Wieczorem

Kanonada ponowiła się na kilka godzin. Powszechnie nie nazywa się jej inaczej, jak bombardowaniem miasta.

Wieczór niedzielny ożywiony, jak mało który. Warszawa tak cichnie i rozpogadza się o zmroku, jak gdyby nie tylko krwawych łaźni nie było pod miastem, lecz jak gdyby wojny nie było wcale. Opowiada się o grasowaniu Prusaków w Pruszkowie, o strasznych epizodach z ucieczki biednych mieszczan, o paleniu się lasów podmiejskich, o równaniu z ziemią majątków wzorowych i osad dla „postrachu”, o przygodach niewczesnych inteligentów, których za spacer w pobliżu pozycji o mało co nie oddano pod sąd wojenny lub nawet polowy — jako o zajściach z zapomnianych już czasów wojny europejskiej, tj. sprzed trzech lub pięciu godzin.

Spory o orientacje przerzedziły się mocno. Pytany przez rozmaitych półgłówków, dałem do zrozumienia, że nie mam żadnych orientacji, lecz wyznaję jedynie jakieś zasady, wypływające z pewnych niecofnionych faktów:

1. Nie jestem bombą rzuconą z aeroplanu. Bomba musi i powinna mieć orientację, żeby wiedzieć, gdzie paść. Ja nic wiedzieć nie muszę, gdyż za mnie wiedzieć będą, uczynią wszystko i postąpią, jak się im podobać będzie — wypadki. Mieć orientacje może tylko istota czynna, pani swej woli, ruchów i myśli. Ja zaś, tak samo jak i wy panowie, odgrywam poetyczną wprawdzie ale bardzo nikłą rolę, rolę czysto pasywną, listka unoszonego przez huragan.

2. Wszelka zmiana w położeniu społeczeństwa, złożonego z 11 milionów głów (nie najtęższych przeważnie) jest „awanturą”, czyli czymś niepewnym, co może przynieść zyski, ale może i straty. A dla nas najmniejsza strata już jest bankructwem.

3. Na razie, zbratany współczuciem z cierpiącym i głodnym miastem, z tysiącami i krociami idącymi na straszliwy bój, codziennie, w moich oczach, ażeby już nazajutrz powrócić bez rąk, nóg, oka, lub szczęki, z wyszarpanymi przez szrapnele płatami ciała, z urwaną połową twarzy, skąpanymi we krwi swojej i swoich towarzyszów broni — byłbym potworem, gdyby moje sentymenty polityczne zwracały się ku tym, co tych okropności są sprawcami.

Wszystkie filozofie moje klękają pokornie u łoża rannych i błagają o przebaczenie, że były kiedyś filozofiami.

A prawda — jedna filozofia jeszcze we mnie żyje i nawet natrętnie ciśnie się do mózgu. Czy Rosja wie, jak olbrzymie zadanie może teraz spełnić? Czy zdaje sobie sprawę, że zwyciężając Niemców, ocali świat, to znaczy siebie, nas, Francję i Belgię, i wszystko, wszystko, co jest dumą i chwałą ludzkości?

Wobec ogromu tego zadania niczym jest to, które spełniła przed stu laty zadając klęskę Bonapartemu. Tyrania Napoleona byłaby tyranią jednego wielkiego człowieka, łagodzoną przez stojący za nim wysoki naród francuski. Tyrania Kruppa będzie ciemięstwem210 70 milionów ludzi, u których wysokim jest przeważnie brzuch.

Jest konieczne dla szczęścia i rehabilitacji świata, po prostu dla jego możności życia w wolnym powietrzu, ażeby tym razem Berezyna płynęła znacznie więcej na Zachód i, co najwyżej, wzdłuż lewego brzegu Wisły...