18 października, niedziela

W mieście cicho, za miastem — crescendo208.

Nie bardzo wierzyłem ludziom, że szyby w ich mieszkaniach drżą od grzmotu haubic. Dziś przekonałem się, że mogą nie tylko brzęczeć, ale i obudzić. Choć wszelakie łoskoty, o ile są dalekie, zazwyczaj mnie usypiają, dzisiejsze przeszkadzały mi spać. Po prostu dlatego że były jakieś nowe. Huki były tak bliskie, tak odbrzmiewał im cały wielki czworobok placu Saskiego, że czujność, zawsze pozostająca na dnie uśpionego intelektu, zgadnąwszy zjawisko jeszcze nieprzeżyte, obudziła mnie. Rozkład głosów wydaje mi się innym. Działa brzmią barytonem, okna zaś odpowiadają chrapliwym basem; już nie szyby, ale ramy okien po prostu wstrząsają się, jak od trzęsienia ziemi.

Zdana na łaskę domysłów, wyobraźnia tworzy sobie fałszywy obraz, który dopiero refleksja prostuje. To zdaje się, że jakiś olbrzymi drwal toporem uderza w pnie drzew, to że cieśla odległy obrabia siekierą kloc, leżący nie na samej ziemi, lecz oparty na kłodach. Dopiero gdy łoskoty się zlewają w jeden długi, przeciągły, oko duszy widzi dokładniej i czuje, że to nie spokojna robota w lesie, lecz że ryczą wielkie działa i że tam śmierć chodzi po polu z wielką, sturamienną kosą.

Pejzaż miasta odpowiednio do tego przybrał wygląd dość jednostajny; składa się z dwóch motywów, powtarzających się z nieznacznymi wariacjami. Tabory jaszczyków z amunicją lub po amunicję i wozy z rannymi lub po rannych.

Obliczyłem, że bitwa dzisiejsza trwała równe dwanaście godzin, od piątej rano do piątej po południu. Prawdopodobnie zasiliło ją wiele nowych dział rosyjskich, gdyż grzmoty były tak potężne, jak gdyby pozycje znajdowały się tuż za samą rogatką Wolską lub Jerozolimską.

Chciałbym powiedzieć lirycznie, że niedziela się nam nie udała, ale to byłoby nieprawdą, ulice są ożywione po świątecznemu, nastrój raźny, i najgorszy hipochondryk nie domacałby się depresji lub smutku.

Za to Niemcom święto się naprawdę nie udało, Cesarz Wilhelm obiecał im oraz swojej dostojnej małżonce Auguście, że na imieniny, które przypadły 15 bieżącego miesiąca — da jej w upominku Warszawę.

Myśl nasza, mniej trzymana na uwięzi przez wydarzenia najbliższe, biegnie znów na Zachód. Czyż o nim była zapomniała209? Nawet nie, po prostu zmęczyliśmy się potopem belgijskich nieszczęść i litanią złowrogich wiadomości. Nie ma się odwagi śledzić systematycznie i pilnie dróg, którymi armia króla Alberta salwuje się ku Francji. Dręczy obawa, czy wściekłość pogoni niemieckiej nie udaremni dumnego heroizmu belgijskiej Anabasis. Podobno jednak ten król — król z Bożej łaski — rzeczywiście zwycięża w okolicach Brugii i Ostendy i nadzieja połączenia się z armią francusko-angielską jest wielka. W ten sposób Belgowie zadadzą Niemcom nie jeden jeszcze cios i przeciwważą dwa — trzy korpusy Niemców, zwolnione przez ostateczne opanowanie Antwerpii.

Jakkolwiek bądź, smutne to, żałobne dzieje! Belgia aż po Ostendę w szponach niemieckich; Niemcy mają niebawem ogłosić aneksję całego kraju; ludność Antwerpii schroniła się do Holandii i do Anglii. Wywłaszczenia podobnego dawno już nie widziała Europa. Nie powinna się do tego widoku przyzwyczajać! Gdyby to uczyniła i gdyby teraz nie złożyła najwyższego ślubu, że zrzuci przemoc, która żelaznymi kleszczami obejmuje coraz więcej ciała ludzkości — hańba byłaby wieczysta, którą przeżyć mógłby tylko helota.

Rząd belgijski przeniósł się do Francji. Odbywają się wymiany wzniosłych słów i uczuć nieznanej światu miłości i braterstwa. Wobec nich milkną polityki, orientacje, kombinacje; wszystko co nie jest bezpośrednim porywem serca i ukochaniem wielkich spraw. Niezdolny miłować i roztkliwiać się bezinteresownie w czasie pokoju i używania, Zachód zdobył się przynajmniej w czasie wojny na takie zmartwychwstanie szlachetności i współczucia, jakie musi poprzedzać tylko powszechną jutrznię wskrzeszonego ducha.

Dla takich chwil potrzeba ludziom Beethovenów i Chopinów!