Chaja Rybiarka urządza pogrom
Dwojra Pierzarka powiedziała kiedyś do nas:
— Wy potraficie od razu osądzić człowieka: jeden jest dobry, porządny, nawet szlachetny, jednym słowem — anioł w ludzkiej postaci! Drugi zły, nieuczciwy, podły — istne wcielenie diabła. Tymczasem na tym świecie nie ma diabłów ani aniołów, a są tylko ludzie.
Bo weźcie na przykład Rachmila, pisarza z tartaku: właściciela okrada i ludzi, co drzewo kupują — zdawałoby się, skończony złodziej i podlec. A z drugiej strony zapytajcie się rabina, kto najwięcej w miasteczku daje na dobroczynne cele, kto biedaka z domu z pustymi rękami nie wypuści? Ten sam Rachmil, w którym, zdawałoby się, nic dobrego nie ma.
Albo Chaja Rybiarka: ordynarna kobieta, kłótliwa i pierwsza w miasteczku plotkarka, jednym słowem — na pozór istna czarownica. A spróbujcie poprosić ją o jakąś przysługę. Na koniec świata dla was poleci, chociaż nogi ma opuchłe od ciągłego biegania.
A znowu weźcie dobrych ludzi, na przykład starszego felczera, pana Lewkowicza: porządny i uczciwy człowiek i delikatny, prawda? Ale czy on nie ma siebie za coś lepszego od wszystkich ludzi w miasteczku? Czy się nie chwali, że go często biorą za prawdziwego Polaka i do gojów się przylizuje, że aż wstyd — po prostu siedzenia im liże! Więc krótko mówiąc, każdy człowiek ma w sobie coś złego, co mu trzeba przebaczyć, i coś dobrego, co trzeba w nim uszanować.
— No, a Ajzyk Pijawka, co on w sobie ma dobrego? — zapytała drwiąco nasza kucharka Chana. — Może mi Dwojra wyliczy jego zalety. Bardzo jestem ciekawa je poznać.
Dwojra milczała przez chwilę:
— Tak, on... naprawdę... — wyrzekła zakłopotana. — O nim ja nawet nie śmiem z Panem Bogiem rozmawiać, bo to już stracona dla Boga i ludzi dusza.
Ajzyk Pijawka nazywał się właściwie Kutner, a Pijawką nazywano go w miasteczku za okrutną, bezwstydną lichwę.
Chrześcijanie przypuszczają zwykle, że ofiarą lichwy padają tylko oni sami, bo „kruk krukowi oka nie wykole”. Jednakże Ajzyk Pijawka grasował prawie wyłącznie pomiędzy Żydami.
Drobni przekupnie i przekupki pożyczali od niego pieniądze na kupno towaru, zamieniając się stopniowo w jego białych murzynów.
Pracowali, harowali, płacili w ciągu długich lat bezwstydne procenty, zdawałoby się, że już dziesięć razy dług swój pokryli, a ciągle mu byli winni to samo lub jeszcze więcej. Pasożytował on także na ludzkim nieszczęściu: pożyczało się od niego na chorobę lub na pogrzeb bliskich i pożyczający przy tej sposobności sam sobie grób kopał, idąc w wieczną niewolę do Ajzyka Pijawki.
Zaradna i pracowita Chaja Rybiarka wyjątkowo dawała sobie radę bez kredytu Ajzyka.
Ale i na nią przyszła zła godzina, prawdziwy dopust Boży.
Zachorowała ciężko jej córka i trzeba było zawieźć ją na operację do Łodzi.
Jakże nie ratować dziecka? Jak się nie ma, trzeba pożyczyć, choćby u Ajzyka Pijawki.
Operacja i kilkutygodniowy pobyt w klinice kosztują 360 rubli. To są wielkie, ciężkie pieniądze, cały majątek.
Poszła tedy Chaja po pożyczkę do Ajzyka.
Ta sama Chaja krzyknęła mu kiedyś prosto w oczy w sądny dzień w synagodze, że takich jak on podleców rabin powinien zabronić wpuszczać do synagogi.
Ajzyk doskonale słyszał jej słowa, mógłby więc teraz powiedzieć: „Aha, przyszła koza do woza”.
Ale Ajzyk Pijawka się w takie głupie zemsty nie bawił.
Dla niego każdy nowy klient to dojna krowa, a któż to dojną krowę wygna ze swej obory, nawet gdyby go kiedyś kopnęła.
Poskrobał się w brodę i zapytał, nie odpowiadając na powitanie Chai:
— Nu, ile potrzebujesz?
— Trzysta sześćdziesiąt rubli — odpowiedziała z westchnieniem Chaja. — Ja na operację, bo moja córka...
— To mnie wszystko nie obchodzi — przerwał jej Ajzyk. — Mnie obchodzi tylko, że ty potrzebujesz trzysta sześćdziesiąt rubli. Na jaki termin?
— Najmniej na rok — odpowiedziała — bo przed rokiem...
— Więc na rok — przerwał jej znowu Ajzyk. — Podpiszesz weksel na pięćset rubli...
— Jak to na pięćset? Mnie trzysta sześćdziesiąt zupełnie wystarczy. Po co ja mam brać więcej?
— Toteż dostaniesz trzysta sześćdziesiąt rubli, ani grosza więcej. Reszta to procenty.
— Jakie procenty? Ja mogę procent płacić miesięcznie, więc po co wliczać do pożyczki?
— Toteż będziesz płacić oprócz tego miesięcznie urzędowe dziesięć procent.
— No, dobrze, to jest nawet całkiem mały procent — zgodziła się Chaja. — Ale wy mówicie, jeśli moja głowa dobrze rozumie, że ja mam podpisać weksel na pięćset rubli, a dostanę wszystkiego trzysta sześćdziesiąt, więc gdzie się podzieje ta różnica?
— Te sto czterdzieści rubli różnicy to jest mój procent, mój, a nie urzędowy, bo ja pożyczam na czterdzieści procent, a nie na ich głupie dziesięć procent. Ja muszę mieć gwarancję i odszkodowanie za to, że ryzykuję. Jak ty umrzesz, to kto za ciebie zapłaci? Czy ty masz sklep, dom, place?
— A dlaczego wy ten wasz procent wliczacie do kapitału?
— Mógłbym ci odpowiedzieć, że ty jesteś głupia kobieta i nic nie rozumiesz. Podoba ci się, to podpisz weksel, nie, to idź na złamanie karku! Ale że tutaj nie jest telegraf i każde słowo nie kosztuje pieniędzy, więc ja ci mogę objaśnić. Ja będę brać od ciebie tylko urzędowy procent, bo więcej nie mam prawa, a te sto czterdzieści rubli ja wliczam do kapitału i w taki sposób pokrywam sobie z góry mój procent taki, jaki ja naznaczam. Zrozumiałaś?
— Oj, zrozumiałam — krzyknęła Chaja — ale wy przecież nie powinniście zarzynać tak człowieka! To jest rozbój!
— Czy ja do ciebie przyszedłem, czy ty do mnie? Uważasz, że cię zarzynam, to idź skąd przyszłaś, ja cię nie zatrzymuję. Idź i nie zabieraj mi czasu.
I Chaja Rybiarka podpisała ów zabójczy dokument i zdawałoby się, że na całe życie zaprzedała się w niewolę Ajzykowi Pijawce.
Ale los okazał się dla niej jakoś łaskawszy niżeli dla innych ofiar Ajzyka Pijawki.
Na tydzień przed operacją i przed ową pożyczką napisała do starszego brata, który w młodości wyemigrował do Londynu i miał na Whitechapel sklepik spożywczy z koszernymi wiktuałami. Pisała, że potrzeba jej 360 rubli, a skąd weźmie taki majątek nieszczęśliwa wdowa obarczona trojgiem niedorosłych dzieci.
Pisała bez wielkiej nadziei, bo brat długie lata jej już nie widział, a przy tym wiedziała, że on sam nie jest Rotszyldem45, a średnio zamożnym sklepikarzem.
Ale w trzy tygodnie potem brat przysłał jej odpowiednią ilość funtów i jeszcze napisał, że dobrze zrobiła, zwracając się do niego.
— Tacy to są żydowscy bracia! — mówiła Dwojra Pierzarka, która cieszyła się podwójnie, ze szczęścia Chai i z tego, że są jeszcze na świecie dobrzy ludzie.
Pobiegła Chaja Rybiarka do Ajzyka:
— Miesiąc temu pożyczyłam od was trzysta sześćdziesiąt rubli. Przychodzę teraz zapłacić te pieniądze.
— Jakie trzysta sześćdziesiąt rubli? — zdziwił się Ajzyk. — Ty ode mnie pożyczyłaś pięćset rubli i ja na to mam weksel.
— No tak, bo policzyliście sobie ten wasz procent za rok z góry i jeszcze za ryzyko. A teraz upłynął nie rok, a jeden miesiąc, i ryzyko też upadło, bo ja wam rzetelnie wypłacę trzysta sześćdziesiąt rubli. No i jeśli koniecznie chcecie, mogę wam zapłacić nawet ten wasz duży nieurzędowy procent za jeden miesiąc.
— Moja droga, do jutra będziemy z sobą gadać i nic z tego nie wyjdzie! — odpowiedział Ajzyk. — Ty wciąż mówisz o trzystu sześćdziesięciu rublach, a ja będę mówił o pięciuset rublach, które mi się od ciebie należą i na które mam weksel.
Tutaj Chaja Rybiarka do reszty straciła cierpliwość.
— Ty zbrodniarzu, ty gorszy jesteś od tego zbója, co ludzi zarzyna na drodze lub w lesie, bo tamten choć ryzykuje swoją skórę, a ty bezkarnie ludzi zabijasz! Ale ja ci powiem, Ajzyku Pijawko (bo ty jesteś paskudna pijawka, a nie człowiek!), moje ostatnie słowo: albo bierz te trzysta sześćdziesiąt rubli i procenty za miesiąc, albo grosza ode mnie nie zobaczysz! Żebym tak skonała na tym miejscu, jeżeli ci dam więcej! A co do twego weksla, to możesz sobie nim...
Tutaj Chaja wypowiedziała wielce nieprzyzwoitą propozycję, użytku owego weksla dotyczącą.
— To jeszcze zobaczymy — odpowiedział z zupełnym spokojem Ajzyk. — Przede wszystkim ja ci sprzedam twoje graty. Graty masz pewnie takie paskudne jak twoja pyskata gęba, a jednak jak będziesz musiała wszystko na nowo kupować, to cię będzie kosztowało więcej, niżeli mi jesteś winna. Ja się nie pokryję ze sprzedaży tego śmiecia, ale ty stracisz i jeszcze będziesz miała wstyd przed ludźmi, jak twoje rzeczy będą wynosili z domu.
Chaja na chwilę się zastanowiła.
Miała ona, wbrew przypuszczeniom Ajzyka, bardzo porządne, po dziadkach, co znali lepsze czasy, odziedziczone meble: dużą szafę dębową, takąż komodę, dwa jeszcze nowe łóżka, porządny stół i sześć krzeseł, dużo naczyń, a oprócz tego zegar z kukułką i wyjątkowo piękny szabasowy świecznik.
Chaja była bardzo dumna z tych mebli i utrzymywała je we wzorowym porządku, i zawsze powtarzała:
— Do mnie jak kto przyjdzie i zobaczy moje meble, to zaraz wie, z kim ma do czynienia...
Toteż pogróżka Ajzyka zrobiła na niej wrażenie.
— Ja wam dam całe czterysta rubli, to jest wszystko, co mam, bo ja pisałam do brata, że mi potrzeba trzysta sześćdziesiąt rubli, więc...
— Powiedziałem pięćset rubli i jeszcze ten urzędowy procent za ten jeden miesiąc — odpowiedział Ajzyk.
Chaja nagle się uspokoiła:
— Ani pięciuset rubli, ani jednego złamanego grosza ty ode mnie nie zobaczysz! — odpowiedziała i wyszła.
Następnego wieczora Chaja stała przed szynkiem Cementa. Nie wchodziła jednak do szynku, tylko jak gdyby na kogoś czekała.
— Cóż to, Chaję ciągnie do wódeczki? — zażartowała jakaś przechodząca kumoszka.
Innym razem Chaja powiedziałaby jej kilka mocnych słów, ale w tej chwili miała ważniejsze sprawy na głowie, więc odrzekła zupełnie spokojnie.
— Nie, ja czekam tutaj na ludzi, do których mam pewien interes.
Jakoż w kilka minut później wyszedł z szynku znany pijak Josele, brat niedźwiedzia, i przyjaciel jego Nuchim, czeladnik rzeźnicki, również kieliszkiem niegardzący. Nie byli pijani, bo tymi trzema głupimi kieliszkami upić się przecież człowiek nie może, a Cement (czarny rok na niego!) nic na kredyt dawać nie chciał. Byli więc zupełnie trzeźwi i wskutek tego dość markotni.
Chaja podeszła do nich.
— Wy chcecie zarobić duże dwie butelki wódki, po butelce na człowieka? — zapytała bez wstępu.
— Za dwie butelki wódki to myśmy gotowi psa w ogon pocałować — odpowiedział posępnie Josel.
— A nawet panią Chaję w twarz... — uzupełnił wesoło Nuchim.
— Ja takim łobuzom jak wy nie tylko w twarz, ale nawet w tyłek pocałować się nie pozwolę — odpowiedziała dobrodusznie Chaja. — Ale dosyć tych głupich żartów. Ja mam do was poważny interes. Chodźcie do mnie, bo niepotrzebne są nam ludzkie uszy. Poczekajcie tutaj na chwilę, ja wezmę ze sobą małą butelkę na zadatek.
Chaja szybko załatwiła sprawunki, oprócz wódki kupiła jeszcze dwa śledzie i kilka kwaszonych ogórków, potem cała trójka wyruszyła do jej mieszkania.
— No, co to jest za interes? — zapytał Josele, gdy już wypili po dwa kieliszki.
— Co tu dużo gadać — odpowiedziała Chaja. — Ja wam powiem krótko i dobrze! Ja wam dam po butelce litrowej wódki i jeszcze coś pieniędzy do ręki, a wy mi za to pomożecie urządzić — pogrom!
— Pogrom na Polaków?! — krzyknął zdziwiony Josele, bo przecież nie mógł przypuszczać, że Chaja chce urządzić pogrom na Żydów.
— Na gojów? Co oni mi przeszkadzają? Ja nawet u nich sporo targuję.
— Więc na Żydów chce Chaja urządzić pogrom?!
— Pypeć tobie na język za takie paskudne słowo!
— To może na koty i psy? — zażartował Nuchim.
— To są hycla sprawy, a nie nasze.
— Więc na kogóż, do licha, mamy urządzić ten pogrom? — niecierpliwił się Josele.
— Na Ajzyka Pijawkę.
Tutaj Chaja wyłożyła im swoją z Ajzykiem sprawę.
— Ja go dobrze znam — powiedział z westchnieniem Josele, brat niedźwiedzia. — Jak mój brat żył i jak ja jeszcze byłem człowiekiem, to pożyczyłem u niego sto rubli, aby posłać bratu, i później nie mogłem już wyleźć z tego długu.
— A moja matka dotychczas cierpi od niego — powiedział Nuchim. — Ona pożyczyła trzydzieści rubli na swój handel cytrynami. Już pewnie wypłaciła ze dwieście, a wciąż to samo mu jest winna. Pies, a nie człowiek!
— No, więc widzicie! — mówiła Chaja. — Czy on nie zasługuje, aby jemu urządzić pogrom? Zemścicie się jednocześnie za moją i za wasze krzywdy, i więcej wam powiem: za krzywdę wszystkich biednych ludzi z naszego miasteczka!
Przez jakiś czas jeszcze radzili, omawiając szczegółowo plan strategiczny.
Pijawka zajmował mały, na uboczu stojący domek. Lokatorów nie miał, bo dom składał się tylko z dwóch niewielkich izdebek. O dziewiątej żona wychodziła po zakupy na targ i wtedy oprócz Ajzyka nie było w domu żywej duszy.
Na drugi dzień kilka minut po dziewiątej u drzwi Ajzyka Kutnera rozległo się stukanie. Gdy otworzył, ujrzał przed sobą Joseła i Nuchima. Chaja Rybiarka sprawowała tymczasem straż przed domem, by w razie potrzeby dać znak odwrotu.
Nuchim w jednej chwili związał mu ręce, a Josel powiedział:
— Ty się nie bój, my nie jesteśmy zbóje i zabić cię nie mamy żadnego zamiaru, choć, prawdę mówiąc, zasługujesz na to. Ty nam musisz wydać weksel Chai Rybiarki i wszystkie inne, które trzymasz tu w kantorku. A jeśli nie wydasz, to cię tak pobijemy, że się gnatów później nie doliczysz, a w domu twoim urządzimy pogrom.
Ajzyk Pijawka otworzył usta, chcąc widocznie wołać o pomoc, ale Nuchim położył mu rękę na ustach i powiedział:
— Jeśli piśniesz, to ci natychmiast zaknebluję usta tak dokładnie, że tchu nie będziesz mógł złapać.
— Gdzie klucze od kantorka? — zapytał Josele i nie czekając odpowiedzi, sięgnął do kieszeni Ajzyka i natychmiast odnalazł owe klucze.
Otworzyli szuflady i znaleźli cały plik weksli.
— To wszystko pójdzie do rzeki — powiedział Josele — niech ryby dyskontują twoje weksle!
— Nie gubcie mnie! — wykrztusił wreszcie Pijawka. — Przecież was i mnie rodziła żydowska matka!
— Ciebie rodziła k... a, a nie żydowska matka! — odpowiedział Nuchim i zaczął szukać po szufladach pieniędzy, ale Josele, brat niedźwiedzia, przytrzymał go za rękę:
— Ani grosza stąd nie weźmiesz, Nuchimie! — powiedział stanowczo. — Myśmy tu nie przyszli kraść, a ująć się za ludzką krzywdę!
I zdawałoby się, że to mówi nie obecny Josele, Josele nałogowy pijanica, ale ten drugi Josele, z czasów, kiedy żył jeszcze jego brat — wielki artysta.
Nuchim cofnął się zawstydzony, a Josele mówił, patrząc się w złe i mętne od strachu ślepia Pijawki.
— Ja wiem, że my powinniśmy cię zakłuć jak parszywego psa, bo ty pójdziesz skarżyć się na nas do policji. Ale jedno ci powiem: nic na tym nie zyskasz! Za tobą w sądzie nikt świadczyć nie będzie, bo całe miasto cię nienawidzi, a przeciwko tobie będą wszyscy i wydadzą się wtedy twoje lichwiarskie sprawki. A przy tym, jeżeli się dowiem, że choć słowo pisnąłeś w policji, na tamten świat cię wyprawię. Ja się przed niczym nie cofnę, bo od czasu, jak umarł mój brat, ja nie mam już nic do stracenia.
I ujrzał Ajzyk w oczach tego straceńca nieodwołalny wyrok.
— Ja nikomu nic nie powiem, przysięgam...
— Twoja przysięga mniej u mnie znaczy niż psie szczekanie, ale mimo to jestem spokojny. Dla takich jak ty strach to najlepsza przysięga — odpowiedział pogardliwie Josele, wrzucając do przyniesionego worka stosy weksli.
— Chodźmy, bracie! — zwrócił się do Nuchima.
Ale Nuchim dojrzał tymczasem w szufladzie dwa pudełka z oddanymi widocznie w zastaw klejnotami. Były to tanie, ubożuchne precjoza biednych ludzi. W jednym długim, tekturowym pudle, jak gdyby od gorsetu, leżały złote łańcuszki, pierścionki i kolczyki z cienkiego złota. Niewielkie turkusiki przeświecały przez to złoto niby niezapominajki poprzez słońcem przepaloną trawę, a maleńkie, grubego szlifu diamenty lśniły się jak łzy tych ludzi, co tu przynosili ostatnie swoje mienie.
Długi sznur barokowych pereł, jakimi dawniej Żydówki podtrzymywały swe kupki (ubranie głowy), wił się jak wąż wzdłuż pudełka.
W drugim drewnianym pudełku od cygar cicho spały złote i srebrne zegarki od miesięcy, czy też od lat nienakręcone, odpoczywały sobie po nieustannej dziennej i nocnej pracy.
Pośród tałatajstwa zabłąkała się czystej krwi arystokratka, złota, przecudnej roboty tabakierka z miniaturą, której nie powstydziłby się sam Bacciarelli46.
Nuchim wyrzucił zawartość obu pudełek na ziemię.
— Jak pogrom, to pogrom! — zawołał wesoło. — Potańcuję sobie raz w życiu na złocie!
I podniósł nogę, by ogromnym ciężkim buciorem zmiażdżyć ten cały dobytek.
Ajzyk Pijawka zawył nagle, zaskowytał jak śmiertelnie zraniony pies, rzucił się na ziemię, wyciągnął się plackiem na stosie klejnotów, ciałem własnym je osłaniając.
Nuchim pchnął go raz i drugi butem. Pijawka mocno zaskowyczał, ale się nie poruszył.
Josele spojrzał na tę czarną, spłaszczoną masę ciała, podobną do rozdeptanego gada, i zdawało mu się, że w izbie jest nieznośny zaduch.
„Tak pewnie śmierdzi zdeptana żmija” — pomyślał i z obrzydzeniem splunął.
— Chodźmy, Nuchimie — powiedział.
Nuchim jeszcze raz, „dla porządku” kopnął Pijawkę, wciąż powtarzając swoje:
— Jak pogrom, to pogrom!
I unosząc worek z wekslami, wyszli.
Ajzyk Pijawka istotnie nie poszedł skarżyć się do policji, zbyt nieczyste miał bowiem sumienie i przy tym jak ognia bał się Josela.
Natomiast na drugi dzień zjawił się u rabina, by mu przedstawić całą sprawę.
Rabin wysłuchał go z dobrodusznym uśmiechem, jak gdyby chodziło o niewinny dziecięcy figiel, a później odpowiedział:
— Czy przypominacie sobie Kutner, jak rok temu przed samym Sądnym Dniem47 wezwałem was do siebie na skutek nieustannych skarg ludzkich i powiedziałem: „Jutro jest u nas najważniejszy dzień całego roku: Dzień Przebaczenia. Kutner, jeżeli wy chcecie, aby Pan Bóg wam przebaczył, to przede wszystkim muszą wam przebaczyć ludzie, których ciężko, bardzo ciężko krzywdzicie. Inaczej nie macie po co chodzić do synagogi, bo żadna modlitwa wam nie pomoże”. A coście mi na to odpowiedzieli? Ja dobrze zapamiętałem wasze słowa. Powiedzieliście tak: „Rabi, są na świecie ptaki, co latają w powietrzu, i są robaki, co pełzają po ziemi. Każde z nich żyje sobie, jak chce, i może i jedno do drugiego nie powinno się wtrącać. Wy, rabi, jesteście taki ptak, a ja jestem marny ziemski robak. Wy sobie dalej latajcie w powietrzu i módlcie się do Pana Boga, a do moich ziemskich interesów wy się nie wtrącajcie, bo wy ich nie znacie i nie rozumiecie”. Ja zapamiętałem dobrze te słowa i powiedziałem sobie raz na zawsze: „Kutner ma słuszność, ja się więcej do jego spraw mieszać nie będę, ja co najwyżej mogę się pomodlić do Pana Boga, aby odmienił jego serce”.
Po tej odpowiedzi rabina Ajzyk Pijawka zrozumiał, że nie ma już dla niego miejsca w naszym miasteczku.
Nie obroni go ani Bóg w osobie swego ziemskiego ambasadora, rabina, ani ludzie, którzy go nienawidzą, ani nawet policja, która gotowa jeszcze wyciągnąć na światło dzienne różne jego lichwiarskie i paserskie sprawki. W kilka tygodni potem Ajzyk Pijawka wynajął swój dom i cichaczem wyniósł się z miasteczka.
Chaja Rybiarka triumfowała i tak wychwalała swoje zasługi, że jacyś żartownisie puścili pogłoskę, iż radni w kahale48 uradzili postawić jej po śmierci pomnik na rynku miasteczka.
Jednakże nikt w miasteczku nie przypuszczał, że rozgłos rozprawy z Ajzykiem Pijawką dojdzie aż do samej Warszawy.
A stało się to za sprawą telegrafisty, pana Boczkowskiego.
Pan Boczkowski żywił w skrytości serca wielkie aspiracje dziennikarskie, lecz dotychczas odrzucano mu z reguły wszystkie jego korespondencje. Tym razem jednak artykuł jego został przyjęty. Artykuł ten nosił fascynujący, grubymi literami wydrukowany tytuł:
Oszczerstwa żydowskie. W celu sprowokowania opinii Żydzi sami na siebie urządzają pogromy!