem skalę swoich wymagań. Oczekiwana panorama spustoszenia i zgliszcz rozciągnęła się na taką długość i szerokość, że szczegóły na takim obszarze zmalały i zrzedły. Uszkodzone dachy i nawet rozwalone domy nie tworzyły fizjonomii krajobrazu. Drzewa jeszcze okryte zielenią i zwykła poza miastem obfitość roślinności zakryły trupy domostw; trzeba je dopiero ciekawym wzrokiem wyśledzać.

Prawdopodobnie w czasie bitwy obraz jest znacznie mniej spokojny i zrównoważony niż w tej chwili.

Zresztą wyobraźnia, podsycana opisami, zawsze w podobnych wypadkach spotyka się z zawodem. W opisie lub opowiadaniu zabite krowy lub konie sąsiadują z sobą o jeden wiersz lub o jeden tylko wyraz. W rzeczywistości zaś dzieli je kilkaset lub kilka tysięcy kroków. Tak było właśnie w tym wypadku. Poczciwe krowiny i koniska, dosiężone granatem lub szrapnelem na pastwisku, przez dłuższy czas były jedynym wymownym i żałosnym śladem zbożnej pracy artylerii.

Przyznam się, że choć pragnąłem widzieć koniecznie stosy trupów, to jednak niepowszednio cieszyłem się, że widzę nietknięte lasy, sady, gaje i... ogromne pola kapusty. Wszystko pod Warszawą miało być spalone do cna — a tymczasem nie ma ani żadnego dymu ani żadnego popiołu. Tu i ówdzie same pola niewykopanych kartofli i wszelkich jarzyn. Również stogi i sterty w pokaźnej ilości radują oko. Snadź nie wszystko wojna zagrabiła.

A przecież wszystkie te dary były właściwie o jedną staję od rowów strzeleckich, w których mieszkali okopani Niemcy i nad którymi pękały szrapnele rosyjskie. Toż widzę ostre odłamy pocisków, chodzimy śród nich i zbieramy. Cały nasyp kolejowy ma boki zażurowane granatami. Wagony, których setki i tysiące spędzono pod Warszawę, służyły snadź za osłonę; mnóstwo śród nich potrzaskanych, wiele podziurawionych i połupanych przez kule karabinowe, niektóre pokrzywione jakby od wielkiego bólu wnętrzności; po innych poznać nie można, czy służyły do przewozu ludzi czy węgla lub wapna: zostały tylko koła, a z reszty ocalały tylko zwitki żelastwa, wiórowato zwieszone i tarzające się po ziemi.

Lewy bok nasypu również skopany i zryty; w głębokich dołach i rowach siedzieli Prusacy i prażyli ogniem. Gdzie nasypu nie ma i tor biegnie nisko, okopywano się w ścianie sterczącego nad nim pola. W takich miejscach wnęki są głębsze i wygodniejsze; sklepienia umocowane przy pomocy wyrwanych drzwi i ścian wagonów, które w ten sposób stały się pułapami. Gdzie indziej za pułap służy poręcz łóżka drewnianego lub inna jakaś deska. Dna wysłane sianem.

Tutaj więc, w tych tysiącach stanowisk i lepianek strzeleckich szła krwawa robota. Stąd wysyłano w dal liczne transporty śmierci i tutaj też przylatywały niemniej, a pewnie nawet więcej gęste chmury śmierci od pozycji rosyjskich. Co pewien czas jakaś skrwawiona płachta lub oddarta część ubrania. Ale nie brak też i mniej okropnych resztek, jak np. ogromnej liczby puszek od Rindfleisch-Gulasch234.

Na samej stacji Brwinów uderzyła wzrok mój Muza. Smukłe żelazne polowe pulpity leżały kręgiem w deszczu i błocie, a śród nich wielkie tomy nut dla orkiestry. Żal mi ich było serdecznie i gdyby można było, zabrałbym je. Jedna księga roztworzona była — o ironio! — na sztuce, na której widniał napis: „Marsz z Tangejzera”. To mnie oświeciło o znaczeniu tego dramatu muzycznego: widocznie Niemcy zbliżali się do osady w chwili, kiedy grała kapela wojskowa rosyjska, i biedni grajkowie, nie mogąc realnie strzelać z puzonów, bębnów i fletów, zostawili wszystko na peronie i sami tył podali.

A dalej, na prawo i lewo od stacji, już coraz więcej spustoszeń. Tu pocisk armatni w ścianie szczytowej pięknego domu wyciął otwór okrągławy, wielki jak okno weneckie; ówdzie z chałupy drewnianej zostało nieco drzazg; tuż obok sterczą kominy opalonego domu z cegły. Jeden z mych towarzyszów, zmierzający do siebie, do swego mieszkania w Brwinowie, wie od przechodniów, że zostało obrabowane. Trwożnie też szuka wieżycy na pięknej willi jednego z sąsiadów — wieżycy nie ma.

Pusto i bezludno; deszcz jesienny chlapie swoje nudne De profundis235; po grząskim błocie przez ogrody idziemy do znajomych, stałych mieszkańców Brwinowa, którzy podobno najwięcej ucierpieli.

Istotnie — piękna kompozycja!

Okazała willa piętrowa zaprasza do swego wnętrza nie tylko drzwiami, których już nie ma, ale i szeroko roztwartym węgłem236. Dwie ściany rozeszły się na ogród jak wrota obory, ukazując w głębi olbrzymi generalny stos gruzów. Wszystko tu właściwie jest rumowiskiem.

Od granatu, który trafił w dach, runęło pierwsze piętro, popękały belkowania, mury i sprzęty utworzyły kupy cegieł i drew, to co ocalało, drży i trzęsie się złowrogo. O sile ciosu daje pojęcie — fakt, że fotele wyściełane, rzucone piekielnym pędem na ogród, padły na murawę już jako miękkie wiechcie237 i szmaty. Straszliwy cios nie tylko burzył, ale i gniótł, szarpał, wyrzucał, ale i mełł. Sto różnorodnych zniszczeń wykonał w jednym mgnieniu oka.

Pani domu, blada i spłakana, jeszcze nie otrząsnęła się ze zgrozy i lęku. Na jej steranej twarzy widać dni i noce trwogi, które spędzili w piwnicach, uciekając z willi do willi pod ognistym deszczem kul i szrapneli. Nad sąsiadami ich, podobnież schowanymi, runęło sklepienie i omal nie zostali żywcem pogrzebani. Inni sąsiedzi z trudnością wyciągnęli z pierwszego piętra swych rodziców, parę staruszków, ogłuchłych nie tylko już na mowę pieszczotliwą dzieci, ale i na ryk granatów. Na wszystkie prośby i błagania dzieci, ażeby zeszli na dół i uciekli z nimi, odpowiadali z niezamąconym spokojem: „Ależ my nic nie słyszymy!” Trzeba ich było w końcu prawie siłą wydostawać z zacisznego pokoju, w kilka zaś godzin później granat obrócił go w perzynę.

Malarz, w tych okolicach zamieszkały, bawił w Warszawie w chwili, gdy na dom jego runęła oszalała bitwa. Przedtem jeszcze kazano wszystkim mieszkańcom osady wynosić się, ale nie mogła tego dokonać jego matka, paraliżem do łoża przykuta. Przez cały straszny tydzień nad głową jej bzykały kule i dziurawiły ściany na rzeszoto238, a ona leżeć musiała. W pierwszych dniach były jeszcze w pobliżu jakieś miłosierne istoty, które dawały jej jeść i pić, potem ich zabrakło, i sama jedna śród bezludzia, sieczonego tylko ognia bluzganiem, bez pomocnej ręki ni łyżki strawy — przeżyła jednak te katusze. Syn, gdy wróg odstąpił, zastał ją zmartwiałą z przerażenia i głodu, ale żywą. Dobrzy ludzie pomogli mu zanieść ją na rękach do odległego o kilka staj sanitarnego pociągu.

Takich epizodów było wiele. Tak wiele, i tak okropnych i nieprawdopodobnych, że w końcu ludzie przywykli do nich i już dziwić się przestali. Kobietom nie stawały już łzy w oczach; nie załamywano już rąk, słuchając, nie przeklinano i nie wzywano imienia Chrystusa. Zgroza stała się chlebem powszednim, zaprawionym drugą z nie mniej ludzkich rzeczy — ciekawością. Im bliższa orgia krwi i chichotu przelatujących pocisków, tym strach mniejszy.

Głuchy a wspaniały instynkt gromady ludzkiej czuł, że na takie widowisko czekał tysiące lat i odpowiedział na nie, nie tylko łkaniem i ściśnieniem serca, ale i jakimś łakomstwem na nadzwyczajność i niesłychaność tego waru armatniego kotliska i furii ataków na bagnety.

Mój znajomy, właściciel zburzonego domu, miał w przeciwieństwie do swej połowicy, twarz promienną, jaśniejącą. Dumny był, że widział, i słyszał i przeszedł to, o czym inni tylko czytać mogą. A przede wszystkim wołał z kochanym zapałem młodzieńca, choć ma już synów dorosłych i całkiem świadomych powagi chwili:

— To nic, panie, nie żal mi domu i dobytku; nie żal trwogi, którą przebyliśmy, jeśli to ma być ofiara dla odrodzonej Polski! Przecież Polska musi być odrodzona!

I tak samo czuli i myśleli — a spisuję tu ściśle i dokładnie, co mi wyznano — wszyscy dookoła niego, pomimo że przeszli jeszcze jedną, najokropniejszą może z prób.

Rzecz tak się miała: wszyscy mężczyźni z tego grona mieli być rozstrzelani przez Niemców.

Było to już po kilkodniowym kwaterowaniu. Kiedy stosunki między gospodarzami a intruzami ułożyły się były znośnie, myszkujące żołdactwo wykryło gdzieś pod kupą siana pół setki karabinów rosyjskich. Podniosły się wściekle pruskie pięści, a wypasione gęby rzygnęły przekleństwem i groźbami. Postanowiono po krótkiej naradzie, że mężczyźni będą rozstrzelani, a najgłośniej w tym gardłował Polak z Księstwa, wachmistrz czy feldwebel, nazwiskiem Szymański.

Na razie wstrzymano się z wykonaniem wyroku — zarządzono dalszą rewizję. Młodzież, która wiedziała doskonale o owym zapasie broni i tylko rodzicom z tego się nie zwierzyła, wiedziała też o znacznej partii nabojów, schowanych w beczce pod jęczmieniem czy owsem. Należało za wszelką cenę tę zdradziecką amunicję uprzątnąć; ale jak, gdy dom obstawiony patrolami? Dzielni młodzieńcy korzystając z ciemnej nocy przeczołgali się między wartownikami, dotarli do beczki, wynieśli i rozrzucili po zaroślach naboje, i szczęśliwie pełzając na czworakach, wrócili.

Byliby godni pochwały Edmonda de Amicis239.

Gdy Niemcy dalszych dowodów zdrady nie znaleźli — a badali i owej beczki zawartość — gniew ich udało się poskromić któremuś z oficerów i skazańcom darowano życie.

Przejścia te nie tylko że nie zamąciły pogody ducha i nawet pewnego rozradowania moich przyjaciół, lecz nie spaczyły ich zdrowego rozsądku; oceniali rzeczy bezstronnie; wyrażali się o pobycie Niemców bez nadmiernego oczerniania. Chwalili ich nawet. Nieproszeni goście wprawdzie rychło przestali płacić za rekwirowane produkty i wykpiwać się kartkami na Berdyczów, ale — ogólnym zdaniem — oddawali wszystko bez wyjątku rannym. Bywali nawet nieraz uprzejmi i np. pomagali... gasić pożar, wzniecony przez granat rosyjski.

I to samo opowiadali mi inni moi znajomi. Odbierało się wrażenie, że Niemcy nie budzili wstrętu, owszem — nawet pewien respekt dla ładu i porządku, dla piorunującej szybkości i sprawności we wszelkiej robocie wojennej.

Wyraźnie poznawałem z opisów tę znajomą mi rasę, która jest właśnie pozbawioną wszelkiej rasy. Naszpikowana drobnymi formułkami grzeczności, pełna swych Guten Morgen240 i Grüß Gott241, nawet w stosunku do napastowanych i wyzyskiwanych — zarazem przy lada sposobności obnażała swą żarłoczność na wszystko, co może lepiej smakować, swą chciwość łupieżczą, a w razie gdy nie może jej zaspokoić, swą bezwzględność okrutników. Małomieszczański ekwipunek reguł towarzyskich, pedanterii i tresur społecznych nie pozwala im być wielkimi i szerokimi w szponach i uchwycie, i na odwrót, ukryta na dnie srogość automatycznych bestii, przeszkadza rozwinąć się i okrzepnąć w drugą naturę — tresunkowi i kulturze.