Paskudne kobiety

W naszym miasteczku mniej więcej dwie trzecie ludności stanowili żydzi, chrześcijanie zaś najwyżej jedną trzecią.

Stosunek tych dwóch zupełnie odrębnych społeczeństw nie był zdecydowanie wrogi, lecz raczej obojętny, z pewną domieszką wzajemnej nieufności i lekceważenia. Spotykali się ci ludzie wyłącznie przy transakcjach handlowych. Przeważnie chrześcijanie (u nas mówiło się Polacy lub goje) kupowali, a żydzi sprzedawali. Były także pewne wyjątki, na przykład w aptece pana Dziewulskiego, w ogrodzie pana Kobiałki, u kupca pana Podleskiego i szewca Rudzkiego, u wiejskich bab na targu sprzedawali chrześcijanie, zaś żydzi kupowali. Poza tymi czysto handlowymi stosunkami chrześcijanie i żydzi zupełnie nie obcowali ze sobą. Przepaść między tymi obywatelami jednego kraju, synami jednej ziemi była tak olbrzymia, jak gdyby byli mieszkańcami już nie różnych krajów, ale dwóch planet. Mieli na przykład święta o wspólnym mianie, choć o innym znaczeniu religijnym — Wielkanoc, Zielone Świątki — i święta te przypadały prawie równocześnie.

Zdawałoby się, że te dnie świąteczne, jedyne promienie słoneczne w szarym martwym życiu miasteczka, powinny jakoś łaskawie i pojednawczo usposabiać jednych dla drugich. Powinni by ludzie myśleć: biedni jesteśmy, smutne i ciężkie jest życie w naszym miasteczku, dobrze, że my wszyscy, chrześcijanie i żydzi, mamy od czasu do czasu święto.

Było zaś wprost przeciwnie. Żydzi mówili o „gojach”, że ich święta polegają wyłącznie na obżeraniu się i zwłaszcza na pijatyce, chrześcijanie twierdzili, że w wielkanocnych macach jest krew chrześcijańskich dzieci. I chociaż w naszym miasteczku nie zginęło w sposób tajemniczy ani jedno chrześcijańskie dziecko, wierzyli w to; gorzej jeszcze: jak gdyby się godzili z tym przesądem jak ze złem koniecznym, którego zmienić niepodobna.

Uboga praczka Stasiowa twierdziła, że wszystkie żydowskie panny, mężatki i wdowy mają parcha, który starannie ukrywają pod włosami lub peruką. Niemniejsza od niej nędzarka, przekupka Chawa, której jedynym majątkiem był koszyk z gotowanym bobem, również stanowczo utrzymywała, że wszystkie chrześcijańskie mężatki, panny i wdowy śpią z cudzymi mężczyznami. I obie znajdowały u swoich posłuch i wiarę. Nawet na tej ostatniej, na cmentarz wiodącej drodze nie mogli się po bratersku spotkać ci ludzie i hołd wzajemnie oddać majestatowi cierpienia i śmierci.

Żydzi uciekali, gdy zobaczyli chrześcijański pogrzeb, by nie być zmuszeni zdjąć czapkę, co dla nabożnego żyda jest grzechem.

Chrześcijańskie kobiety uciekały również, aby się jakieś „złe” nie przybłąkało, bo na żydowskim pogrzebie kręcą się w powietrzu złe duchy, których sporo też na żydowskim „kirkucie”. (Nie powiedziałyby nigdy „na żydowskim cmentarzu”).

W naszym miasteczku nie było polskich i żydowskich dzielnic. Żydzi i chrześcijanie mieszkali jedni obok drugich, czasami nawet w jednym domu, ale nie łączyły ich nigdy przyjacielskie i bardzo rzadko sąsiedzkie stosunki.

Wyjątek stanowiły tylko one jedne — paskudne kobiety...

Pewnego razu przyjechała do naszego miasteczka jakaś pretensjonalnie ubrana starsza kobieta i kupiła od sukcesorów rzeźnika Michla starą ruderę na końcu miasta, tuż obok żydowskiego cmentarza. Dom ten trochę odświeżono, niejako wyłatano i wkrótce potem zajechały dwa ogromne wozy, naładowane różnymi gratami, a na stosie tych gratów zasiadały dwie młode, dość ładne, jaskrawo ubrane dziewczyny, niby to, czy też naprawdę, krewniaczki pani Kury, nowej obywatelki naszego miasta.

W największej izbie, wyklejonej teraz czerwonym papierem, ustawiono wytarte aksamitne meble, wazony z papierowymi kwiatami, gramofon, w oknach zawieszono czerwone firanki, a nad drzwiami dwa chińskie lampiony.

Zmiarkowali od razu ludzie, co się tutaj święci, ale nie reagowali zbytnio, bo cóż porządnych obywateli mogą obchodzić takie niecne sprawy.

Tylko trwożliwe matki przestrzegały swe dorosłe i dorastające córki:

— Nie spacerujcie koło cmentarza i starajcie się nie przechodzić obok domu pod lampionami, bo tam mieszkają „paskudne kobiety”.

— A co one mogą nam zrobić? — pytały bardziej rezolutne żydowskie panienki.

— Po pierwsze, uczciwa panna, a nawet mężatka nie powinna widzieć na oczy paskudnych kobiet, a po drugie, kto wie... one was mogą przemocą wciągnąć do tego domu!

Ta głupia pogróżka jakoś skutkowała i żydowskie dziewczęta nie wiedziałyby nic o życiu paskudnych kobiet, gdyby nie rybiarka Chaja.

Rybiarka Chaja była osobliwą kobietą: sama nie wiedząc o tym, nie miała żadnych przesądów rasowych lub obyczajowych.

Z dwoma ogromnymi koszami ryb chodziła po całym miasteczku, po wszystkich domach chrześcijańskich i żydowskich, sprzedając swój żywy i śnięty towar.

Dobrymi ludźmi nazywała tych, którzy stale kupowali u niej i zbytnio się nie targowali, źli ludzie byli ci, którzy „żyły z niej wypruwali”, niemiłosiernie się targując, lub ci, którzy kupowali bezpośrednio u rybaka Michcika w pobliskiej wsi, Wrzeszczewicach. Zwłaszcza tym ostatnim Chaja życzyła stale i z głębi serca „nagłej śmierci”.

Od tej właśnie Chai dowiedzieliśmy się wiele szczegółów z życia paskudnych kobiet. Dla niej mieszkanki tego domu były to dobre kobiety, a nawet dobre panie, bo dużo kupowały u Chai i wcale się nie targowały.

Od Chai dowiedziałyśmy się przede wszystkim, że do domu przy cmentarzu przybyły dwie nowe mieszkanki: Zosia Kacparkówna, była służąca aptekarzowej, i jej siostra stryjeczna ze wsi, Frania Ogarkówna.

Zosię wypędziła pani aptekarzowa — opowiadała Chaja — kiedy spostrzegła, że dziewczyna jest w ciąży i kiedy w dodatku dowiedziano się, że ojcem przyszłego dziecka może być zarówno pan prowizor49, jak pan aptekarz.

Zwróciła się wówczas Zosia do Chai, która stale przychodziła do tego domu z rybami, prosząc o wyszukanie jakiegoś choćby najgorszego „obowiązku”.

I Chaja znalazła jej „obowiązek” — w domu obok cmentarza. Właścicielka domu, pani Kura, spostrzegła od razu, że urodziwa, postawna dziewczyna po upływie ciąży może stać się dla niej bardzo pożądanym nabytkiem. Przyjęła ją bardzo chętnie, bo już niektórzy stali klienci skarżyli się, że „same czarne i same Żydówki”.

Zosia odbyła połóg w domu pani Kury, a dziecko za pośrednictwem Chai oddano „na garnuszek” do pobliskich Wrzeszczewic, gdzie Zosia mogła je co tydzień odwiedzać. Z tych to właśnie Wrzeszczewic sprowadziła Zosia swoją krewniaczkę, ubogą sierotę, Frankę Ogarkównę.

O współżyciu tych pięciu kobiet, trzech żydówek i dwóch chrześcijanek, dowiadywałyśmy się od Chai.

Opowiadała nam, że panna Zosia siedzi teraz w kozie, bo zraniła butelką jakiegoś wojskowego, który zwymyślał i pobił jej koleżankę, pannę Sarę. Chaja Rybiarka, która stale tykała wszystkie służące, o mieszkankach domu pod lampionami mówiła zawsze „panna” Zosia, „panna” Sara, „pani” Kura.

Innym razem, idąc na wieś do Michcika po ryby, pokazała nam włóczkową sukienkę i czapeczkę, którą dla dziecka panny Zosi sporządziły panna Sara i panna Rebeka.

A w kilka miesięcy potem wydarzyła się w naszym miasteczku rzecz dotąd niesłychana.

Do zakładu pogrzebowego pana Winnickiego przyszła panna Sara i wybrała wieniec z zielonej blachy z żółtymi różami i liliowymi astrami.

Subiekt50, który poznał od razu mieszkankę domu pod lampionami, odezwał się żartobliwie:

— Cóż to, jakiś młodzieniec zabił się z miłości dla panienki i panienka mu za to kupuje taki wspaniały wieniec?

Sara zaś odburknęła:

— Ja tam dla żadnego gościa nic kupować nie będę, bo oni wszyscy tyle dla mnie znaczą, co parszywe psy. Umarło dziecko mojej koleżanki Zosi i chcąc, żeby pogrzeb odbył się po ludzku, myśmy się złożyły z Rebeką na ten wianek.

A widząc, że subiekt wciąż się uśmiecha, dodała:

— I proszę nie kpić, a prędko mnie obsłużyć, bo kupuję i płacę gotówką, to ze mną trzeba grzecznie!

Wzięła z rąk subiekta nieopakowany nawet wianek, zapłaciła i wyszła.

I szła tak w jarzącym letnim słońcu, w swej niebieskiej sukni, czerwonym kapeluszu i żółtych bucikach, z olbrzymim różnobarwnym wieńcem w ręku, podobna do jaskrawej i zarazem makabrycznej malowanki.

W innym, większym mieście myśleliby zaraz ludzie, że w domu pod lampionami odbywają się jakieś czarne msze, jakieś plugawe i świętokradzkie obrzędy, ale w naszym miasteczku nie znali się ludzie na takich perwersjach, twierdzili więc wprost, że z „paskudnego życia” Sara zwariowała.

Pod wpływem opowiadania Chai Rybiarki i książki Dostojewskiego Wina i kara51 wyidealizowałyśmy sobie „paskudne kobiety” i postanowiłyśmy ni mniej ni więcej, jak zbliżyć się do nich. Wierzyłyśmy wtedy święcie, my głupie, niedoświadczone gąski, że każda taka prostytutka podobna jest do Soni z powieści Dostojewskiego.

Wybrałyśmy się tedy pewnego popołudnia na ową ryzykowną eskapadę.

Kiedy z bijącym sercem zbliżyłyśmy się do domu pod lampionami, ujrzałyśmy na schodkach przed domem dwie siedzące kobiety.

Jedna z nich miała głowę złożoną na kolanach drugiej, druga zaś, jak nam się zrazu wydawało, głaskała ją po głowie.

— Biedne one — szepnęła Hela — jedna płacze, a druga ją pociesza.

Ale kiedyśmy podeszły jeszcze bliżej, usłyszałyśmy następującą rozmowę:

— Kiedy, moja Zosiu, nie masz już ani jednej wszy i gnidy ci też wszystkie wybiłam.

— Nic nie szkodzi — odparła druga — iskaj dalej, Saruś, tak sobie dla przyjemności...

Te słowa trochę nas już zraziły. Ale oto Sara dojrzała nas i krzyknęła na wpół żartobliwie, na poły groźnie:

— Cóż to, przyszłyście robić nam konkurencję?

— Zmykajcie stąd, szelmy jedne! — dodała Zosia.

Spłoszone, odbiegłyśmy kilka kroków i zatrzymałyśmy się znowu niepewne, co dalej począć.

I wtedy... ujrzałyśmy... do końca życia tego nie zapomnę... Koło domu przechodził jakiś wojskowy. Zośka rzuciła słowa, straszne, plugawe słowa, a Sara poparła te słowa ohydnym gestem.

Nigdy, nawet w takich snach, których człowiek wstydzi się przed samym sobą, nie słyszałyśmy takich słów i nie widziałyśmy takich gestów.

Wydawało nam się, że to jakiś koszmar, czy też potworna halucynacja. Uciekłyśmy i odtąd starałyśmy się nie przechodzić nigdy koło domu pod lampionami.

Teraz, po długich latach, nie przeraziłyby nas tak na pewno owe plugawe gesty i słowa. Ale i teraz jeszcze ogarnia mnie przerażenie, gdy pomyślę, że pośród wszystkich chrześcijan i żydów naszego miasteczka żyły po bratersku, po ludzku, ze sobą tylko one jedne — te „paskudne” kobiety.