Wesele naszej Chany (idylla)
W naszym miasteczku na piękno w ogóle, a na piękność kobiety w szczególności nie zwracano zbyt wielkiej uwagi. Gdzież to jest napisane, że kobieta musi być koniecznie piękna i co właściwie komu przyjdzie z jej urody? Do najładniejszej i do najbrzydszej żony mąż się przyzwyczaić musi i w końcu nie będzie dostrzegał ani jej urody, ani jej brzydoty...
A innym ludziom także z tego ani ubędzie, ani przybędzie, że kręci się po świecie ładna czy też brzydka kobieta.
A jednak nawet u niewybrednych ludzi naszego miasteczka Chana uchodziła za skończenie brzydką dziewczynę.
Istotnie nasza kucharka Chana była niska, tęga i prawie tak szeroka, jak długa. Jej kędzierzawe włosy nie były nawet rude, a niemal tak czerwone, jak pomidory.
Spojrzenie miała bystre i nawet mądre, ale maleńkie jej oczki tak ginęły w fałdach tłuszczu, że prawie ich się nie dostrzegało. Usta były wielkie, a znowu nos maleńki i spłaszczony jak guzik i przy tym lśniąco czerwony, choć Chana zupełnie nie używała alkoholu. Tak to, nie wiadomo za jakie winy, pokrzywdziła ją natura.
Cóż z tego, że Chana była dobrą, pracowitą i nawet stosunkowo wykształconą dziewczyną (czytała i pisała poprawnie po polsku i po żydowsku, a z książek i pism zaczerpnęła sporo wiadomości o życiu i ludziach)?... Któż mógł o tym wiedzieć oprócz najbliższych? Przecież tak już było i jest na świecie, że mężczyzna młody czy stary, inteligent czy prosty robotnik woli paplać o głupstwach z ładną dziewczyną, niż rozmawiać poważnie z rozumną, lecz brzydką.
Gdyby Chana miała pieniądze, to swaci znaleźliby jej mimo wszystko męża. Ale Chana nie posiadała żadnych oszczędności, gdyż z niewielkiej swojej pensji utrzymywała sparaliżowaną, u krewnych mieszkającą, matkę.
Toteż kiedy Dwojra Pierzarka obiecywała Chanie męża, wierzyliśmy mniej w taki cud niżeli w opowiadane przez nią bajki.
Lecz widocznie Dwojra, która stale rozmawiała z Panem Bogiem, była lepiej od nas poinformowana co do przyszłych losów Chany.
Nasza Chana kupiła ósemkę losu Polskiej Loterii Państwowej. Jedyna to była bowiem dla Chany szansa wzbogacenia się i co za tym idzie, zdobycia męża.
I los ten, widocznie przez protekcję Dwojry, która już wtedy była u Pana Boga, istotnie wyszedł. Na ósemkę Chany wypadła ogromna suma — dwa tysiące rubli.
Kiedy wiadomość o tym jej szczęściu rozeszła się w miasteczku, już na drugi dzień zjawił się w naszej kuchni szames, drugi po panu Gawronie swat w miasteczku.
— Ja mam dla ciebie partię, Chano — powiedział bez wstępu, a spojrzawszy na nią, dodał wesoło: — Ty, zdaje się, z radości wypiękniałaś...
Prawdę mówiąc, Chana bynajmniej nie wypiękniała, przeciwnie, jej duża twarz stała się jeszcze bardziej czerwona, co jej bynajmniej nie przysparzało urody, ale taka już jest widocznie siła pieniądza, że szames widział teraz Chanę w aureoli ze złota, czyli ściślej mówiąc, z nowiutkich szeleszczących sturublówek...
— Tak, tak — powtórzył — teraz z ciebie jest cała kała81 i ja ci już upatrzyłem męża.
— A któż on jest taki? — szepnęła wstydliwie Chana.
— Kto on taki? — powtórzył szames. — Nigdy nie zgadniesz! On nie jest robotnik, on nie jest tragarz, on nie jest z byle jakiej rodziny, on nie jest brzydki... Wprost przeciwnie! On jest fachowiec, rzemieślnik całą gębą, on pochodzi z dobrej rodziny i on jest chłopiec jak migdał. I w dodatku on nazywa się Kiwa Cukier, więc tobie z nim będzie bardzo słodko. No, co ty na to powiesz?
— Ja nic nie powiem, bo ja go wcale nie znam — odpowiedziała Chana.
— Aj, aj — zdziwił się swat — jak można nie znać Kiwę Guzikarza, to jest Cukiera? Jego przecież zna całe miasteczko, bo on jest pierwszym czeladnikiem krawieckim u pana Dancigera. Ale to nic nie szkodzi, że ty go nie znasz. To nawet dobrze, bo porządna panna nie powinna znać zbyt dużo młodych ludzi. Ja wam urządzę spotkanie u mnie w domu.
— Ja poproszę pani, to ona pozwoli mi go tutaj przyjąć — odpowiedziała Chana. — Przecież ja tutaj służę już osiem lat, to mnie uważają prawie za krewną. A przy tym ja chcę, aby moja pani go zobaczyła, bo ona jest dla mnie jak matka.
— To jest bardzo dobra myśl — pochwalił szames. — Zaraz widać, że ty jesteś mądra dziewczyna i mąż będzie miał z ciebie całą pociechę, tym bardziej, że on chce zacząć pracować na swoją rękę, a do tego potrzebna mu jest mądra żona.
Chana poszła do jadalni i po chwili wróciła, oznajmiając, że pani pozwoliła jej przyjąć w sobotę po południu konkurenta i nawet upiec na to przyjęcie specjalne ciasto.
W piątek Chana sprzątała zwykle kuchnię i czyniła to dość porządnie i gruntownie. Lecz tego piątku to już nie było zwykłe sprzątanie: zdawało się, że Chana chce doprowadzić tę kuchnię do stanu idealnej doskonałości, zamienić ją we wspaniałą komnatę, do której ma wstąpić tak dawno oczekiwany oblubieniec...
Istotnie, lśniły niepokalaną bielą dokładnie wyczyszczone ściany. Rondle na półkach błyszczały jak małe słońca, a półki były przyozdobione z różowej bibułki wyciętą koronką. Firanki były świeżo uprane, a na oknie jarzył się wszystkimi kolorami duży bukiet na rynku kupionych, papierowych kwiatów.
W sobotę szames z konkurentem zjawili się punktualnie o czwartej.
Nie można powiedzieć, aby konkurent Chany odznaczał się wielką urodą. Był, jak ona, gruby, czerwony i krępy. Nie miał jednak rudych, jak ona, włosów, lecz bujną, ciemną czuprynę i dość regularne rysy, tak że mógł przy skromnych wymaganiach uchodzić za dość przystojnego młodzieńca.
Kiedyśmy z siostrą, wbrew zakazowi matki, weszły do kuchni, zerwał się ze stołka i wyprostował się jak żołnierz przed oficerem. Zaraz było poznać, że służył w wojsku. Chciałyśmy z nim porozmawiać, by poznać bliżej konkurenta naszej Chany, lecz nie wiedziałyśmy, jak zacząć, zapanowało więc w kuchni kłopotliwe milczenie.
Szames, ratując widocznie sytuację, powiedział:
— Widzą panienki, jakiego pięknego młodzieńca znalazłem dla waszej Chany. Prawda, że ona zasługuje na dobrego męża?
— O tak! — zawołałyśmy z zapałem. — Nasza Chana jest bardzo dobra, rozumna i pracowita!
Konkurent, który dotychczas zawzięcie milczał, powiedział niespodziewanie do mojej siostry:
— Panienka ma na swojej sukni bardzo piękne guziki. To jest prawdziwy perlamuter (perłowa macica), a nie żadna imitacja...
To odezwanie się tak nas zaskoczyło i zadziwiło, że nie wiedziałyśmy, co odpowiedzieć.
— Może być... — bąknęła w końcu siostra.
Tymczasem matka zawołała nas do siebie i zapowiedziała, abyśmy nie przeszkadzały młodym, którzy muszą się przecież ze sobą bliżej poznać.
Po chwili szames odszedł i oboje młodzi pozostali sami.
— Teraz zaczną pewno mówić o miłości — powiedziała tajemniczo moja siostra.
Nigdy jeszcze nie słyszałyśmy ludzi rozmawiających o miłości, nawet w teatrze lub w kinematografie82, dla tej prostej przyczyny, że w naszym miasteczku nie było teatru lub kinematografu.
— Usiądźmy sobie w przedpokoju i posłuchajmy — zaproponowała siostra.
W przedpokoju istotnie można było doskonale słyszeć to, o czym się mówiło w kuchni.
I oto usłyszałyśmy, że konkurent mówi z naszą Chaną nie o miłości, lecz znowu... o guzikach.
— Sam majster przyznaje — mówił Cukier — że jak ja przyszyję guzik, to największy siłacz nie oberwie tego guzika. Kiedy matki stalują83 ubranie dla swoich chłopców, to zawsze proszą, aby Cukier przyszył guziki, bo powiadają, że te łobuzy grają całymi dniami w guziki, a jak będą przyszyte przez Cukra, to sam diabeł ich nie oberwie.
— To jest istotnie wielka sztuka — przyznała uprzejmie Chana i, chcąc widocznie skierować rozmowę na inne tory i jednocześnie przedstawić się w najlepszym świetle, zapytała: — Czy pan lubi czytać książki i gazety? Ja bardzo lubię, bo człowiek dowiaduje się przynajmniej, co słychać na szerokim świecie.
Na to młody Cukier odpowiedział:
— Może bym i lubił... ale ja nie mam czasu. Cały dzień pracuję u majstra, a wieczorem ja oglądam, czyszczę i sortuję moje guziki.
Siostra, przerażona, szepnęła:
— Ten człowiek ma jakąś guzikomanię! Dlaczego ten obrzydliwy szames przyprowadził do naszej dobrej i mądrej Chany takiego wariata?
A konkurent mówił dalej:
— Ja zbieram wszelkie guziki od męskich i kobiecych ubrań. Kiedy chodzę po zakupy dla majstra, to zawsze kupuję dla siebie kilka ładnych guzików z każdego sortu.
I opowiadał Chanie dalej, że na strychu u majstra znalazł całe pudło guzików do oficerskich, żołnierskich i urzędniczych mundurów. Guziki te pochodziły z bardzo dawnych czasów, bo ojciec, dziadek i pradziadek majstra byli także krawcami.
— Te guziki nie miały dla majstra żadnej wartości, bo już teraz takich nie używają — mówił. — A jednak zdarł ze mnie szelma za nie całe pięć rubli. „To jest droga pamiątka, więc mniej niż za pięć rubli sprzedać nie mogę”. Tak majster do mnie powiedział. I co mogłem zrobić? Musiałem się zgodzić. A znowu, jak byłem w Łodzi na weselu siostry, to udało mi się kupić na likwidacji za psie pieniądze całą masę damskich guzików do sukien, palt i bluzek. Prześliczne guziki wszelkich kształtów i kolorów i pierwszorzędny gatunek.
— Czy pan chce otworzyć sklep z guzikami? — zapytała Chana.
Konkurent aż krzyknął ze zdziwienia, czy też oburzenia.
— Ja miałbym sprzedawać moje guziki? Nigdy w życiu! Przecież ja zbieram je tylko dla siebie, dla własnej przyjemności.
Nie miałyśmy wtedy pojęcia o tym, że istnieją na świecie kolekcjonerzy, zbierający często rzeczy również błahe i zbędne, jak owe guziki biednego krawczyka, toteż zdecydowałyśmy ze siostrą, że człowiek ten ma „guzik w głowie” i że trzeba biednej naszej Chanie wyperswadować małżeństwo z takim wariatem.
Lecz Chana była zupełnie innego zdania.
— Ja wolę, żeby on miał zamiłowanie do guzików niż na przykład do wódki i do kart lub, broń Boże, do nieporządnych kobiet... — mówiła.
Po drugim już spotkaniu przyjęła propozycję małżeństwa i wesele naznaczono za miesiąc.
Odtąd Kiwa zjawiał się w naszej kuchni dwa razy tygodniowo, w środę wieczorem i w sobotę po południu. Weszłyśmy kilka razy do kuchni i dziwiło nas bardzo, że wbrew temu, cośmy wyczytały ukradkiem w powieściach dla dorosłych, narzeczeni siedzieli zawsze z dala od siebie.
Chana na swoim kuferku pod oknem, Kiwa na zydlu przy kuchennym stole, przy czym prowadzili rozmowy na bardzo powszednie tematy.
Mówili na przykład o tym, gdzie najtaniej można kupić stół i łóżko i że ktoś tam sprzedaje za 8 rubli starą szafę, którą można doskonale wyreperować.
Dziwiło nas również, że Kiwa nie mówi Chanie o swoich uczuciach i nawet nie przynosi narzeczonej kwiatów i słodyczy, i zdecydowałyśmy, że Chana będzie bardzo nieszczęśliwa z Kiwą Guzikarzem.
Wreszcie nastąpił dzień ślubu naszej Chany.
Za długoletnią i wierną służbę rodzice postanowili wyprawić jej wesele w naszym domu. Chana kupiła sobie zieloną suknię ze sztucznego jedwabiu i pierwsze w życiu lakierowane pantofle na wysokich obcasach,
Nagotowano, nasmażono i napieczono jedzenia bez liku, a Chana kupiła za swoje pieniądze kilkanaście butelek wódki i słodkiego palestyńskiego wina.
Pragnąc dowieść narzeczonemu i jego rodzinie, że chociaż jest służącą, pochodzi z nie byle jakiej familii84, napisała serdeczny, niemal błagalny list do ciotki, bogatej kupcowej w Łodzi, zapraszając ją na swoje wesele.
Jakoż ta ciotka istotnie przybyła. Mówię nie przyjechała, a „przybyła”, bo to określenie najlepiej się stosuje do tak wspaniałej osoby.
Wszystkiego w niej było pod dostatkiem, a nawet, prawdę mówiąc, za wiele. Dużego wzrostu, bardzo tęga, ubrana była w niebieską, z najlepszego jedwabiu suknię, spod której sterczały trzy pagórki: wielki brzuch i ogromne piersi, na których śmiało można było ustawić tacę z herbatą lub zakąskami. Wzdłuż tej sukni wisiał ciężki złoty łańcuch, a na kapeluszu powiewała tryumfalnie „pleureusa”85, za którą owa ciotka zapłaciła całe 50 rubli, jak nam oznajmiła na wstępie.
Chana wciąż zabiegała około tak wspaniałej familiantki86, a ciotka, wydymając wargi, mówiła łaskawie:
— Dobra z ciebie dziewczyna, Chano, umiesz przynajmniej ocenić zaszczyt, który ci sprawiłam moim przyjazdem.
Na oddzielnym stole ustawione były prezenty ślubne Chany, pomiędzy którymi wyróżniał się dar ciotki — sześć noży, łyżek i widelców z prawdziwego srebra w czerwonym, aksamitem wysłanym, pudle.
Najoryginalniejszy jednak prezent ślubny otrzymała Chana od pana Podleskiego, właściciela największego w naszym mieście sklepu korzennego87. Chana była służącą u dobrych klientów i od ośmiu lat robiła w sklepie pana Podleskiego stosunkowo znaczne zakupy, toteż kupiec w przystępie dobrego humoru powiedział jej kiedyś:
— Jak panienka wyjdzie za mąż, to otrzyma ode mnie piękny ślubny prezent.
Mówiąc tak, przypuszczał zapewne, że chyba wariat ożeni się z tak brzydką i w dodatku biedną dziewczyną.
Lecz oto pewnego razu Chana zjawiła się specjalnie w sklepie pana Podleskiego, by oznajmić mu, że wychodzi za mąż i przypomnieć obietnicę.
Pan Podleski, jakkolwiek zaskoczony tą wiadomością, odpowiedział:
— Ja mam tylko jedno słowo.
Istotnie następnego dnia przysłał swój ślubny prezent. Odpakowano ostrożnie sporą skrzynkę i przed zdumionymi naszymi oczami ukazał się wielki porcelanowy Chińczyk, poruszający nieustannie głową, zupełnie podobny do tego, który królował na wystawie sklepu pana Podleskiego na piramidzie pudełek od herbaty i wzbudzał nieustanny zachwyt gawiedzi.
Tylko że tamten Chińczyk był sceptykiem i kiwał głową to w jedną, to w drugą stronę, jak gdyby mówiąc: „Albo tak, albo nie... Nic na świecie nie jest pewne”...
Zaś Chińczyk Chany nieustannie podnosił i opuszczał głowę w dół, na znak potwierdzenia.
Widocznie pan Podleski otrzymał tego drugiego Chińczyka od swego stałego dostawcy herbaty i nie wiedział, co z nim zrobić, dopóki nie wydarzyła się tak pomyślna okazja lokaty.
Ku naszemu zdziwieniu, Chana przyjęła z radością dar pana Podleskiego:
— Postawię go na komodzie i będzie upiększał całe mieszkanie. A przy tym będzie nam wesoło z tym Chińczykiem.
— Dlaczego wam będzie z nim wesoło? — zapytała drwiąco Chaja Rybiarka, która właśnie przyniosła na wesele trzy ogromne karpie.
— Że też Chai trzeba wszystko łopatą do głowy włożyć — odpowiedziała Chana. — Czy to nie jest przyjemnie mieć w mieszkaniu kogoś, który ciągle kiwa głową, że „tak”, że wszystko jest w porządku?
— Ta Chana robi się taka głupia, jak jej narzeczony Kiwa Guzikarz — zdecydowała Chaja, kładąc na stole swoje ryby.
Zebrała się już rodzina i goście zaproszeni na wesele Chany, a narzeczonego jak nie widać, tak nie widać. Już zaczęto się niepokoić, że nagle zachorował, aż tu przyleciał Szmulek, syn Chai Rybiarki, z dziwną wiadomością.
Opowiedział, że Kiwa Guzikarz siedzi w restauracji Cementa razem z tymi pijakami — Joślem, bratem niedźwiedzia, i Nuchimem od rzeźnika.
Piją jeden kieliszek po drugim, duża butla jest już prawie opróżniona, a oni nie myślą się ruszać i kazali sobie podać drugą.
Szmulek dodał, że nawet Cementowa, wiedząca, że dzisiaj jest ślub Chany, jest zaniepokojona i mówi, że dzieją się „nieładne rzeczy” i ona sama wkrótce tutaj przyjdzie, aby opowiedzieć o całym zajściu.
— Co mu się stało?! — krzyknął przerażony Szames. — Przecież on kieliszka wódki do ust nie bierze! Ja zaraz po niego pójdę.
Lecz w tej chwili zjawiła się Cementowa i poprosiła moją matkę o chwilę rozmowy na osobności.
Opowiedziała, że Kiwa Guzikarz przechodził koło jej restauracji, spiesząc na swoje wesele. Dwaj pijacy dojrzeli go i przemocą wciągnęli do restauracji, aby postawił im butelkę przy tak uroczystej okazji. Kiwa zrazu się opierał, ale widząc, że się od nich nie odczepi, powiedział:
— No dobrze, ale prędko, bo nie mogę się przecież spóźnić na swój własny ślub.
Kiwa nigdy nie pił, a przy tym był na czczo, więc już po drugim kieliszku zakręciło mu się w głowie.
Mimo to jednak prosił:
— Puśćcie mnie, moi kochani, bo nie mogę przecież przyjść pijany na mój ślub.
A oni wciąż mu dolewają i mówią:
— Nie puścimy cię bracie, bo nam ciebie żal i nie chcemy, żebyś się ożenił z najbrzydszą w miasteczku dziewczyną...
A ten hycel Nuchim dodaje:
— Ja bym pluskwę wolał mieć w łóżku niż taką żonkę.
Dopóki mówili tylko o brzydocie Chany, Kiwa protestował i odpowiadał, że wszystkie kobiety są podobne jedna do drugiej i z każdej można mieć jednakowy użytek.
Ale Josele zaczął nagle z innej beczki:
— Ty głupcze, czy ty nie rozumiesz, że ona ci zmarnuje wszystkie twoje guziki?
Wtedy Kiwa zaczął się już uważniej przysłuchiwać ich słowom, a oni mu wciąż dolewają i opowiadają, jak to ona część guzików porozrzuca i pogubi podczas sprzątania, inną część użyje do swoich łachów, a największą sprzeda.
Wówczas Kiwa Guzikarz zerwał się, huknął pięścią w stół i krzyknął:
— Jej niedoczekanie! Ja wolę moje guziki niż dziesięć najpiękniejszych kobiet! Ja się nie żenię i basta!
I sam już wtedy krzyknął:
— Chłopak, drugą butelkę!
Matka wezwała na naradę szamesa, tymczasem w tajemnicy przed Chaną, lecz szames zaczął tak krzyczeć i odgrażać się, że Chana usłyszała i weszła zaniepokojona do gabinetu ojca, gdzie odbywały się narady. Stanęła we drzwiach i w jednej chwili zrozumiała, o co idzie. Opuściła bezwładnie ręce, a jej duża czerwona twarz nie pobladła, lecz stała się ziemistoszara. Dygotała przy tym na całym ciele jak w febrze.
— Moja droga Chano... — zaczęła oględnie matka. — Ja rozumiem, że stała się tu rzecz bolesna i oburzająca. Ale gdyby nawet, jak chce tego szames, udało mu się przyprowadzić tego... tego Kiwę, jakie będzie później wasze pożycie? Lepiej przeżyć godzinę upokorzenia, tym bardziej, że ty tu jesteś bez winy, niżeli potem być całe życie nieszczęśliwą.
W tej chwili do gabinetu weszła Chaja Rybiarka. Nikt jej nie wołał, ale Chaja dyskrecją i dobrym wychowaniem się nie odznaczała.
A jednak nie można było jej osądzać, bo poczuła, że stało się jakieś nieszczęście i pośpieszyła na ratunek.
Szames wciąż pomstował i krzyczał, że on każe związać opornego oblubieńca i przyprowadzi go tutaj żywego lub umarłego.
Ale matka nakazała mu milczenie i powiedziała do Chany:
— Ty sama musisz zdecydować, Chano. We własnym swoim sercu znaleźć postanowienie.
Po chwili milczenia Chana przemówiła:
— Proszę pani, mnie nie idzie o mój wstyd, o to, że ja teraz ludziom na oczy nie będę śmiała się pokazać po takiej hańbie... Nie o to mi idzie... niech mi pani wierzy. Ale ja czuję, że Kiwa po tej historii zupełnie się zmarnuje. Na niego przyszła zła godzina... może każdy człowiek ma w życiu złą godzinę... Czy ja wiem? Ale jedno wiem na pewno, że jego potem będzie serce boleć i wstyd mu będzie, że tak skrzywdził sierotę, bo on nie jest zły człowiek i on przystanie do tych pijaków, by jak oni w wódce szukać pociechy. Ja go chcę ratować. A czy później będę z nim szczęśliwa, czy nieszczęśliwa — to już jest w rękach Bożych. Jak Pan Bóg da, tak będzie.
Wtedy matka moja powiedziała zafrasowana i wzruszona:
— Ja chyba sama tam pójdę, by z nim pomówić.
Ale Chaja Rybiarka energicznie zawołała:
— To nie dla pani chodzić do szynku, do tych pijaków! Pani to może zdrowiem przypłacić. Co innego ja. Jak mi powiedzą jedno paskudne słowo, to ja im dziesięć gorszych odpowiem. Zresztą do tego może nie dojdzie, bo ja znam Josla i Nuchima i dam sobie z nimi radę.
Tyle było pewności siebie i energii w tej kobiecie, że nikt nie śmiał jej się sprzeciwiać.
Poszła tedy i o dziwo, w pół godziny później zjawiła się z trzeźwym już zupełnie Kiwą.
Matce zdała krótką relację w następujących słowach:
— Nuchimowi powiedziałam, że jego siostra jest też sierotą bez ojca i że Pan Bóg ją może skarać za brata, Joslowi powiedziałam, że gdyby jeszcze żył jego brat, to wstydziłby się za niego, a potem huknęłam Kiwę w plecy, wylałam mu na głowę wiadro wody, żeby otrzeźwiał, a później zaprowadziłam go do kuchni Cementów, żeby się osuszył. I powiedziałam mu tak: „Tyś niewart taką Chanę w tyłek pocałować! Co do twoich zas...ch guzików, to ja ci przysięgam na głowę moich dzieci, że ona ich nie ruszy”...
Ku naszemu zdumieniu, Chana nie tylko nie zrobiła żadnej wymówki narzeczonemu, lecz pogłaskała go po głowie i powiedziała z łagodnym uśmiechem:
— Głupi... głupi Kiwo... mnie ciebie tak żal, jakbym była twoją rodzoną matką.
Miesiąc cały upłynął od czasu jak Chana opuściła nasz dom, a nie było od niej żadnej wiadomości.
— Pewnie jest nieszczęśliwa w tym małżeństwie, które tak niefortunnie się zaczęło — mówiono u nas w domu.
Aż oto pewnego dnia syn Chai Rybiarki przyniósł pocztówkę, ozdobioną dwoma całującymi się gołąbkami, w której Chana zapraszała „swoje panienki” w sobotę po południu na ciastka.
Matka oczywiście chętnie pozwoliła i w sobotę po południu poszłyśmy odwiedzić naszą Chanę.
Duża, widna izba zrobiła na nas przyjemne i wesołe wrażenie.
Na komodzie porcelanowy Chińczyk od razu potwierdził głową, że w tym domu wszystko jest w porządku.
Na stole, nakrytym białym obrusem, wesoło szumiał samowar, a na talerzach rozłożone były ciastka i ulubiony nasz przysmak — orzechy w miodzie.
Przy herbacie Chana opowiadała nam z ożywieniem o swoich planach na przyszłość.
Tymczasem Kiwa, jak dawniej, pracuje u majstra, a ona pracuje pół dnia w restauracji Cementów, przy czym drugie pół dnia zupełnie jej wystarcza, by utrzymać w należytym porządku swoje gospodarstwo.
W taki sposób nie naruszają złożonego w kasie oszczędności posagu Chany, lecz jeszcze coś niecoś zaoszczędzają.
Jak tylko będą mieli 2500 rubli, otworzą własny warsztat krawiecki połączony ze sklepem gotowych ubrań męskich. Mąż będzie pracować w warsztacie, a ona Chana, będzie sprzedawała w sklepie.
Kiwa patrzył z uwielbieniem na żonę i jak ów Chińczyk na komodzie skinieniem głowy potwierdzał jej każde słowo.
Po herbacie Chana powiedziała:
— Teraz niech panienki posiedzą sobie na ławeczce przed domem, a my tymczasem z Kiwą przygotujemy niespodziankę.
Bardzo nas zaciekawiła ta niespodzianka i z niecierpliwością doczekałyśmy się tej chwili, kiedy Chana krzyknęła, że możemy wejść, bo wszystko jest gotowe.
Weszłyśmy tedy do mieszkania Chany i ze zdumieniem dostrzegłyśmy, że duży kuchenny stół cały jest pokryty jakby wspaniałą, różnobarwną mozaiką.
Z różnokolorowych płaskich guzików ułożone były na stole koła, trójkąty, czworokąty, gwiazdy i arabeski.
Mozaika ta była okolona, niby ramą, szerokim pasem złotych guzików.
W pośrodku tej mozaiki widniały dwa serca, ułożone z czerwonych, lśniących jak rubiny guzików, złączone linią z kryształowych brylantów i mieniących się drobnych guziczków.
— To są nasze serca, Chany i moje — obwieścił triumfalnie Kiwa. — Moje guziki należą teraz i do niej, bo ja jej podarowałem połowę.
— No, a gdyby tak Chana pewnego pięknego dnia sprzedała swoją połowę? — zażartowała siostra.
— Prędzej bym z głodu zdechła! — zawołała z oburzeniem Chana.
Wtedy Kiwa powiedział:
— Chana nie jest zdolna zrobić czegoś podobnego, bo przecież ona jest moja dobra, mądra i... piękna żona.
Usłyszawszy ten ostatni przymiotnik, zagryzłyśmy usta, by nie parsknąć śmiechem, lecz jednocześnie poczułyśmy w sercu radość i spokój: zrozumiałyśmy, że raz na zawsze możemy być spokojne o los naszej Chany.