Kantyczki pana Sommera

1

Szaleję za tym momentem w ciągu

dnia, gdy ruch już przygasa

i czas zdaje się lekko utykać

(jak ten brudny chłopiec) w biegu.

Wszystko jest złudzeniem, nawet

seans w podziemnym kinie,

gdy po południu zamiast dialogów

słychać warkot motorów, szum szynowych

pojazdów i słuch defloruje kilkuset

przyjezdnych, znęcających się

na dworcowej hali nad planem miasta.

Gdzie iść, zdają się pytać te oczy

w otulinie z soczewek kontaktowych —

czy jakakolwiek ścieżka jest własna?

Cokolwiek powiedzą, baczny wzrok

Kasjerki rejestruje ich twarze,

całkiem jak przemysłowa kamera.

Choć pozornie podstemplowuje bilety,

prześwietla ich i ich mrok.

Znam ją doskonale i bez potrzeby

nie podchodzę do kasy. Wolę

trzymać się z daleka, niech inni kupują

bilety, ja w końcu mogę poczekać.

Półślepy wychodzę na zewnątrz

i w trawę rzucam niedopałek.