VII

Gdziekolwiek bądź wewnętrzne słowo ucierpiało,

Szedł potwór, który wietrzył, aż utyje ciało,

Szła hiena niewoli... Niedługo czas złoty

Kwitnął Dawida harfy, promiennej jak cnoty,

Gdy on w pieśń uszykował poetyckim jawem

To, co zaciosał Mojżesz rutyną i prawem.

Dwadzieścia cztery chórów szło z nim jak do bitwy,

Cztery tysiące głosów śpiewało modlitwy.

Żaden lud nigdy, nigdzie i nie miał, i nie ma

Takiej pieśni jak Psalmy. Każda przy niej niema.

Niezadługo myśliłbyś, że słowo na tronie

Zajaśnieje: już widny przebłysk w Salomonie,

Już są księgi, jak Hiob, są już przysłów zbiory,

W zamian sobie zagadki dają autory.

Zdałoby się, że druku potrzeba im nieco,

Alić fenickie nawy rozwioślone lecą

I na cały świat niosą wiedzy błyskawice,

Zarzucając alfabet i srebrne kotwice.

Homer z dala, przez wieki cenion za dni onych

Żył, ale czy dotykał wawrzynów zielonych,

Jeśli nie wiemy dotąd gdzie i w stanie jakim,

Ani czy rzeczywiście był ślepym żebrakiem?

Wszelako, że rycerskie ośpiewał herbarze,

Słynniejszy od Hezjoda, co sławi ołtarze.