Żydóweczko, chodź na bez
W naszym miasteczku nie było średnich zakładów naukowych. Szkoła powszechna, dwa chedery i tak szumnie nazwana „Wyższa Pensja Żeńska” kształciły z dość miernym skutkiem przyszłych obywateli i obywatelki naszego miasteczka.
Hanusia chodziła na pensję, a właściwie do małej szkółki, w której pani Gancowa i jej siostra ułomna, panna Balbina, reprezentowały cały personel nauczycielski.
Dla ścisłości dodać należy, że pan Stalski, nauczyciel szkoły powszechnej, wykładał uczennicom pani Gancowej raz na tydzień historię i geografię.
Matka dziwiła się bardzo, że choć Hanusia uczy się dobrze i jest lubiana przez nauczycielki i koleżanki, trzeba ją każdego poranku wypędzać po prostu z domu.
Nie wiedziała bowiem, że Hanusia, idąc na pensję, spotyka stale swoich prześladowców, kilku chrześcijańskich chłopców, śpieszących do szkoły powszechnej.
Był to najprzykrzejszy moment jej dnia, Hanusia bowiem jak ognia bała się tego spotkania, biegła jak szalona z bijącym mocno sercem i z płonną nadzieją, że jej może nie dostrzegą lub w milczeniu ominą.
Ale gdzież tam! Gdy ją tylko dostrzegali, zaczynali śpiewać, a raczej wrzeszczeć na całe gardło:
„Żydóweczka Chajka
Sprzedawała jajka,
Po trzy grosze mendel jaj
Aj waj, aj waj!”
Albo też drugą:
„Przyszedł na świat Mesyjasz,
Był to wielki wywijasz!
Papierowe buty miał,
W szklane portki się ubrał!
Za nim biegły Żydóweczki,
Gubiąc swoje patyneczki52.
Najczęściej jednak śpiewali następującą piosenkę:
„Żydóweczko, chodź na bez!
Ja nie pójdę, bo szabes!
Mama by mnie wybiła,
Żem na szabes chodziła”.
Daremnie mówiła sobie Hanusia, że piosenki te są głupie i w gruncie rzeczy niezbyt obraźliwe. Była aż nazbyt ambitna i wrażliwa i silnie odczuwała obelżywą intencję śpiewających, a bronić się nie mogła i nie umiała. Toteż ledwo dostrzegała swych prześladowców, oczy jej napełniały się łzami żalu i bezsilnej złości; a gdy znikali, odśpiewawszy swój codzienny repertuar, zaczynała gorzko płakać.
Myślała wtedy biedaczka: „Co ja jestem winna, że jestem Żydówką”, jak gdyby to rzeczywiście był jakiś wstyd lub ułomność.
Najgłośniej ze wszystkich wyśpiewywał piętnastoletni Romek Podleski, syn kupca korzennego i właściciela jedynej w miasteczku dwupiętrowej kamienicy.
Utrapienie Hanusi trwało już bardzo długo, a kara Boża, której z głębi serca życzyła swoim wrogom, jakoś nie przychodziła. Przeciwnie, stawali się coraz natarczywsi, coraz zuchwalsi.
Aż oto pewnego dnia przeczytała Hanusia powieść pod tytułem Gwiazda przewodnia53, której bohaterką była prawa i dzielna dziewczyna, imieniem Marjorie.
Postanowiła tedy być szczera i odważna jak owa Marjorie i nie cofać się tchórzliwie przed największym nawet niebezpieczeństwem.
Już następnego popołudnia spotkała Romka Podleskiego. Szedł sam jeden, gwiżdżąc sobie wesoło.
Oczywiście, gdy dojrzał Hanusię, natychmiast zaczął wyśpiewywać:
„Żydóweczko chodź na bez”...
Lecz tym razem Hanusia nie uciekła. Zbliżyła się do niego, stanęła przed nim i powiedziała dobitnie:
— Skoro mnie tak zapraszasz, zgoda. Idę z tobą na bez!
Romek był tak zdziwiony, tak po prostu oszołomiony niesłychanym zuchwalstwem Hanusi, że przez chwilę milczał, a w końcu wybełkotał:
— Co... co takiego?!
Hanusia znów odpowiedziała spokojnie:
— Ciągle mnie zapraszasz na ten bez, więc chodźmy. Dzisiaj nie jest szabes i mama mnie nie wybije... Ale ty się pewnie boisz dostać lania od swoich rodziców za to, żeś z Żydóweczką na bez chodził.
— Kłamiesz, ja się nikogo nie boję!
— No, więc, jeśli się nie boisz, to chodźmy. Teraz w ogrodzie pana Kobiałki bez zaczyna rozkwitać. Ale ty się na pewno boisz i nie pójdziesz.
— Właśnie, że pójdę i żeby ci pokazać, że się nie boję ani moich starych, ani pana Kobiałki, ani nikogo na świecie, ukradnę ten bez, choć mam w kieszeni dużo pieniędzy.
Wyjął z kieszeni złotą pięciorublówkę i pokazał Hanusi.
— No, więc chodźmy!
Hanusia i Romek szli prędko i w zupełnym milczeniu, od czasu do czasu ukradkiem spoglądając na siebie. Gdy wreszcie doszli, Romek powiedział:
— Ty tutaj stój i czekaj, a ja przelezę przez płot i narwę bzu.
— Ani myślę — odpowiedziała Hanusia — jak razem, to razem. Jeśli coś mamy oberwać od pana Kobiałki, to niech już będzie dla każdego z nas po połowie.
Romek jak gdyby się zadziwił, ale nic nie odpowiedział. Gwizdnął tylko przeciągle i ruszył ramionami. Za chwilę Hanusia i Romek byli już w ogrodzie. Ogród cały zdawał się drzemać w słonecznym odrętwieniu. Duży krzew, a raczej drzewo jeszcze niezupełnie rozkwitłych bzów było jak jeden olbrzymi liliowy bukiet.
Na grządkach pełno było wiosennych kwiatów, niezapominajek, stokrotek, żółtych i białych narcyzów.
Naokół ani żywej duszy, tylko kapela owadów brzęczała monotonnie swą kołysankę śpiącemu w słońcu ogrodowi.
Romek prędko wdrapał się na drzewo, narwał ogromny bukiet bzu, zeskoczył, wydobył z kieszeni sznurek, który tam miał „na wszelki wypadek”, związał gałęzie bzu i przerzucił przez parkan, podsadził Hanusię, a gdy była już za parkanem, sam przelazł.
Na ulicy podał więź bzu Hanusi, mówiąc:
— Masz, weź i żebyś więcej nie śmiała gadać, że ja się boję.
— Podzielimy się tym bzem — zaproponowała Hanusia.
— I... i... mnie to zielsko niepotrzebne, to dobre dla bab, a nie dla mnie.
— Więc weź choć jedną gałązkę... na pamiątkę.
— Ja tam nie taki pamiątkarz, jak niektóre osły, co dostają chusteczki, wstążeczki... i inne babskie łachy...
Wziął jednak gałązkę bzu i gniotąc niemiłosiernie, wpakował do kieszeni.
Przez chwilę szli w milczeniu, po czym Romek zapytał:
— Jak ty się nazywasz?
— Hanusia.
— Patrzajcie — zadziwił się — to brzmi zupełnie po naszemu. A ja myślałem, że wszystkie Żydówki muszą nazywać się Ryfka albo Srulcia.
— Nie ma nawet takiego imienia: Srulcia — odpowiedziała Hanusia.
— Widzisz, że kłamiesz: jak jest Srul, to musi być i Srulcia. Na przykład u nas jest Jan i Janina, Józef i Józefa, Franciszek i Franciszka, więc jak u was jest Srul, to musi być i Srulcia.
— Zapewniam cię uroczyście, że u nas nie ma imienia Srulcia — odpowiedziała Hanusia.
Chwilę milczeli, a potem Romek znowu zaczął.
— Słuchaj, tylko się nie obraź, bo chcę cię o coś zapytać. Czy to jest prawda, co nasza praczka Stasiowa mówi, że wszystkie Żydówki mają parcha?
— Jak ty śmiesz tak mówić! — krzyknęła Hanusia i podsuwając mu swoją krótko ostrzyżoną głowę, dodała: — Patrz, czy ja mam parcha albo nawet jakieś robaki w głowie... i moje koleżanki... i żadna z moich znajomych nie ma. To jest podłe oszczerstwo!
— No, nie gniewaj się Hanusiu, przecież to nie ja mówię, a Stasiowa, i ja się tylko pytam.
A po chwili dodał z zakłopotaniem:
— Ja nawet wolę, że ty, Hanusiu, nie masz parcha...
Gdy się już mieli rozstać, Romek wyrzekł nieśmiało:
— Słuchaj, ty nikomu nie opowiadaj, żeśmy na ten bez chodzili.
— Nie będę opowiadać. A ty nie będziesz już śpiewał: „Żydóweczka Chajka” albo „Żydóweczko chodź na bez”?
Romek przez chwilę się namyślał:
— Jak będę sam, to nigdy, tylko jak będę z kolegami, to tak trochę... dla przyzwoitości...
— Miły Boże! — krzyknęła oburzona Hanusia. — Dla przyzwoitości będziesz się nadal znęcać nade mną?!
— No więc... jeśli koniecznie chcesz... wcale nie będę śpiewał...
Na pożegnanie Hanusia wyciągnęła do niego rękę, zupełnie jak dorosła panna, i powiedziała:
— Dziękuję ci za kwiaty.
— Nie ma za co — odpowiedział Romek, zdjął kaszkiecik i bardzo grzecznie się ukłonił.
Hanusia aż się zdziwiła, że taki łobuz potrafi się tak elegancko ukłonić.
Romek dotrzymał obietnicy i nie śpiewał już więcej swoich niemiłych piosenek. Kiedy był sam, kłaniał się nawet Hanusi, lecz kiedy szedł z kolegami, odwracał głowę i udawał, że jej nie widzi...
W miesiąc później dowiedziała się Hanusia, że rodzice razem z nią wyjeżdżają na stałe do Londynu.
Trochę się cieszyła z podróży, lecz więcej się martwiła, że na zawsze musi opuścić rodzinne miasteczko.
Sama nie wiedząc dlaczego, postanowiła, że Romek musi się dowiedzieć o jej wyjeździe.
W dwa dni później, wracając z pensji, spotkała go idącego z kolegami.
Przechodząc koło niego, powiedziała bardzo głośno do towarzyszącej jej koleżanki:
— Wiesz, Róziu, ja na zawsze wyjeżdżam do Londynu.
Rózia otworzyła szeroko oczy, bo przecież od dwóch dni tylko o tym ze sobą rozmawiały.
Romek widocznie usłyszał, bo zaczął patrzeć na Hanusię, czego nigdy, będąc w towarzystwie kolegów, nie robił.
Hanusia i Rózia poszły dalej, aż tu nagle usłyszały, że ktoś biegnie za nimi. Odwróciły się i widzą, że to leci Romek.
Przystają i czekają... A z drugiej strony koledzy Romka także zatrzymali się i patrzą.
A on tak biegł pod krzyżowym ogniem ciekawych i drwiących spojrzeń swoich kolegów i Rózi, aż zatrzymał się zadyszany przed Hanusią i Rózią.
— No i co? — zapytała zdziwiona Rózia.
Romek jeszcze przez chwilę stał tak, milcząc, a potem szepnął:
— Nic... nic... — odwrócił się i odszedł.
— To jakiś wariat — zdecydowała ze śmiechem Rózia, lecz spojrzawszy na koleżankę, przestała się śmiać i zapytała:
— Co tobie jest, Hanusiu?
Hanusia jest teraz dorosłą, zamężną i nawet dość zadowoloną ze swego losu kobietą.
Dlaczegóż więc teraz, kiedy w ogródku jej willi pod Londynem zakwitną bzy, ma łzy w oczach i w uszach jej brzęczy, niby złocisty owad, to krótkie słowo... nic... nic...?
A może jednak to nie było „nic”, a coś, co zawiędło i umarło przedwcześnie, jak owe nierozkwitłe bzy, które rwała razem z Romkiem w wiosennym ogrodzie pana Kobiałki?