Festiwal teatrów kukiełkowych

1

Malutkie postacie pod Multikinem

kołyszą się przy barierkach i nagle wybuchają,

confetti spada, a każdy płatek papieru ma krople krwi.

Klaszczę i opadam na krzesło, by po chwili

znów się zerwać. Stoję przy oknie, chwieję się

jak pijaczek nad brzegiem basenu, ach woda,

ta najczarniejsza z metafor, znowu zwierzęco

wypuszcza macki i otula goryczą, trudno

zmartwychwstać, to zdarza się bohaterom

wodewilów, kiedy z morskiej toni całych

i zdrowych wypluwa ich wieloryb.

2

Mój mały Mefisto, własne odbicie

w połyskliwej resztce kawy, szepcze i,

choć nie rozumiem języka, wiem, że nim

włada doskonale. W świecie odbić

tylko takie przypuszczenie jest właściwe.

Choć momentami, kiedy dłoń mi drży,

ta twarz wygląda jak pogodowe fronty.

Masy powietrza pędzą przed siebie

i nie obchodzi ich małe przedstawienie

dziewczynek z sąsiedniego bloku. Masy

powietrza mają za nic historię foki

i jej fiolki, i bezradność z jaką patrzymy

na schody, przewidując słusznie, że,

gdy stoczymy się lub nas zepchną, jakaś

kość w małym światku nie wytrzyma.

Lecz na razie potrafię utrzymać filiżankę,

obracam ją i przyglądam się jak

odmienia mi perspektywę. I wiem, że

w końcu ktoś wypowie to zdanie:

„jesteś w szklanej kuli i patrzę na ciebie,

przewidując przyszłość z twoich

ruchów gdy leżysz na starym tapczanie”,

czy przejdzie mi wtedy przez myśl,

że wszystko zależy ode mnie?

3

W oknie odbija się cień, ale on sam

jest cieniem wyciętym z kartonu.

Gdyby się uprzeć, karton to cień drzewa.

Pomiędzy światłem i jego brakiem

można krążyć bez końca. Z chłamu

chwil rejestrowanych bez ustanku,

zostaje osad, ochra, doskonała do barwienia.

Barwa jakoś scala te wszystkie obrazki,

bierze je pod skrzydła jak kwoka pisklęta

i chociaż pijane to wszystko i niedorobione,

to jednak ten potok jest własny i gdy

wiotczeją mięśnie, to on właśnie spycha

nas delikatnie w głąb oceanu.

4

Największy holograf na świecie,

pomiędzy kośćmi twojej czaszki, gdy leżysz

w bezkształtnej pościeli, wyświetla

reportaż z Festiwalu Teatrów Kukiełkowych,

jesteś tam wielorybem i wodą jednocześnie;

panem księgowym z papierosem za uchem,

panią menadżer ze złotym łańcuszkiem,

który wprawia cię w trans, gdy kiwa się na

jej szyi. Masz trochę czasu, nim spektakl

nabierze rozpędu, możesz pozwolić,

by przyklejona do szyby twarz zostawiła

karykaturalne odbicie. Nie chcesz noży

na scenie, zastąpi je grad. Kukiełki

mrą, mrucząc swoje kwestie i migoczą

przez chwilę. Widzowie patrzą uniesieni,

świecą ich oczy i drgają wargi.

Później gdy sam gaśniesz, oni gasną z tobą.

Towarzysze podróży

bez zgody na odwrót.