Rondo

Zapisuję zdarzenia

zimy są rodzajem wodospadu

i nie brzmi to absurdalnie.

Złodzieje wydają się

nieruchomym stawem, w którym

znikają przedmioty. Ale słowa

dzieją się tak źle jak oni,

zgarniają nas i na pętli

muszę ci odpowiedzieć:

nic nie mam, zniknęło.

Idziemy do domu, który zbudowano

na miejscu ogrodu.

Pamiętam wiatr,

co wyginał gałęzie, gdzieś zapisałem

ten wiatr i teraz plącze się w umyśle

drgająca witka leszczyny,

ruchliwa jak oszołomiony węgorz.

Zamiast podłogi gałęzie,

konar zamiast sufitu, sypialnia

pełna zimnych i wilgotnych liści.

Teraz jest tu pusto, dom stracił zęby

dziąsła rozmiękły i mięśnie drżą,

rosa osadza się na niezdrowej skórze.

Linoleum traci połysk za dnia,

budzi się nocą, kurcząc i pękając.

Dzielnica jest zła i złe są urzędy,

zła pogoda i źle dobrane słowa, by

opisać ten stan — krzyk orlika

nagrany przez ornitologa, jego

głos jak szron.

Mam suchy język i nie chcę

klepać modlitw. Nawet nie

dochodzimy do furtki, kiedy

zmieniam plan. Lepiej zostać

tutaj. Patrzeć jak na sąsiedniej

parceli kopią fundamenty.

Czarna owca — lotki

W jej dłoni to nie żadna broń,

a jednak zręcznie ciśnięta, dałaby nam

zagadkową śmierć i parę nagłówków w gazetach.

Zresztą nie jest sama.

W tej części sali oddzielonej nami jak murem

one dominują. W głosach rozpoznaję

psie warczenie i werble, niejasno przypominam

sobie mit o rozszarpaniu, to dobrze

być tak rozszarpanym?

Pomiędzy nimi eteryczne porozumienie,

ruchy ciał zsynchronizowane ze sobą

i na myśl przychodzi studzienka

z zapałek, a właściwie ostatnia

faza budowy, gdy wstrzymuje się oddech,

by wszystko nie runęło i właśnie

w takiej chwili pojawia się gość-idiota,

niepewny ruch niweczy wszystko.

Niwecz — to właśnie słowo tak nęci,

gdy patrzę jak odchylają ramiona

i rzucają w tarczę.

Nie kojarzę tych cieni z niczym,

są własne.