Mendel Kanciaty
Mendel Kanciaty, nie bacząc na swoją obszerną klientelę w miasteczku, okolicznych dworach i letniskach, miał wciąż ten sam maleńki kramik, w którym nie mogły się zmieścić od razu cztery osoby. Mógłby bardzo łatwo powiększyć swój sklep, tym bardziej, że posiadał obok domu wolny skrawek ziemi, po którym przechadzała się stale koza pani Mendlowej.
Ale Mendel nie chciał niczego zmieniać; i tak działo mu się dobrze, więc po co te wszystkie nowości?
Mendel Kanciaty był znany jako najuczciwszy w całym miasteczku kupiec.
Kiedy pewnego razu pani Mendlowa usiłowała sprzedać klientce jakiś lichy materiał na suknię, wmawiając w nią, że jest to towar „pierwszej klasy”, łagodny zwykle Mendel poczerwieniał z gniewu, wyrwał materiał z rąk żony i powiedział:
— To jest lichy, zleżały materiał! Leży tu jeszcze od czasu, kiedy nieboszczyk teść okazyjnie go kupił. Chce pani, mogę sprzedać za byle co, ale radzę wziąć porządniejszy towar.
Było to w pierwszym roku ich małżeństwa, bo później Mendlowa zrozumiała dobrze, że mąż nie dopuści żadnego oszukaństwa i nolens volens34 przeobraziła się w przyzwoitą, solidną kupcową. I właśnie tej swojej uczciwości Mendel zawdzięczał dużą klientelę, bo inaczej któż chodziłby kupować do jego nędznego kramiku, kiedy w miasteczku było kilka porządnych sklepów.
U Mendla było wszystkiego po trochu: towary łokciowe35 sąsiadowały z produktami spożywczymi, naczyniami, norymberszczyzną36 i papeterią.
Kiedy jakaś gospodyni z braku czasu posyłała po zakupy małego pętaka, mówiła:
— Pamiętaj, nie chodź gdzie indziej, jak do Mendla, bo on nie oszuka dziecka!
Kobiety wiejskie po targu robiły wszystkie zakupy u Mendla, „bo uczciwszy jest ten żyd niż niejeden katolik” — mówiły z uznaniem.
Poznały się też na nim panie letniczki i stąd powstało główne źródło jego dochodów.
Mendel jednokonną furmanką rozwoził towar po okolicznych dworach i letniskach i przyjmował nowe zamówienia, zapisując je w swoim nieodstępnym notesiku.
Panie nie odważały nigdy po raz drugi kawy, herbaty, kaszy i cukru, dostarczanego im przez Mendla, bo raz na zawsze było ustalone, że „Mendel nie oszuka ani na wadze, ani na gatunku lub cenie”.
Pani Mendlowa długo była bezdzietna, co u Żydów uważane jest nie tylko za nieszczęście, ale wprost za grzech i wstyd.
Daremnie jeździła kilkakrotnie do cadyka37 z Góry Kalwarii.
Świątobliwy ten mąż z całą stanowczością obiecywał jej potomstwo, wracała więc z tych pielgrzymek wielce pokrzepiona na duchu, lecz po pewnym czasie znów zaczynała rozpaczać.
I oto po dziesięciu latach, ku wielkiej radości Kanciatych i nie mniejszej chwale Cudotwórcy, pani Mendlowa urodziła dużego, zdrowego i ładnego chłopca.
Odtąd Mendlowa nie widziała świata poza synem.
— Takiego drugiego delikatnego dziecka nie ma w miasteczku — mówiła Mendlowa. — To jest prawdziwy hrabia...
Sąsiadki zaś twierdziły:
— Takiego drugiego dziecka nie ma w całym miasteczku, to jest prawdziwy rozbójnik!
Białka, koza pani Mendlowej, wkrótce zdechła, za nią powędrował stary wierny pies Rukiet i kilka bezimiennych kotów, a wszystko to stało się za sprawą małego Dawidka.
Kiedy Dawidek skończył pięć lat, przyszedł po niego belfer Szlama, ażeby zgodnie z tradycją zabrać go do chederu38.
Dawidek nie płakał i nie czepiał się matczynej spódnicy, jak to w podobnych okolicznościach czyniły inne żydowskie bachorki.
W milczeniu ugryzł Szlamę aż do krwi w rękę, tak że nieszczęsny belferzyna wypuścił z rąk swoją nieodstępną dyscyplinę39.
Kiedy Szlama, oprzytomniawszy, chciał się znowu zabrać do Dawidka i przede wszystkim ukarać go jak należy, pani Mendlowa zasłoniła syna swoją obszerną osobą i powiedziała:
— Idźcie z Bogiem, Szlama, mój Dawidek jest zbyt delikatne dziecko, by chodził do chederu... Ja jemu najmę domowego nauczyciela.
Wówczas głupkowaty Szlama wypowiedział jedyne w swym życiu mądre i ważkie słowa:
— Ten chłopiec nie zostanie nigdy ani dobrym Żydem, ani porządnym człowiekiem! — I popędzając przed sobą, niby gąsięta, gromadkę chłopców, poszedł z nimi do chederu.
Pani Mendlowa znalazła istotnie dla swego syna nauczyciela, ubogiego „szywebuchera”40, który za obiady i kilka rubli miesięcznie miał go nauczyć wszystkiego, co nabożny Żyd umieć powinien, i przygotować do barmycwy41.
W kilka lat później znalazła mu drugiego nauczyciela, staruszka emeryta, pana Więckiewicza, mającego go przygotować do gimnazjum w Piotrkowie.
Pani Mendlowa postanowiła bowiem wykierować swego syna na doktora.
Dawidek był leniwy i krnąbrny, lecz tak niesłychanie zdolny, że nauka niejako wbrew jego woli sama do głowy mu trafiała i po kilku latach zdał do trzeciej klasy gimnazjum w Piotrkowie.
Radość i duma Mendlów nie miały granic.
Niestety, na owym pamiętnym fakcie skończyła się kariera naukowa Dawidka.
W kilka miesięcy po tym, wypędzony sromotnie z trzeciej klasy za złe sprawowanie się, powrócił do domu.
Wówczas pani Mendlowa wezwała na naradę felczera pana Lewkowicza.
Pan Lewkowicz, którego przez uszanowanie tytułowano stale starszym felczerem, choć żaden młodszy felczer nie istniał w miasteczku, był typem dawnego Żyda-asymilatora i gorącego polskiego patrioty.
Nazywał siebie „Polakiem mojżeszowego wyznania”.
W gabinecie swoim miał duży portret Elizy Orzeszkowej i wskazując na ten portret, mówił zawsze z trochę zabawną, lecz szczerą emfazą:
— To ona, czcigodna pani Eliza, zrobiła ze mnie człowieka! Jej książka Meir Ezofowicz odkryła przede mną nowe światy.
Pan Lewkowicz miał dużą klientelę nie tylko w naszym miasteczku, lecz i w okolicznych dworach.
Sam wrzeszczewicki dziedzic mówił o nim: „Gdyby nasz Lewkowicz skończył uniwersytet, byłby z niego drugi Chałubiński lub Baranowski42”.
Na szczęście pan Lewkowicz był człowiekiem nie tylko uczciwym, lecz i rozsądnym, więc powodzenie i pochwały nie przewróciły mu w głowie i w poważniejszych wypadkach, kiedy rozumiał, że wiedza jego jest niedostateczna, sam kierował pacjentów do miejscowego lekarza.
Tego właśnie pana Lewkowicza wezwała pani Kanciata, by poradzić się, co dalej począć z synem, który według niej był oczywiście niewinną ofiarą podłości profesorów i kolegów.
Pan Lewkowicz wysłuchał uważnie, w milczeniu wypił kilka szklanek herbaty z malinowym sokiem i namyśliwszy się, powiedział:
— Trudno, doktorem już nie zostanie, ale coś niecoś jednak umie, więc trzeba się postarać, by uczył się prywatnie i zdał egzamin z sześciu klas i wstąpił do szkoły dentystycznej.
Wysłano więc Dawidka do Warszawy i umieszczono u krewnych na Gęsiej. Ci krewni mieli dopilnować, aby, jak mówiła pani Mendlowa, Dawidek „poszedł po drodze naukowej”.
Upływały lata, a Dawidek nie pojawiał się jakoś w naszym miasteczku.
Na każde święto pani Mendlowa sprzątała gruntownie, gotowała, smażyła i piekła i za każdym razem spędzała we łzach owe dni świąteczne, bo Dawidek w ostatniej chwili znajdował jakąś wymówkę.
Do sąsiadek i klientek, aby uratować jakoś sytuację, pani Mendlowa mówiła:
— Mój syn nie ma czasu, on przygotowuje się do egzaminu, więc musi dzień i noc pracować... Na kursa dentystyczne trudniej jest się dostać jak do uniwersytetu.
Widocznie trudności te były nie do pokonania, bo w dwudziestym trzecim roku życia Dawidek jeszcze nie wstąpił do owej szkoły, natomiast pobyt jego w Warszawie kosztował Kanciatych chyba więcej niż ukończenie uniwersytetu w Cambridge.
I musiał Kanciaty te wszystkie pieniądze wyciągać ze swego sklepu i nieustannego trzęsienia się na naładowanym towarem wózku.
Toteż nic dziwnego, że mimo lichego odżywiania się i ubogiego trybu życia, Kanciaty nie miał za co wyrestaurować domu, który powoli zamieniał się w ruderę.
Aż oto pewnego dnia Dawidek zjawił się niespodziewanie w miasteczku. Przyjechał pożegnać się z rodzicami, bo — po dwukrotnym odroczeniu — wzięli go do wojska i mieli wysłać do dalekiego pułku, aż gdzieś na Kresach. Przyjechał i od razu olśnił wszystkie żydowskie panienki.
Takiego eleganta nasze miasteczko jeszcze nigdy nie oglądało!
Buciory miał żółte, koloru kaczych łapek, garnitur również żółty, w tak olbrzymie kraty, że chyba żaden rodowity Anglik nie miał większych na swoim ubraniu, kapelusz szary, miękki i leciutki jak ta mgła i wspaniały krawat, mieniący się wszystkimi kolorami tęczy. A pachniał sam jeden daleko silniej i piękniej niżeli cały zakład fryzjerski pana Gutwajna!
Trzeba było widzieć, z jaką dumą spacerowała pani Mendlowa w sobotę z synem. Panienki słały mu powłóczyste spojrzenia, ale gdzieżby tam taki stołeczny frant43 zwrócił uwagę na małomiasteczkowe Żydóweczki.
Szedł sobie, gwizdał modne szlagiery i wymachiwał laseczką, istny hrabia.
A potrafił ten Dawidek tak z góry traktować ludzi, że nawet poważniejsi kupcy i sam starszy felczer nie śmieli go się pytać o egzaminy i o szkołę dentystyczną.
Dawidek przebył w miasteczku trzy dni piękny, wyniosły i niemal niedostępny; po czym znowu zniknął.
Zaczęły przychodzić listy do Kanciatych z jakiegoś miasteczka na Kresach i po każdym liście widziano Kanciatego na poczcie, wysyłającego raz po raz przekaz pieniężny na imię syna.
W jakieś pół roku po wstąpieniu Dawida do wojska zjawił się u pana Lewkowicza Mendel Kanciaty.
Pan Lewkowicz zrazu myślał, że to zachorowała pani Kanciatowa, bo Kanciaty wizyt nie uznawał, a w interesie Żyd do Żyda w sobotę przecież nie przyjdzie.
— No, co jej znowu jest? — burknął. — Z tymi kobietami to człowiek nawet w sobotę spokoju... — spojrzał na Kanciatego i urwał.
Twarz miał Kanciaty obrzękłą, siną, błyskał, jak rubinami, czerwonymi od płaczu gałkami oczu. W ręku miał gruby kij, na którym się opierał, widocznie w popłochu zapomniał, iż w sobotę nie chodzi się z laską lub parasolem.
— Co panu jest? — zapytał zaniepokojony pan Lewkowicz. — Czy, broń Boże, żona...
— Tu nie o żonę chodzi i o jej choroby — przerwał Kanciaty — tu jest gorsza rzecz z moim sy... synem... oby on się nigdy nie urodził!
— Panie Kanciaty, takie słowa w ustach ojca to jest grzech i obraza boska! — zawołał pan Lewkowicz i spojrzał na portret Elizy Orzeszkowej, jak zawsze, gdy coś na niego wywarło silne wrażenie.
— Panie Lewkowicz, tu stała się ostatnia rzecz... ja mam żal do Pana Boga za to, że mi pozwolił doczekać takiej chwili.
— Niech się pan uspokoi... a potem mi pan opowie, o co idzie... Ja panu przede wszystkim dam laurowych kropel44...
— Nie trzeba mi żadnych babskich leków... ja do pana nie po lekarstwo przychodzę, a po radę...
I wtedy pan Lewkowicz dowiedział się, że do Kanciatych przyszedł list... strasznie powiedzieć... z wojskowego więzienia.
List ten Kanciaty raz już przeczytał, a teraz wspólnie z panem Lewkowiczem zaczęli odczytywać po raz drugi.
I chociaż w tym liście Dawid wił się jak piskorz, kłamliwymi słowami jak brudnymi łachami osłaniał nagą prawdę, obrzydliwą czułostkowością usiłował otumanić ojca, jasny i niezbity pozostał fakt, że Dawid okradł w koszarach drugiego żołnierza, później zaś, usiłując widocznie pozorami oburzenia ratować sytuację, pobił pełniącego swą służbę podoficera.
W końcu listu Dawid donosił, że dowódcą ich pułku jest pułkownik Lucjan Żegota, i zapytywał, czy to nie jest ten sam porucznik Żegota, o którym w dzieciństwie opowiadał mu ojciec. Więcej o tym pułkowniku nie pisał, obawiając się widocznie cenzury więziennej.
Mendel Kanciaty służył w swoim czasie w armii rosyjskiej. Bezpośrednim jego zwierzchnikiem był Polak, porucznik Lucjan Żegota. Pan porucznik tak sobie upodobał sprytnego, przystojnego i uczciwego żydowskiego chłopca, że – fakt bardzo rzadki — wziął go na ordynansa.
— Tak, to musi być ten sam Polak — przytwierdzał Mendel. — Nazywał się Lucjan Żegota i był porucznikiem, a teraz dosłużył się widocznie rangi pułkownika. Bardzo był dobry ten pan porucznik i zawsze mawiał: „Śmieją się ze mnie koledzy, że mam ordynansa żyda, a ja bym ciebie, Mendel, nie wymienił na żadnego chrześcijanina”.
Pan Lewkowicz namyślał się przez długą chwilę, a w końcu powiedział:
— Innej rady nie ma panie Kanciaty, jedź pan do tego pułkownika, padnij mu do nóg i proś o zmiłowanie nad synem. Kary mu nie darują, to trudno, ale może przez pamięć na pańską uczciwą służbę i wspomnienia młodości pan pułkownik postara się wpłynąć na sędziów, by znaleźli okoliczności łagodzące, a może nawet on sam zasiadać będzie w tym sądzie wojskowym nad pańskim synem, a wtedy...
Lecz Mendel mu przerwał:
— Ja mam prosić za tego złodzieja?! Nigdy!
— Więc po jaką radę pan właściwie przychodzi? Przecież innej rady nie ma — odpowiedział pan Lewkowicz. — I zresztą obowiązkiem ojca jest ratować swoje, najgorsze choćby dziecko.
Mendel pochylił głowę i w milczeniu wyszedł z mieszkania pana Lewkowicza.
Wypędzony niemal z domu przez żonę, która mówiła, że będzie miał na sumieniu nie tylko los syna, ale i jej śmierć, bo ona się zabije, jeżeli Mendel nie będzie ratował dziecka, Kanciaty wyjechał do owego miasteczka na Kresach.
Kiedy po kilku dniach pan Lewkowicz dowiedział się, że Kanciaty wrócił, rzucił wszystkie swe zajęcia i pobiegł do niego.
Sklepik był zamknięty. W kuchni siedziała Kanciata i obierała, a raczej zdawało jej się, że obiera kartofle.
— Gdzie mąż? — zapytał pan Lewkowicz.
— On dla mnie już nie jest mąż — odpowiedziała kobieta. — On nawet nie jest obcy człowiek, a mój najgorszy wróg, bo on jest kat mojego dziecka i niech Pan Bóg jego skarze za to!
— Czy pani zwariowała?! — krzyknął gniewnie pan Lewkowicz. — Pani jest zła kobieta i to panią Pan Bóg może skarać za takie słowa!
A po chwili zapytał już spokojniej:
— Co on takiego zrobił?
— Niech pan idzie do pokoju, to pan sam się zapyta. On tam siedzi sam jeden jak pies, bo on zresztą gorszy jest od psa.
Pan Lewkowicz wszedł do sypialni, która łącznie z kuchnią stanowiła całe mieszkanie Kanciatych.
Kanciaty siedział przy oknie na starym, ceratą obitym fotelu i jak gdyby patrzył na ulicę, lecz spojrzenie jego było tępe i mętne jak dawno niemyte szyby tego okna.
Rezolutny zwykle pan Lewkowicz szepnął nieśmiało:
— Więc... więc pan wrócił...
— Ano, tak... jak pan widzi, wróciłem...
— I cóż? — zapytał cicho pan Lewkowicz.
— Ano... nic... — odpowiedział obojętnie Kanciaty.
Pan Lewkowicz trochę się zniecierpliwił:
— Panie Kanciaty, przychodził pan do mnie po radę, to teraz odpowiedz mi jak człowiekowi i jak przyjacielowi.
— Co ja mam panu opowiedzieć? Nic nie zrobiłem i koniec.
— Więc ten pułkownik jest taki twardy i okrutny człowiek, że nic go wzruszyć nie zdołało?
— Kto panu powiedział, że on jest twardy i okrutny? On jest dobry i szlachetny człowiek, daj Boże, żeby więcej takich było na świecie.
— A jednak... nic dla pana zrobić nie chciał...
— Jak on mógł coś dla mnie zrobić, kiedy on nic nie wie?
— Jak to „on nic nie wie”? Przecież pan pojechał po to, by mu przypomnieć się i prosić za syna, więc on teraz wszystko wie.
Kanciaty milczał.
— A może pan nie był u niego? — zapytał stropiony pan Lewkowicz.
— Byłem, ale nic mu nie powiedziałem.
— Nic nie rozumiem — szepnął pan Lewkowicz.
— Nie rozumie pan i nigdy pan nie zrozumie, więc po co to całe gadanie — odburknął Kanciaty.
Urażony pan Lewkowicz chciał już wstać i odejść. Lecz nagle w duszy tego małomiasteczkowego felczera zakwitła jakaś mądra i dobra troska już nie o sprawy życiowe, lecz o tajemnicę cudzego serca...
— Ja rzeczywiście nic nie rozumiem — odpowiedział niemal pokornie. — Ale czuję, że z panem stało się coś dziwnego. Jeżeli pan może, niech pan podzieli się ze mną swymi myślami. Nieraz w taki sposób człowiekowi lżej się robi na sercu... Niech pan mówi do mnie jak do samego siebie... a jeśli potrzeba, to ja mogę później zapomnieć o tej rozmowie.
I wówczas Mendel Kanciaty zaczął opowiadać niemal gorączkowo i bezładnie:
— Przychodzę do niego... kazałem się zameldować: „dawny ordynans pana pułkownika, Mendel”. Od razu przyjął... obie ręce do mnie wyciągnął... na fotelu posadził, ordynansowi kazał przynieść wina i dwa kieliszki... Wypiliśmy... kieliszkiem się ze mną trącił, jak równy z równym. I powiada: „A toś mnie ucieszył, bracie, swymi odwiedzinami! Pamiętasz, jak się ze mnie koledzy śmieli, że mam za ordynansa Żyda? A ja później nigdy już nie miałem takiego wiernego uczciwego ordynansa! Przyjacielem mi byłeś, nie sługą”, powiada. I później on mówił... mój Boże, co on to mówił? Ach tak, wspominał różne głupstwa o jednej pannie Marii, dla której my kwiaty rwali w cudzym ogrodzie, i o swoim przyjacielu kapitanie, co tak pięknie grał na gitarze cygańskie pieśni, ale tyle pił, że ja go musiałem zawsze do domu odprowadzać, i różne takie głupie rzeczy przypominał, jak dziecko... bo ci goje, nawet mądrzy, jak mój pułkownik, są czasami jak dzieci... I już miałem mu do nóg się rzucić i wyznać, po co przyjechałem, a on nagle nalewa jeszcze po jednym kieliszku i mówi: „Wiesz Mendel, tobie zawdzięczam, że nie ma we mnie żadnej niechęci do Żydów... A kiedy mi ktoś coś złego o Żydach powie, zawsze odpowiadam: »Wszystkim ludziom życzę, żeby byli tak do gruntu uczciwi i prawi, jak mój dawny ordynans, Mendel Kanciaty«”. Jak on powiedział te słowa, to ja od razu zrozumiałem, że już koniec, że ja... nie powiem, po co przyjechałem. Wstaję, idę do drzwi, pułkownik mnie zatrzymuje: „Posiedź jeszcze trochę, bracie, opowiedz, jak ci się powodzi. Może mogę coś zrobić dla ciebie?”. A ja nic... słowa ze siebie wykrztusić nie mogę... Ukłoniłem się, rękę mi podał i — poszedłem... A teraz panie Lewkowicz, ja wciąż siedzę i myślę, co się ze mną stało i dlaczego nie mogłem mówić i głowa mi pęka od tego myślenia. Z początku to ja chciałem bronić się przed samym sobą i mówiłem sobie: „Dobrze zrobiłeś, on wierzy, że między Żydami są uczciwi ludzie i ty nie masz prawa zabijać w nim tej wiary...”. Ale to jest głupstwo... Bo on przecież jest mądry człowiek i powinien zrozumieć, że w każdym narodzie są uczciwi ludzie i są złodzieje.... Więc pewnie ja nic nie mówiłem przez ten wstyd, ten straszny wstyd, że mam syna złodzieja. A w takim razie, ja nie miałem prawa... trzeba było zabić w sobie ambicję... i ratować syna... I wtedy jakiś głos we mnie krzyczy: „Ten złodziej nie jest już twoim synem! To jest obcy człowiek”. A drugi głos zaraz odpowiada: „Ojciec nie ma prawa wyrzec się swego, choćby najgorszego dziecka, powinieneś był pomimo wszystko — ratować syna!”.
— Więc może jeszcze nie za późno? — zaczął niepewnie pan Lewkowicz.
— Nie, panie Lewkowicz, ja już sam nie wiem, czy ja dobrze, czy źle postępuję... W głowie mi się od tych wszystkich myśli mąci... Ale jedno wiem: że ja tego zrobić nie mogę! Choćby mnie do śmierci bili! Choćby ze mnie żywcem pasy darli! Ja nie mogę! Dlaczego? Ja nie wiem... A może... może na świecie jest takie święte prawo, że za każdą winę powinna być kara i pokuta, i moje sumienie krzyczy, że mnie nie wolno postępować wbrew temu prawu. I tak wciąż w kółko... Jeden człowiek we mnie krzyczy: „Idź, proś, błagaj o zmiłowanie nad synem!”. A drugi odpowiada: „Nie mogę i nie chcę!”. I ten drugi jest silniejszy... Ja już sobie rady dać nie mogę z tymi myślami, jedno tylko na pewno wiem, że ze mną jest źle... że ja jestem skończony człowiek.
Pan Lewkowicz daremnie szukał w poczciwej swej głowinie jakiejś cytaty z dzieł ukochanej autorki, która by potrafiła coś objaśnić lub choćby pocieszyć...
Popatrzył bezradnie na Mendla, uścisnął jego rękę, westchnął i wyszedł.
Mendel Kanciaty postawił samemu sobie zupełnie trafną diagnozę, nazywając się skończonym człowiekiem.
W istocie wszystko dla niego zaginęło, zaprzepaściło się, czy odeszło daleko... daleko...
Obojętni mu się stali ludzie i wszelkie sprawy i zabiegi, dotychczasową treść jego życia stanowiące.
Coś tam w jego sklepiku żona jeszcze sprzedawała, ratując siebie i męża od głodowej śmierci i posyłając synowi do więzienia jakieś cudem zaoszczędzone grosze.
Lecz Mendel już nie jeździł po okolicznych dworach i letniskach, nie wchodził nawet do sklepu, by pomóc żonie.
Siedział wciąż w izdebce za sklepem, w starym obdartym fotelu i patrzył przez mętne szyby na ulicę, przez którą niby wielkie chińskie cienie przesuwali się obojętni i na zawsze niepotrzebni mu ludzie.