Dziecko

„Stoi wierzba płacząca24

Nad ciemnym jeziorem,

Drży w promieniach miesiąca,

Kiedy wietrzyk ją trąca

Wieczorem”.

— Nie, nie, jeszcze niezupełnie tak — rzekła i podeszła do lustra — może teraz?

„Stoi wierzba płacząca

Nad ciemnym jeziorem,

Drży w promieniach miesiąca,

Kiedy wietrzyk ją trąca

Wieczorem”.

— Tak dobrze, ot tak lepiej, tak, tak! „Wkoło piaski wilgotne...”. — Przechadzała się po pokoju.

„Wkoło piaski wilgotne,

Rdzawe mchy i zioła,

Wody mętne i błotne

I pustkowie samotne

Dokoła.

Chociaż cisza panuje...”

— Mamo, mamo! — rozległ się nagle głos dziecięcy w przyległym pokoju.

— Czego chcesz, nie przeszkadzaj! — odrzekła głosem nieco zirytowanym.

— Ależ mamo, kiedy ja naprawdę nie wytrzymam...

— No dobrze, dobrze, już idę — westchnęła lekko i wyszła do przyległego pokoju.

Tam na kanapie leżała dziewięcioletnia dziewczynka, blada i szczupła — uśmiechająca się nieśmiało.

— Ja mamusię bardzo przepraszam, ale kiedy mnie tak strasznie boli ot tu — wzięła rękę matki i przyłożyła ją do swej piersi — że naprawdę wytrzymać nie mogę. Niech mi mamusia da kropli uspokajających, dobrze mamusiu?

— Biedactwo moje małe — nachyliła się nad dzieckiem i pocałowała je w czoło — zaraz dam, zaraz przejdzie wszystko. Jutro pójdziesz na spacer ze mną, prawda Halinko?

Dziewczynka podniosła rękę matki do ust i pocałowała ją cicho.

— Mamusiu moja — wyszeptała czule.

Nagle opuściła rękę i schwyciła się za piersi.

— Oj, oj, oj!

Matka się zerwała.

— Zaraz, zaraz, złoto moje, przejdzie, przejdzie.

Pośpiesznym krokiem przyniosła kropli uspokajających i podała je dziecku.

Ono wypiło i wolnym ruchem opuściło się znów na kanapę.

— Och, jakam25 zmęczona — rzekła z bladym uśmiechem.

— Ale lepiej ci złotko, prawda, że lepiej? — niespokojnie spytała matka.

— Troszeczkę! — Uśmiechnęła się do niej i rzekła — Niech się mamusia nie boi.

— Może zaśniesz na chwilę, kochanie moje. — Głaskała dziecię po twarzy. — Dobrze, maleństwo?

A dziewczynka spojrzała na nią wielkimi oczyma i rzekła z uśmiechem, w którym był odcień melancholijnej goryczy:

— Dobrze, dobrze, mamusiu, zasnę. Niech mamusia idzie tylko uczyć się swej roli, bo ja chcę, żeby jutro w Lenie26 moja mamusia — uśmiechnęła się dumnie — bardzo, bardzo się podobała.

Lekki uśmiech przesunął się po twarzy matki; jakby od niechcenia pogłaskała płową główkę dziecka.

Wstała, nachyliła się jeszcze raz nad dzieckiem i wyszła, zamknąwszy drzwi za sobą.

A mała spojrzała na drzwi, przez które matka tylko co wyszła, potem utkwiła smutny wzrok w ścianę i dwie ciche, wielkie łzy spłynęły po jej policzkach.

W przyległym pokoju podeszła do stołu i wzięła się na nowo do studiowania roli.

— A gdzie stanęłam? To tu.

„Kiedy cisza panuje

Grobowa i głucha...”

Nagle opuściła kajet i podeszła do drzwi.

— Czy ona też naprawdę śpi?...

Nadsłuchiwała przez chwilę, ale było zupełnie cicho.

— Więc jeszcze raz:

„Kiedy cisza panuje

Grobowa i głucha,

Coś ją zgrozą przejmuje,

Bo się w niebo wpatruje

I słucha”.

Nagle znów opuściła kajet.

— Nie, ja na serio powinnam pójść do mego maleństwa.

Podeszła do drzwi, lecz znów się zatrzymała.

— Kiedy ja nie mogę — powiedziała głośno, jakby usprawiedliwiając się sama przed sobą — przecież muszę jutro dobrze grać — muszę!

Podeszła do okna i poczęła myśleć o jutrzejszym występie.

Miał to być jej pierwszy występ na scenie większego teatru.

Była dotychczas artystką prowincjonalną, ale pewnego dnia zwróciła na siebie, przez wielką szczerość swej gry, uwagę znanego dyrektora, który jej obiecał debiut w Lenie, a jeżeli się będzie podobała krytyce i publiczności, to miał zaangażować ją na stałe.

Stoi ona teraz przy oknie i marzy.

Tak, tak, będzie ona grała jutro całą duszą, całym swym uczuciem i zrozumieniem, stanie się inkarnacją27 tej Leny, o tak! Będzie musiała się podobać i wtedy — droga do sławy będzie dla niej otwarta. Ale nie sława nęci ją przede wszystkim. O nie! Dadzą jej teraz role wspaniałe, wielkie, które będzie mogła przeżywać i w które będzie mogła swą bogatą indywidualność przelać. O, jakie szczęście!

Szeroko rozciągnęła ręce, oczy zabłysły rozkoszą nadziei.

— Więc trzeba się uczyć!

Westchnęła z lekka, wzięła znów kajet do ręki i usiadła, ale po chwili położyła rolę i oparła rękę o stół.

— I 2400 rubli, i to na początek — pomyślała. — Nie będzie już biedy nigdy, będzie mogła sprowadzać doktorów dla Halinki, może będzie mogła pojechać z nią do jakiejś kąpielowej miejscowości, gdzie ją wyleczą z tej sercowej choroby.

Westchnęła głęboko.

— Żeby nie ta choroba, nie ta choroba! — I smutek powlókł jej twarz. — Ale doktor przecież jeszcze dawał nadzieję...

Nagle się zerwała.

— Nie, teraz naprawdę muszę... — wyszeptała energicznie.

I zaczęła studiować. Studiowała z całym zajęciem, z całą energią, niektóre miejsca powtarzała po kilka razy, stawała przed lustrem, aby krytykować swoje pozy, i znów siadała i zatapiała się w czytaniu. Coraz głębiej nachylała swą rozgorączkowaną twarz nad cienkim zeszytem, bo zmrok coraz bardziej gęstniejący zalewał pokój. Wreszcie musiała przerwać. Zauważyła dopiero teraz, że się ściemniło.

Obudziła się jakby ze snu, potem wstała i rozkosznie przeciągnęła się.

— Będzie, będzie dobrze — wyszepnęła i, triumfująco uśmiechając się, dodała — Zobaczycie, zobaczycie!

I nagle przesunął jej się przed oczyma obraz chorego dziecka. Wstała szybko i lekkim krokiem weszła do przyległego pokoju.

— Halinko nie śpisz?

— Nie, mamusiu.

Dziewczynka odwróciła się do niej i wyciągnęła ręce.

— A spałaś, złotko moje?

— Nie, mamusiu — słuchałam, jak mamusia to ładnie mówi: „stoi wierzba płacząca”, o tak ładnie! Och! Jak ja bym jutro chciała być na przedstawieniu. Prawda, mamusiu, że mamusia mnie jutro zabierze? Będę siedziała cicho, cichuteńko i będę słuchała, a jak potem ludzie będą klaskali, będą wywoływali moją mamusię — ożywiona nieco tą myślą, podniosła się trochę na kanapie — o jak się wtedy cieszyć będę, jak ja się cieszyć będę!

— Złotko ty moje kochane, córeczko ty moja. — Nachyliła się nad dziewczynką i przytuliła ją do siebie. — Żebyś ty mi tylko zdrowa była, maleństwo ty moje drogie. — I jęła ją pieścić i całować.

Chore dziecko nagle namiętnie zarzuciło ręce na szyję matki i z piersi jego wyrwało się, jakby od dawna hamowane, szlochanie:

— Mamusiu kochana — mamusiu ty moja!...

Przez cały wieczór została już przy chorej dziewczynce; była pewna, że wieczór jutrzejszy przejdzie tak, jak ona marzyła kiedyś w latach pierwszej młodości; była przekonana, że będzie dla niej pełny głębokiego artystycznego zadowolenia i jaśniejący pierwszymi promieniami wschodzącego słońca sławy...

Na drugi dzień z rana musiała jeszcze pójść na próbę ostateczną.

Wróciła zmęczona i zdenerwowana.

Jej partner — Janek — w niektórych scenach był tak drewniany i sztywny, że psuł jej najcudniejsze chwile. Bała się, że ją dziś wieczorem wyprowadzi z nastroju, że przestanie prawdziwie odczuwać, przeżywać swą rolę, a będzie musiała ją grać, posługując się tylko wszelkimi efektami sztuki aktorskiej.

Halinka przez cały dzień była bardzo milcząca i wyczerpana. Nie mówiła matce nic o strasznym ataku bólu, który miała podczas jej nieobecności.

Obiad zjadły w milczeniu.

Była strasznie zdenerwowana i niespokojna. Chwilami jakiś strach ją chwytał. Zdawało jej się, że dziś wieczorem słowa nie wykrztusi. Potem obejmował ją znów gorączkowy zapał.

Pod wieczór, tak o piątej, nerwowa febra zaczęła nią trząść.

— Halinko, Halinko! Ja się strasznie boję!

Jak małe dziecko, zaczęła się skarżyć przed swoją własną córeczką.

A Halinka uspokajała ją słodko i czule, dziecinnie, a jednak rozsądnie.

O godzinie szóstej miano przyjść po garderobę.

O pół do siódmej miała być w teatrze.

Już na godzinę przedtem chodziła nerwowym krokiem po pokoju, nie będąc w stanie usiedzieć spokojnie.

Halinka leżała na kanapie i rozmyślała nad dzisiejszym wieczorem. Była strasznie dumna ze swej matki i najgłębiej przekonana, że będzie się podobała. Cieszyła się ogromnie na myśl o dzisiejszym przedstawieniu.

Dawniej na prowincji siadywała zawsze w garderobie matki i z zapartym oddechem, z gorączkowo rozwartymi oczyma, śledziła stamtąd akcję sztuki.

Była dzisiaj trochę zdrowsza, więc matka obiecała zabrać ją do teatru.

Przyszli ludzie po kosz z garderobą.

Zaczęły się ubierać.

Halinka poszła do przedpokoju po palto, a matka stała przed lustrem i kładła kapelusz. Uśmiechała się nerwowo sama do siebie, ręce miała zimne jak lód i półświadomie powtarzała: „Stoi wierzba płacząca nad ciemnym jeziorem...”.

Nagle cichy jęk rozległ się w przedpokoju.

Była tak zaabsorbowana swymi myślami, że w pierwszej chwili nie zwróciła uwagi i mówiła dalej: „Drży w promieniach miesiąca — kiedy wietrzyk ją trąca...”.

Głośniejszy jęk z przedpokoju wyrwał ją z zamyślenia.

— Halinko, Halinko, co tobie?! — krzyknęła głosem niespokojnym i pobiegła do przedpokoju.

Na podłodze leżało dziecko zemdlałe, z wykrzywioną od bólu twarzą.

— Marysiu! — krzyknęła, otwierając drzwi do kuchni. — Wody, wody! Halinka zemdlała! — A sama, wylawszy na dziecko trochę wody z karafki, którą chwyciła w przyległym pokoju, rzuciła się na nie i zapamiętale zaczęła całować i nawoływać do życia, nazywając je najsłodszymi imionami.

Powoli Halinka powracała do życia. Rozwarła szeroko oczy i jakimś dziwnie obcym, nieprzytomnym wzrokiem jęła się przypatrywać matce. Potem znów zamknęła oczy i chwyciła matkę za rękę.

— Mamusiu, nie odchodź, nie odchodź — wykrzyknęła przestraszonym głosem.

Matka zaniosła ją na kanapę, a dziecko wciąż kurczowo trzymało jej rękę i przyciskało ją do siebie.

Leżała na kanapie. Ostatnie promienie słońca oświetlały jej biedną, bladą twarzyczkę.

Teraz dopiero matka zauważyła, że Halinka ma twarzyczkę prawdziwej małej męczennicy: oczy wpadłe28, usta boleśnie skrzywione, a na czole wypisana linia jakiejś bolesnej, wielkiej rezygnacji.

I straszny żal i ból gwałtowny ogarnął jej serce, a łzy cisnęły się do oczu.

Schyliła się nad dzieckiem i z wielką macierzyńską miłością zaczęła je całować po rękach i twarzy.

A dziewczynka nagle otworzyła szeroko oczy i spytała cichym, smutnym głosem:

— A mamusia bardzo by płakała, gdybym ja tak... umarła...

Ostatnie słowa wymówiła zupełnie cicho.

— Co ty mówisz, co ty mówisz! — krzyknęła matka i ze strasznym płaczem rzuciła się na dziecko, namiętnie przyciskając je do siebie.

— Halinko ty moja, ty dziecko moje! — I wybuchnęła przeciągłym szlochaniem.

A dziecko cicho głaskało matkę po głowie i słodko, spokojnie pocieszało ją:

— No nie, nie, już nie! Ja przepraszam, przecież ja tylko tak mówiłam. Już mi dobrze. Niech mamusia nie płacze, to głupstwo. Już mi lepiej, to przejdzie. Prawda, to przejdzie?

— Ale tobie nigdy nie wolno już tak mówić — szlochała matka i nagle, zerwawszy się i wziąwszy Halinkę za ręce — Nigdy, rozumiesz, nie wolno ci — ty moje jedyne! — gwałtownie dodała.

Pieściła ją i głaskała, uspokajając się powoli.

Nagle się zerwała: stary zegar ścienny wybił sześć razy.

Przed przestraszonymi oczyma jej stanął teatr, stanęła scena.

Dziecko zrozumiało to nagłe zerwanie się matki.

Spojrzało ono teraz na nią wzrokiem pełnym niemego wyrzutu, a jednak usta wyrzekły automatycznie:

— Niech mamusia idzie, ja się zostanę29.

Ze smutnym zmęczeniem zamknęła oczy.

Matka stała niezdecydowana.

Nie pójść teraz do teatru — to ruina, to klęska, wprost nieszczęście. Nikt już teraz za nią roli objąć nie może, innej sztuki wystawić niepodobna, bo jest za późno. Byłaby to straszna strata dla dyrektora, który by naturalnie natychmiast zerwał z nią.

— O, o, o!

Usłyszała nagłe głos dziecka z kanapy.

Dziewczynka podniosła się na wpół i duże, przestraszone jej oczy w gęstym mroku pokoju szukały matki.

— O, o! Ja się boję! — jęknęła teraz, wyciągając ręce do niej. — Mamo, mamo, nie opuszczaj mnie — ja się boję.

— Uspokój się, złoto moje, zawołam doktora, żeby dał maleństwu memu jakiegoś lekarstwa — rzekła, głaszcząc dziecko po twarzy.

Wyszła na chwilę i posłała służącą po doktora, mieszkającego w tym samym domu.

Przyszedł natychmiast i z bardzo poważną miną zbadał dziecko.

Potem wyprowadził matkę do drugiego pokoju.

— Trzeba bardzo ostrożnie się obchodzić z tą dziewczynką — rzekł szeptem prawie — bardzo ostrożnie, bo może być źle.

— Panie doktorze, przecież niebezpieczeństwa nie ma? — spytała drżącym głosem, niespokojnie wpatrując się w niego.

— Na razie nie. Niech pani daje jej krople, które zapisałem i niech dziecko zachowuje absolutny spokój, najważniejsze zaś jest, żeby nie było takiego ataku, bo w takim razie za nic nie ręczę. Jutro rano znów przyjdę.

Chciał już wyjść, gdy przypomniał jej się dzisiejszy debiut w Lenie.

— Panie doktorze, proszę pana na chwilę.

Wrócił do niej.

— Jestem artystką i właśnie dzisiaj mam debiut, od którego wszystko zależy, cała moja przyszłość. Co ja mam robić? Czy można dziecko zostawić? — spytała niespokojnym głosem.

Doktor nachmurzył czoło i milczał przez chwilę. Wreszcie z wolna powiedział:

— Jeżeli dziewczynka panią chętnie puści, to owszem, jeżeli nie, to stanowczo nie radzę, bo to wzruszenie mogłoby się bardzo, bardzo źle odbić na jej zdrowiu. Niech pani się dobrze zastanowi. — I wyszedł.

A ona weszła znów do pokoju, w którym leżało chore dziecko i chciała spytać się nieśmiałym głosem, czy może je opuścić, ale Halinka wyciągnęła ręce do matki i ze łzami w oczach, błagającym tonem rzekła:

— Mamusia już mnie dzisiaj nie opuści — prawda mamusiu?

Energicznym ruchem nachyliła się nad dzieckiem, pocałowała je mocno w czoło i podeszła do biurka.

Tu cicho, ale głęboko westchnęła.

Wzięła kartkę papieru, na której napisała, że wobec niebezpiecznego stanu córki w żaden sposób w dzisiejszym przedstawieniu nie może brać udziału.

List przez służącą zaraz posłała do teatru.

Wróciła do pokoju, w którym leżała Halinka. Przyjęła ją takim promiennym uśmiechem, że uczucie macierzyńskie wzięło w niej górę.

Pocałowała dziecko cicho w czoło; jakiś chwilowy, wielki spokój ogarnął ją.

— Ja teraz trochę spać będę — dobrze mamusiu?

Trzymając matkę za rękę, zamknęła oczy i ze spokojnym uśmiechem na ustach zasnęła.

Matka siedziała przy niej.

I teraz znów chaos przeróżnych myśli zaczął mącić tę wielką, błogą ciszę.

Widziała przed sobą scenę, na której miała dziś wystąpić, słyszała siebie samą grającą, potem nagle jakieś oklaski. Zamknęła oczy i przez chwilę oddała się tym obrazom.

Nagle drgnęła i z przestraszonym wzrokiem jej oczy wpiły się w czarną przestrzeń pokoju.

Usłyszała znów głos doktora: „jeżeli taki atak się powtórzy, to ja za nic nie ręczę”.

Śmierć!

Długi, chłodny dreszcz z wolna prześlizgnął się po jej całym ciele, przenikał ją coraz głębiej.

— Nie, nie, to nie może być! — rzekła prawie głośno, ściskając kurczowo ręce.

Wydało jej się czymś tak nienaturalnym, żeby jej dziecko miało umrzeć, tak nieprawdopodobnym, że nagle się uśmiechnęła.

— Ależ to głupstwo, to on tylko straszy — szepnęła z widoczną ulgą.

Nagle usłyszała, jak ktoś drzwi otwierał.

Była to służąca powracająca z teatru.

— Proszę pani — zawołała dziewczyna cała zasapana we drzwiach pokoju.

— Cyt! — rzekła matka i weszła do przedpokoju, aby dziecka nie obudzić.

— Proszę pani — ten pan dyrektor, to strasznie fuknął, jakem30 mu list oddała i powiedział: „Powiedz ty twojej pani, że to zupełnie niemożliwe, że musi grać, słyszysz — musi grać” — krzyknął mi nad uchem i uderzył pięścią w stół — „mnie tam żadne kaprysy bachorów nie obchodzą. Powiedz ty twej pani, że ja zaraz przyjdę do niej i z nią się rozmówię” — tak, proszę pani, powiedział.

Wróciła do pokoju i stanęła przy oknie — bała się strasznie tego, co miało nastąpić. Znała dyrektora jako człowieka bardzo gwałtownego. Najchętniej byłaby zamknęła drzwi na klucz, by go nie wpuścić. Trzęsła się na myśl, jak Halina zniesie tę scenę.

Długo tak stała, machinalnie wpatrując się w niepewne światło latarni ulicznej. Ciągle jej się zdawało, że idzie ktoś po schodach. Nagle drgnęła.

Dzwonek!

Zimny pot wystąpił jej na czoło. Już służąca poszła otworzyć.

Przez chwilę stała jeszcze przy oknie. Wreszcie energicznie poruszyła głową i spokojnym krokiem poszła do przedpokoju. Była zdecydowana nie ustąpić. Stanęła we drzwiach przedpokoju.

Dyrektor już zdejmował palto.

— Dzień dobry pani! — głos jego był ogromnie zdenerwowany. — To ładnie takiego strachu nam narobić. Co, chyba pani żartowała, chyba pani żartowała, powtarzam. Bo to jest absolutnie niemożliwe. W ogóle mowy o tym być nie może, żeby pani dziś nie wystąpiła. Przyszedłem tylko, aby się pani pośpieszyła. Mamy pół do siódmej. O pół do ósmej się zaczyna — więc najwyższy czas, co?

— Panie dyrektorze. — Wstała i oparła się obiema rękoma o stół. — Panie dyrektorze — rzekła stanowczym, sztucznie spokojnym głosem — jestem zupełnie zdecydowana dzisiaj nie występować.

— Cooo? — parsknął nerwowym śmiechem. — Za przeproszeniem, czy pani zwariowała? Czy pani wie, jakie to straty pociąga za sobą? Czy pani wie, że to są straty, których dla pani dziecka ponieść nie mam zamiaru i wątpię, czy pani będzie mogła zwrócić mi te pieniądze?

Szyderczo się rozśmiał.

— Czy pani wie, co to dla pani znaczy? To znaczy utrata sławy na zawsze! Jeżeli pani mi urządzi taką awanturę, to pani w żadnym dużym teatrze nie zaangażują. Więc teraz — z naciskiem wymawiał każde słowo — albo natychmiast pani pójdzie ze mną, albo na zawsze utraci karierę, sposobność lepszego życia i — znów się szyderczo uśmiechnął — zwróci mi pieniądze, które ja przez panią stracę. Jeśli zaś pani dziś wystąpi, to, mając talent, tak, stanowczy talent, może się pani wybić, stać się drugą Modrzejewską31. Dziś ostatnią ma pani sposobność.

— Panie dyrektorze — wyrzekła, wstając i zbliżając się do niego — panie dyrektorze — powtórzyła błagającym głosem — ja nie mogę, ja na serio nie mogę; dziecko bardzo chore — niech pan mnie nie męczy.

Łzy wystąpiły jej z oczu.

— Dobrze — rzekł krótko i zdecydowanie dyrektor. — Daję pani trzy minuty do namysłu — i tu wyciągnął zegarek — po upływie tych trzech minut pani będzie łaskawa — szyderczo się uśmiechnął — odpowiedzieć mi, czy raczy dzisiaj zagrać Lenę, ku swemu i memu dobru, czy sentymenta32 czułe wezmą górę, a wtedy zobaczymy, jak sąd rozstrzygnie naszą sprawę. Co?

— Mamo, mamo! — rozległ się w tej chwili przestraszony głos dziecka z przyległego pokoju.

Ona stała nieporuszona.

A dyrektor podszedł do drzwi, stanął na progu pokoju, podparł się pod boki i z nachmurzonym czołem fuknął:

— Cicho być! Jak to można tak mamie przeszkadzać.

Matka stała ciągle zamyślona.

Widziała przed oczyma cudne obrazy przyszłości — drugą Modrzejewską — powiedział dyrektor. O! Rozkwitnąć w całej pełni swego talentu, w słońcu sławy i to dzisiaj, dzisiaj! Czuje ona, jak krew w niej wre; jak by ona mogła grać, żyć na scenie życiem tej kobiety, którą wcielała, wylać z siebie ten nawał uczuć. Nagle odczuwa taką gwałtowną potrzebę sceny, tej atmosfery, do której przywykła od najmłodszych lat, że jej się zdaje, iż się zadusi tu, w ciasnym mieszkaniu, przy cichym, chorym dziecku. I czuje z wielką jasnością, że jeżeli dzisiaj nie pójdzie, to się zamknie dla niej cała przyszłość sceniczna, zamknie się na zawsze. A to dla niej jest życiem!...

Nagle drgnęła.

A dziecko, dziecko chore niebezpiecznie?

I rozpoczęła się straszna walka matki z kobietą rwącą się do życia, swobody.

Podeszła automatycznie do drzwi przyległego pokoju.

— Halino — rzekła nieswoim głosem.

— Co, mamo?

— Nic.

Nie ma odwagi odpowiedzieć.

— Mamo, podejdź tu do mnie bliżej!

Głos pełen wyrozumiałości, a jednak ten smutny odcień goryczy.

— Mama teraz nie wie, czy pójść tam czy się zostać tu przy mnie, prawda, tak jest? A ja mamie powiadam — tu dziecko zerwało się energicznym ruchem — ja mamie powiadam, że mama pójdzie! Słyszy mama? Ja nie chcę przeszkadzać — powtórzyło.

— Ależ kochanie, dziecko moje, ja się boję opuścić ciebie, gdybyś ty mogła razem...

— Ja? — Tu dziecko gorzko się uśmiechnęło. — Widać mama się nawet nie domyśla, jakam33 słaba.

Matka nachyliła się nad nią i z wzrokiem pełnym nagle wielkiej troski spytała:

— No co ci, co ci, powiedz dziecko? Przecież nic złego, powiedz!

— Nic, nic, tylko idź! Jeżeli mnie kochasz, to idź. Słyszysz? Ja chcę, żebyś poszła. Ja nie przeszkadzam, ja nie przeszkadzam!

— Trzy minuty minęły — rzekł dyrektor, podchodząc do nich — jakież postanowienie?

— Panie dyrektorze, niech pan zabiera mamę, bo mama się jakoś waha teraz, a ja chcę, ja chcę, żeby mama poszła.

— A to zuch dziewczyna! Widzisz dziecko, matka twoja — to wielka artystka, zobaczysz...

— Nie zobaczę — westchnęło dziecko niedosłyszalnie i znów opadło na kanapę.

Ona się nagle zerwała.

— Idę, dyrektorze — rzekła drżącym ze wzruszenia głosem o wzroku rozgorączkowanym. — Będę grała, och, tak bosko grała...

Ale znów się zwróciła do Halinki.

— A ty złotko moje, ty?...

— Mnie nic — wymuszony uśmiech przesunął się po twarzy dziewczynki. — Niech mamusia tylko idzie; jutro mi wszystko opowie. — I ledwie dosłyszalnym głosem dodała — Ja nie przeszkadzam.

A gdy wchodowe34 drzwi zamknęły się za matką i dyrektorem i wkoło niej zapanowała głucha cisza, wtedy zarzuciła rączki na twarz i wybuchła głośnym płaczem.

W teatrze straszny zgiełk. Wszyscy zaniepokojeni ciągłą jeszcze nieobecnością bohaterki. Reżyser chodzi po scenie jak dziki zwierz po klatce. Koledzy opóźnienie się „Leny” delikatnymi swymi komentarzami obdarzają.

— A, a, nareszcie!

Wchodzi ona z dyrektorem. Zewsząd ją otaczają, machinalnie, naprędce odpowiada, uśmiecha się, na lewo i na prawo uściski rąk...

Nareszcie jest w garderobie.

W pół godziny sama nie wie, jak jest ubrana i uczesana.

Stoi za płóciennymi drzwiami kulisy i wyczekuje z głośno bijącym sercem znaku.

Coraz mocniej zaciska ręce, coraz bardziej zęby jej wpijają się w dolną wargę, a oczy szeroko rozwarte wlepia w ścianę sceniczną przed sobą — jeden wielki strach zapanował nad jej duszą.

Dziś się rozstrzygnie, dziś się rozstrzygnie.

Coraz bardziej się zbliża chwila jej występu. Teraz zaraz, zaraz...

Inspicjent35 daje znak.

Wchodzi machinalnie, nieprzytomnie...

W pierwszej chwili jest tak oszołomiona, że widzi przed sobą tylko jedną wielką przepaść czarną, a nad tą przepaścią rząd jakichś jaskrawych świateł.

Odrętwienie takie trwa jeden moment zaledwie. Potem jakby prąd elektryczny przeszywa całe jej ciało.

„Do dzieła!” — woła coś w niej i na oślep rzuca się w wir falujących uczuć swej bohaterki.

Gra, gra całą duszą, z całym zrozumieniem.

Oklaski entuzjastyczne.

Wychodzi oszołomiona z głową spuszczoną.

Kilka słów powinszowań; sama nie wie od kogo odebranych — i znów się znajduje w swojej garderobie.

Ze wzrokiem rozgorączkowanym staje przed lustrem, pudruje się, przypatruje się sobie na pół nieprzytomnie i machinalnie uśmiecha się na komplementy garderobianej pomagającej jej przebierać się.

Ma w swojej duszy jakąś cudną, daleką melodię i jakby przez jakąś mglistą zasłonę widzi i słyszy świat ją otaczający...

Akt drugi przechodzi tak jak pierwszy.

Zaczyna się akt trzeci.

Gra ciągle cudnie, zapomniawszy o dziecku, zapomniawszy o całym świecie.

— „Stoi wierzba płacząca

Nad ciemnym jeziorem,

Drży w promieniach miesiąca,

Kiedy wietrzyk ją trąca

Wieczorem.

Wkoło piaski wilgotne,

Rdzawe mchy i zioła,

Wody mętne i błotne

I pustkowie samotne

Dokoła.

Chociaż cisza panuje...”

Tu nagle staje wizja przed jej oczami.

W tym miejscu wczoraj po obiedzie przerwała jej Halinka i teraz widzi ona ze straszną wyrazistością tę dziewczynkę bladą, cierpiącą, samotną, bojącą się, w zimnym, samotnym pokoju... Oczy utkwiła w matkę i mówi tak swym cichym, cierpiącym, pełnym wyrzutu, głosem: „Czemuś mnie opuściła, czemuś mnie opuściła?”.

A ona stoi na scenie, nie może się otrząsnąć z tej wizji.

Blada cała powtarza automatycznie: „Kiedy cisza panuje...” i dalej mówić nie może.

Stoi jak odrętwiała.

Sufler myśląc, że zapomniała, podpowiada kilka razy coraz głośniej:

— „Kiedy cisza panuje grobowa i głucha...”.

Nagle przypomina jej się, gdzie jest.

Otrząsa się jednym, energicznym, lecz ledwie dostrzegalnym ruchem. Gra w dalszym ciągu.

Przechodzi czwarty i piąty akt.

Scenę obłąkania gra tak naturalistycznie, tak wstrząsająco tragicznie, że cała sala tchnie atmosferą bezbrzeżnego smutku i żalu. Hipnotyzuje ludzi prawdą swej gry, a gdy mówi: „czemuż ona wzdycha?”, a potem wybucha nagłym spazmatycznym płaczem, wydaje się, jak gdyby sala cała zadrgała z wielkiej rozpaczy.

Kurtyna opada powoli.

Wśród publiczności cicho, cicho zupełnie.

Ona stoi za zasłoną nieprzytomna, a gdy potem nagle podnoszą się oklaski entuzjastyczne, grzmiące — ona ciągle stoi jeszcze nieruchoma. Gdy znowu kurtynę podnoszą i ona widzi się wobec jakiegoś morza falującego tej publiczności rozgorączkowanej — ciągle nie zmienia swojej postawy i stoi niema i smutna.

Z wolna dopiero wraca jej przytomność.

Teraz czuje ona po raz pierwszy rozkosz oklasków, rozkosz zachwytu i pije z namiętnym pragnieniem te krzyki radosne, ten entuzjazm rozpalony tłumu.

Stoi, kłania się, uśmiecha się, rzucają jej kwiaty pod nogi. Słyszy swoje nazwisko na setkach ust...

Nareszcie ucisza się.

Wychodzi do garderoby. Po drodze spotyka dyrektora, który wyciąga do niej obie ręce.

— Pani, pani, jak pani cudnie grała! Angażuję panią natychmiast. Musi mi pani co dzień grać. Druga Modrzejewska — powiadam, druga Modrzejewska!

Kilku krytyków chce się jej przedstawić. Rozmawia kilka słów z nimi, uśmiecha się na powinszowania, pochwały zapalne...

Wreszcie znajduje się w garderobie.

Prędko, gorączkowo się rozbiera.

Nagle ogarnia ją straszne zmęczenie. Siada na chwilę na kanapie i zakrywa twarz ręką. Przeżywa jeszcze raz dzisiejszy wieczór. Czuje się jeszcze raz Leną, wszystkie nerwy w niej drgają, krew wzburzona szybciej obiega, słyszy jakiś dziwny szum w uszach, a nagle wyraźnie: „druga Modrzejewska, druga Modrzejewska” i oklaski frenetyczne36. Od razu jej się cudnie lekko robi na duszy. Staje i zaczyna lekkim krokiem przechadzać się po pokoju.

Otwarta teraz przed nią droga do szczęścia i sławy, do pewnego artystycznego zadowolenia. Tak, tak, teraz będzie grała jeszcze kilka razy Lenę, potem dadzą jej Norę37, Magdę, Heddę Gabler38...

Z radosnym, głośnym śmiechem zarzuca ręce za głowę i rozkosznie przeciąga się na samą myśl o studiowaniu tych ról.

O! Teraz będzie mogła grać ciągle, ciągle, co dzień, jak dyrektor powiedział...

Nagle opuszcza ręce i staje.

— A dziecko, a Halina?!

I znów ją ogarnia niepokój macierzyński. Co Halinka robiła przez cały długi wieczór? Czy jej czasem nie gorzej? I w gorączkowym pośpiechu zaczyna się ubierać.

Już stoi przed lustrem, by włożyć kapelusz, ale nagle opada jej ręka i tępym wzrokiem patrzy przed siebie.

Jakaś straszna niechęć wrócenia do tego smutnego domu ogarnęła ją.

I znów siada na kanapie i, przytuliwszy się do poręczy, zakrywa twarz ręką.

Jeszcze trochę, jeszcze chwil kilka myśleć tylko o sobie, o swej przyszłości, zapominając o wszystkim smutnym!

Jak ona się teraz rozwinie, pokaże im wszystkim, co ona może! Oho! Zobaczą oni!

Taki wielki przypływ sił czuje w sobie. Jak ona teraz pracować będzie, studiować, grać!

Nagle się zrywa.

Ujrzała, jakby w halucynacji, twarz dziecka swego pełną niewysłowionego żalu i smutku...

Prędko się ubiera i wychodzi na ulicę.

Czeka na nią jeszcze garstka entuzjastycznej młodzieży, przyjmująca ją okrzykami.

Kłania się na prawo i na lewo, uśmiecha się jeszcze raz i, aby się od nich uwolnić, siada czym prędzej w dorożkę przejeżdżającą i wraca do domu.

Podjeżdżając, wychyla głowę z dorożki i niespokojnym wzrokiem szuka swoich okien.

Wszędzie ciemno, pewnie Halinka już śpi.

Wchodzi cicho na schody, ostrożnie wkłada klucz w zamek i na palcach wsuwa się do mieszkania.

Cicho — nikt się nie rusza. Zdaje jej się, jak gdyby martwa cisza panowała wszędzie.

Ostrożnie podchodzi do sypialnego pokoju i zapala małą nocną lampeczkę, aby dziecka nie obudzić.

Podchodzi do kanapy, na której sypia dziewczynka.

Halinka leży nierozebrana i szeroko rozwartymi oczyma wpatruje się w matkę.

Oczy te mają dziwnie szklany, osłupiały wyraz.

Jakiś zimny dreszcz ją przejmuje.

— Halinko, nie śpisz? Czemu nic nie mówisz?

Ona ciągle cicho patrzy na matkę i nic nie odpowiada.

— Halinko, czemu nic nie mówisz? — mówi teraz matka i dalej, chcąc pokonać swój strach. — Przecież muszę tobie opowiedzieć, jak było. Powiadam ci, cudnie!

Dyrektor nazwał mnie drugą Modrzejewską, jutro przyśle kontrakt do podpisania...

— Halinko, zobaczysz, jak teraz cudnie pójdzie! Ale co tobie jest dziecko, czy ty słuchasz?

— Tak — odparła dziewczynka suchym, sennym tonem.

I wtedy dopiero matka spostrzegła, że była ona bardziej blada niż zwykle i oczy miała głębiej podkrążone.

— Co tobie jest, złotko moje, czy znów boli? Dam ci kropli, biedactwo moje. — I zaniepokojona nachyliła się nad czołem dziewczynki.

A ta szeroko otwartymi oczami spojrzała na matkę i lekko ją odsunęła.

— Nic mi nie jest, niczego mi nie potrzeba.

Matka podeszła do stołu, wzięła stojące na nim uspokajające krople i dała je dziewczynce.

Spostrzegła, że butelka była prawie pusta. Halinka musiała podczas nieobecności matki dużo wypotrzebować39.

Milcząc poszły obie spać.

Chciała ucałować i popieścić swe dziecko, ale ono chłodno przyjmowało jej pieszczoty. Była bardzo zaniepokojona tym dziwnym milczeniem; siedziała długo i patrzyła na dziewczynkę. Przeczuwała, że podczas jej nieobecności dziecko bardziej cierpieć musiało.

Westchnęła głęboko, pocałowała dziecko w czoło i odeszła.

Gdy już leżała w łóżku, w ciemnym pokoju, zaczęła smutno rozmyślać o Halinie, o tym, co doktor dzisiaj powiedział: „jeszcze jeden taki atak, a ja za nic nie ręczę”.

Zimny pot oblał jej czoło.

Podniosła się nagle na wpół na łóżku — nie, nie, to być nie może, nie, nie wierzyła. To niemożliwe, niemożliwe! I chciała znów myśleć o dzisiejszym wieczorze triumfu.

Ale nie mogła. Jakiś głuchy strach dusił ją w gardle i nie dawał jej spokoju; ciągle musiała myśleć o chorym dziecku i słowach doktora: — „jeszcze jeden taki atak, a ja za nic nie ręczę”.

Położyła się i znów starała się zasnąć: „Druga Modrzejewska, druga Modrzejewska”, słyszała jakiś oddalony głos — „za nic nie ręczę, za nic nie ręczę”, mówił głos jakiś zupełnie blisko jej ucha.

I nagle uczuła żal do swego dziecka, że zepsuło jej radość pierwszego triumfu... Wielkie łzy napełniły jej oczy.

Jutro będzie znów grała i odbierała oklaski — „ja za nic nie ręczę, za nic nie ręczę” — powtarzał głos.

Nie chciała słuchać. Będzie grywała co dzień, co dzień, musi, chce.

„Ja za nic nie ręczę”— ciągle powtarzał głos.

Nagle zerwała się i usiadła na łóżku.

„Jak to tak można mamie przeszkadzać” — usłyszała zupełnie wyraźnie chrapliwy głos dyrektora. — „Jakaś ty wstrętna, jakaś wstrętna” — powiedziała do siebie cicho — „nie, właśnie, że nie” — i nagle cichy, cichy głosik — „a gdybym ja tak umarła, czyby mama bardzo płakała? ”

Zimny pot oblał ją całą, rzuciła się na poduszkę z szeroko rozwartymi oczyma i zaczęła się trząść.

— Co ja pomyślałam, co ja pomyślałam?!

„A jednak, gdyby nie żyła, nie mogłaby przeszkadzać” — mówił jakiś głuchy głos — nie, nie, nie — zatykała sobie uszy, jak gdyby te głosy przychodziły z zewnątrz, i całą twarz ukryła w poduszkę, żeby się zagłuszyć — nie nie, nie — i ciężko zaczęła jęczeć: — o-o-o!

— Mamusiu, mamusia nie śpi? — usłyszała głos cichy i miękki dziecka, zerwała się natychmiast i pobiegła do niego.

— Ty moje jedyne kochanie, ty moje! — Jęła płakać, szlochać rozpacznie, obejmując dziecko i tuląc je do siebie, przez długi, długi czas...

Na drugi dzień wstała dość późno, czuła się złamana i strasznie zgnębiona.

W nocy, gdy odeszła od Halinki, długo jeszcze rozpaczliwie płakała, tłumiąc łzy w poduszkach.

A jednak dziś znowu Leną była na afiszu i miała, i musiała grać.

Przez cały dzień siedziała przy Halince i pielęgnowała ją.

Dziecko było dzisiaj bardzo niespokojne i osłabione.

Nadszedł wieczór.

Stanęła przed lustrem, nakładała kapelusz.

— Mamusiu, mamusia znów idzie? — Dziewczynka westchnęła głęboko.

Podeszła do Halinki i głaskała ją czule po czole.

— Och, żeby się tak mamusia została, mnie tak źle bez mamusi...

— No, złotko, jutro znów cały dzień będę z tobą razem, a teraz będziesz dobra i grzecznie zaśniesz, prawda, kochanie?

— Kiedy ja nie mogę bez mamusi — załzawionym głosem rzekła Halinka.

Matka głaskała ją ciągle po czole, lecz podczas gdy palce pieściły twarz dziecka, słyszała znów ze straszną wyrazistością:

— Jak to tak można mamie przeszkadzać!

Prędko pocałowała dziecko w czoło i wybiegła.

Strasznie ją głowa bolała i straszna rozpacz dusiła.

— Czemu ja o tym myślę, czemu o tym myślę, jak ja mogę coś podobnego myśleć, że ona mi przeszkadza, że byłabym wolniejsza, gdyby... nie, nie, nieprawda!! Czemu ja o tym myślę, przecież ja ją kocham. — I machinalnie stanęła i jęła się przypatrywać rzeczom w oknie wystawionym. — Przecież ja ją kocham, przecież ja ją tak szalenie kocham! Ty dziecko, ty moje jedyne, kochane! — Nagle uczuła wielki przypływ czułości. — Ty, moje najdroższe, ty, moje jedyne kochanie — mówiła półszeptem i łzy wstąpiły jej do oczu.

Uczuła nagle wielką tęsknotę za dzieckiem, chciała mieć je przy sobie i gorzkimi łzami swymi przeprosić za straszny grzech, który w myślach swoich przeciwko niemu spełniła.

— A patrz, patrz, to Lena wczorajsza — usłyszała nagle głosy jakieś blisko siebie.

Mimo woli obróciła się.

— Widzisz, widzisz, stanowczo ona. — Już przeszedłszy, kilka jeszcze razy oglądali się.

Machinalnie skierowała kroki w stronę teatru.

Gdy po przedstawieniu, na którym była przyjęta z jeszcze większym entuzjazmem, wróciła do domu, Halinka jeszcze nie spała.

Usiadła przy dziecku i jęła rozmawiać z nim, ale Halinka była bardzo zmęczona.

Dzisiaj już w jej zachowaniu nie było tej bolesnej goryczy, ale była wypisana na jej czole jakaś rezygnacja głęboka, która dziwnie postarzała tę dziecinną twarzyczkę.

— Mamusiu, ja zasnę teraz, jestem taka zmęczona! — I z głębokim westchnieniem odwróciła się do ściany.

A ona długo jeszcze siedziała i patrzyła na bladą twarzyczkę dziewczynki... Straszny jakiś ból chwycił ją za serce, uczuła nagle wyraźnie, że już niedługo będzie oglądała tę słodką twarz, że już niedługo będzie obejmowała te szczupłe rączki...

— Halinko! — zawołała, nachyliwszy się nad dzieckiem. — Halinko, ty dziecko ty moje! — Łzy grały w jej głosie, wzięła przezroczyste rączki dziecka i pokrywała je pocałunkami.

Dziewczynka zwróciła się cała do niej i utkwiła w nią szeroko otwarte oczy.

W tych oczach ze straszną wyrazistością czytała pytanie groźne, pełne zwątpienia:

„A gdybym ja umarła, czyby mamusia bardzo płakała?”

Nie mogła znieść tego wzroku.

Nachyliła się nad dziewczynką, ukryła twarz na jej piersi. Ta zaczęła ją głaskać po włosach i bezbrzeżnie smutny uśmiech wystąpił na jej twarz.

— Tak, tak, mamusiu moja — powtarzała kilkakrotnie monotonnym, strasznie smutnym głosem — tak, tak...

Na drugi dzień stało się...

Siedziała w sali i przeglądała nową rolę, którą jej dzisiaj wręczył dyrektor: była to Nora.

Znała ją od dawna i już kiedyś na prowincji marzyła o odtworzeniu tej wielkiej postaci kobiecej, a teraz miała ją przed sobą, miała ją przeżyć, odtworzyć.

Doszła akurat do aktu trzeciego, przełomowego, sceny z Robertem.

Widziała siebie w tej scenie, słuchającą z szeroko otwartymi oczyma, jak gdyby patrzyła w jakąś przepaść bezdenną, strasznych słów Roberta.

Nagle — „Mamo, mamo! O, o, o!” — usłyszała głos pełen strasznego bólu, potem głuchy łoskot jakby czegoś ciężkiego padającego na ziemię. Potem cisza zupełna.

Zerwała się i drżąca cała, oblana zimnym potem, podeszła do drzwi.

Nagle stanęła — nie miała odwagi wejść, strasznie się bała czegoś okropnego.

Coś dusić ją zaczęło, chwyciła się za krzesło, żeby nie upaść i kurczowo wpijała się jej ręka w miękką poręcz... Wreszcie oprzytomniała, ręka powoli opuściła krzesło i automatycznie, z szeroko otwartymi oczami, zacisnąwszy ręce w pięść, posunęła się w stronę dziecka.

Na podłodze leżała Halinka bez życia.

— Halo40 — rzekła głosem drżącym, nie śmiąc zbliżyć się — Halo!...

Żadnej odpowiedzi.

— Halo! — powtórzyła nieswoim głosem, dusząc się ze strachu.

Ciągle cicho...

Podeszła o krok bliżej.

— Odpowiadaj, Halinko! — rzekła głuchym głosem.

Dziecko ciągle leżało nieruchomie41.

Ona stoi i patrzy, i nie wie, co robić; chwyciła się za krzesło i stoi nieruchoma.

Nagle opuszcza poręcz i rzuca się gwałtownym ruchem na ciało dziecka.

— Halino — krzyczy strasznym głosem. — Halino!

Drżąca cała przykłada ucho do serca... Nagle podnosi głowę i ciężko znów opada.

Serce dziecka bije słabo, słabo, ale bije...

Przez chwilę leży tak nieruchoma, tak strasznie wyczerpały ją ostatnie chwile...

Potem nagle się zrywa i zaczyna dziecko cucić wszelkimi sposobami.

Powoli, powoli, wraca ono do życia...

Doktora, po którego natychmiast posłano, nie zastano w domu; przyszedł dopiero wieczorem, auskultował42 dziecko i zrobił bardzo poważną minę.

Ona stała przy nim i badawczym, niespokojnym wzrokiem śledziła każdy ruch jego, każde zmarszczenie brwi. Zdawało jej się, że to badanie trwa wieki całe.

Nareszcie skończył i zmierzał ku wyjściu.

Poszła za nim.

Cicho, ale wyraźnie, strasznie wyraźnie, wyrzekł: „Dziecko ma się bardzo źle, bardzo źle”.

Spojrzała na niego bezbrzeżnie niespokojnie.

— Muszę pani prawdę powiedzieć, nadzieja jest bardzo, bardzo mała.

— Doktorze — przerwała mu, chwytając go za ręce; głos jej się załamał.

— Powtarzam, że prawie nie ma nadziei: jest to bardzo rozwinięta wada serca.

— Ależ panie, to być nie może, przecież muszą być jakieś środki lecznicze, musi być ratunek na to. — I patrzyła na niego błagającym wzrokiem.

— Jedynym, co przedstawia jeszcze małą nadzieję, byłby wyjazd do Nauheim43 — rzekł doktor wolno. — Tak, to mogłoby może pomóc, choćby na lat kilka.

Chwytając się tej nadziei, powtórzyła drżącym z radości głosem:

— Do Nauheim, pan mówi, że to pomoże, to jedziemy, naturalnie, jedziemy!

Na drugi dzień z rana była u dyrektora.

Krótko i stanowczo powiedziała mu, że chodzi tu o życie dziecka i że musi wyjechać.

Dyrektor z początku irytował się w straszny sposób: wymyślał jej od przeczulonych nerwów, dziecinnych kaprysów itd., ale wreszcie widząc, że wobec stanowczego postanowienia nic zrobić nie może, musiał ją zwolnić.

— Ale ja pani powiadam, że to wina tylko kaprysu, jeżeli pani się nie wybije... Ja pani dobrze życzę i pani nie chce.

— Ależ panie dyrektorze!

— No, już dobrze, dobrze! — Odwrócił się obrażony i zaczął palcami bębnić po stole. — Mówię pani, że grzechem jest to, co pani robi, ale dosyć! Sama sobie pani szkodzi.

Odeszła z małym wynagrodzeniem za dwa wieczory występu.

Po dwóch dniach opuściły L.

Droga do dworca przechodziła obok teatru.

Przez dwa dni prawie nie pomyślała o nim, będąc ciągle zajęta troską o coraz słabsze i wyczerpane dziecko.

Teraz przejeżdża koło gmachu teatru i nagle zdaje jej się, że musi wyskoczyć, zostawić wszystko i wtargnąć do tego domu, który stał się dla niej najdroższym, w duszy ręce wyciąga do niego i całuje ściany oczami.

Przejeżdża koło miejsca, gdzie afisze rozwieszają — patrzy: Lena.

A tam, gdzie jej nazwisko było, znajduje się teraz inne, obce...

Uczuła nagle straszną nienawiść do tej obcej kobiety, która jej miejsce zajęła i straszny, straszny ból.

Minęły już gmach teatralny, z głębokim westchnieniem wsunęła się w głąb dorożki.

Spotkała wzrok Haliny... Wtedy dziecko zamknęło oczy i przez boleśnie skrzywione usta wyrzekło niedosłyszalnie: „Już niedługo!”.

Na kolei, gdy pociąg ruszył, uczuła znów nagłą chęć wyskoczenia, wyciągnęła ręce do tego miasta, co miało ją obdarzyć szczęściem, a które teraz opuścić musiała.

Gorące łzy cisnęły jej się do oczu, odwróciła się i weszła w głąb przedziału, żeby się nie rozpłakać.

Na widok dziecka uczuła jakiś dziwny cień zmęczenia i nienawiści prawie, i jakiś głos głucho się odzywał: „Jak to tak można mamie przeszkadzać?”.

— Mamusiu, boli! — rzekła cicho dziecina.

Pobiegła do niej i jęła ją pieścić i całować, czuła wstręt do samej siebie za niegodziwe myśli.

Przez całą drogę czyniła sobie straszne wyrzuty, czuła jakiś niesmak do siebie i smutek wielki, a zarazem niechęć do życia; sama wydawała się sobie wstrętna i nadawała sobie najgorsze nazwy, nienawidziła się wprost.

Dla Halinki była idealnie dobra i cierpliwa.

Przebyły kilka spokojnych i słodkich tygodni w Nauheim.

Oddała się cała pielęgnowaniu i kuracji dziecka i myśli tamte coraz rzadziej ją męczyły.

Halinka się widocznie poprawiła, czuła się lepiej i była weselsza — ataki ani razu się nie powtórzyły.

Doktor zrobił nadzieję, że może żyć jeszcze długie lata. Cieszyła się całą pełnią macierzyńskiej miłości z tego polepszenia i miłość jej dla dziecka swego stała się jeszcze tkliwsza, pełniejsza.

Pierwszego poobiedzia, gdy wyszły na spacer, wstąpiły do kurhauzu44. Halinka przypatrywała się grającym dzieciom, matka czytała kurier.

Jak dawniej, szukała przede wszystkim rubryki z teatru.

Była dziś krytyka o Norze wystawionej w ostatnich czasach.

Zaczęła czytać z wielkim zajęciem i, w miarę wczytywania się w szczegóły ról, rosła w niej jakaś gorączka, która wzmagała cię coraz bardziej. Przeżywała teraz w duszy wszystkie te sceny, w których miała brać udział, w których miała żyć. Straszna tęsknota za teatrem ją ogarnęła. W namiętnym pragnieniu wyciągała w myśli ręce do niego...

„Żałujemy tylko — kończył krytyk — że nasza znakomita artystka NN (czytała swoje nazwisko) wskutek choroby swej córeczki, opuszczając nas, nie mogła odtworzyć tej roli. Wtedy dopiero l...ska publiczność byłaby poznała i zrozumiała całą głębię tego genialnego utworu”.

Opuściła kurier.

Wzrok jej spotkał się ze wzrokiem Halinki.

— Czy mamusia co ciekawego znalazła, że mamusia z takim zajęciem czytała? — spytała Halinka.

— Nie, nie, nie — odrzekła, gorączkowo wstając — chodźmy, chodźmy...

— Mamusiu, niedobrze mi — rzekła dziewczynka w domu, opadając na kanapę.

Nie zaraz odpowiedziała.

Myślała o Norze i o słowach krytyka: „gdyby pani NN była odtworzyła rolę Nory, publiczność byłaby zrozumiała całą głębię genialnego utworu”.

I nagle usłyszała wyraźnie, zupełnie wyraźnie, głos dyrektora żegnającego się z nią: „to grzech, co pani robi, powiadam pani — grzech!”.

Tak, to grzech, to grzech, powtarzała sobie, ja mam prawo rozwijać się, ja powinnam rozwijać się swobodnie, a to grzech, to grzech...

Zupełnie zapomniała o skardze córki.

A kto temu winien, że nie jesteś wolna? — pytało się coś w niej.

Dziecko! — odpowiedział jakiś głuchy głos.

— Mamo, mamo, boli! — powtórzyła w tej chwili dzieweczka.

Otrząsnęła się i podeszła do niej...

Przez całą noc męczyły ją znów stare rozmyślania, stara walka, stare wyrzuty...

Na drugi dzień wstała w strasznej apatii.

Już nie była nawet w stanie gryźć się starymi myślami.

Wielka martwota ogarnęła ją całą.

Halinka miała się znów gorzej.

Pielęgnowała ją z całym ogromem macierzyńskiej miłości, z całą niezmierną tkliwością, chcąc choć w części powetować swą winę.

Ale dziecko do zdrowia nie wracało.

Doktor odchodził z coraz poważniejszą miną.

Kiedyś dłużej niż zwykle auskultował dziecko, potem smutnie pokiwał głową.

Odprowadziła go do przedpokoju.

— Panie — rzekła drżącym głosem — co pan myśli o Halince?

— Nie mogę przed panią ukrywać — rzekł ze smutnym spojrzeniem — życie dziecka musimy liczyć na tygodnie, jeżeli nie na dni.

— Ależ panie! — krzyknęła. — Przecież pan sam mówił jeszcze dwa dni temu, że może żyć długie lata.

Wzruszył ramionami.

— Omyliłem się, pani. Zresztą w tych chorobach nic pewnego powiedzieć nie można, ale według wszelkiego prawdopodobieństwa...

Pożegnał się i wyszedł.

Cała drżąca wróciła do Halinki.

Jęła ją głaskać po twarzy, pieścić, całować namiętnie, rozpacznie...

Przez kilka dni stan zdrowia Halinki się nie zmienił.

Nagle nastąpiło jak gdyby polepszenie.

Mogła wstać i chodzić, była weselsza, zdawało się, że życie wraca.

I doktor był zadowolony.

Przeszło znów kilka cudnych, spokojnych dni. Nadzieja wracała.

Pewnego dnia otrzymała list od dyrektora z zapytaniem, czy nie wraca, bo czekają na nią z niecierpliwością.

Ucieszyła się bardzo i chciała podzielić się z Halinką tą wiadomością.

Ale coś ją wstrzymywało.

Miała wyraźne przeczucie, że wspomnienie o długich, tęsknych wieczorach, które znów sama będzie musiała spędzać, zasmuci i zaniepokoi dziewczynkę.

Pamiętała zbyt bardzo dobrze45 scenę ostatnich dwóch teatralnych wieczorów.

Nic więc nie powiedziała.

Gdy nastał czas, że trzeba było dać lekarstwo dziecku, zbliżyła się do Halinki i podała jej krople.

Cieszyła się z całej duszy z lepszego wyglądu dziecka.

Ale nagle w jakimś ukrytym kąciku jej duszy coś tajemniczo szepnęło: „a gdyby się nie poprawiła46, to nie żyjąc, nie przeszkadzałaby ci występować”.

Ohydna myśl ta wywołała napad bezgranicznej rozpaczy.

Pobiegła do lasu i rzuciła się na ziemię.

Wpiła twarz głęboko w miękki mech i długo leżała tak bez ruchu.

Czuła taką straszną rozpacz i zarazem taki wstręt do tej cząstki swego „ja”, które jej szeptało tamte słowa, że miała tylko jedno życzenie namiętne — uciec, uciec przed samą sobą, aby już nic nie widzieć, już nie żyć.

Wreszcie uspokoiła się nieco.

Wolnym krokiem wróciła do domu.

Jakiś promień nadziei przebłysnął znów w jej duszy.

W domu znalazła list do siebie.

Przeczytała go na dole, nie wchodząc do swego mieszkania.

Przyniósł jej nowinę, że jej młodszy brat, niebezpiecznie chory, wyzdrowiał i był w drodze do Nauheim, aby ją odwiedzić.

Pobiegła prędko na górę, aby powiedzieć o tym Halince.

— Halinko! — wołała już w przedpokoju. — Zgadnij, jaką ci nowinę przynoszę?

Cisza...

— No, Halo, czy ty śpisz? Cóż, śpioszku mój — woła, śmiejąc się na progu pokoju.

I wchodzi dalej.

Cicho i ciemno.

Stoi przez chwilę nieruchoma.

— Halino! — woła głośniej. — Halino! — woła jeszcze raz.

Nie ma odpowiedzi.

Coś dziwnie zimnego zaczyna ją powoli przenikać.

Dusi ją coś tak strasznego, że sprawy sobie zdać nie może, czego się właściwie boi.

— Halino — mówi jeszcze raz głuchym głosem, podchodząc do kanapy.

— Halko — powtarza drżąca...

Ciągle cicho...

Na kanapie leży nieruchoma postać dziewczynki.

Nachyla się ku niej.

— Halino — mówi błagającym głosem. — Halinko, odpowiedz!

Dziecko leży z oczyma zamkniętymi.

Nagle zaczyna ją trząść za ramiona.

— Halino! — krzyczy głośno.

Z głuchym jękiem opada na ziemię — dotknęła się ręki zimnej jak lód...

Ale w tej chwili znów się zrywa.

— Nie, to nieprawda — szepcze i porusza dziecko — czemu ty nic nie mówisz, Halo! Halo!

Potem drżąca przykłada ucho do serca.

— Co to jest? — Nic nie słyszę! Nie, nie, to tylko tak się zdaje.

Rozdziera ubranie na dziecku i znów przykłada ucho.

Cisza zupełna.

Ze strasznym krzykiem upada na ziemię.

Dotknęła się zimnego, trupiego ciała...

Po kilku chwilach znów wstaje, podchodzi do dziecka.

— Halo, prawda, ty się obudzisz — Halinko moja, prawda?

— Przecież ty sama widzisz, że to niemożliwe, ty musisz żyć!

Straszny płacz ją porywa.

— Halko! — krzyczy i rzuca się na ciało dziewczynki.

Potem nagle odrywa się od niej.

I obłąkane oczy utkwiwszy w jakąś tajemniczą dal — „to ja ją zabiłam, to ja ją zabiłam, ja myślałam, że mi przeszkadza!”.

Nieludzki krzyk cierpienia wyrywa się z jej piersi.

Głowę przykłada do ciała dziecka i długo tak leży.

Nagle się znów zrywa.

— Słyszysz, ty musisz żyć — krzyczy — boś ty moje jedyne, ty musisz, to nie może być, nie może być! — powtarza machinalnie.

I teraz twarz jej przybrała jakiś nienawistny wyraz, cała jej postawa wyraża jedną wielką grozę.

A błędne oczy patrzą się gdzieś daleko, jakby na jakiegoś strasznego wroga.

— Toś ty mi zrobił — krzyczy, nagłym ruchem wyciągając pięść — ty, tyś mi dziecko ukradł, jedyne, ty, ty, przeklęty!

Potem, jak gdyby nagle zrozumiała cały tragizm chwili, z jednym przeciągłym krzykiem upada na ciało dziecka, przykrywając je całe.

Po chwili się odsuwa.

Jakiś dziwny dreszcz strachu przed tym trupem ją ogarnia. Wstaje i chwiejnym, nieśmiałym krokiem chce odejść trochę dalej, ale nogi jej się załamują, widzi jakąś czarną przestrzeń przed oczami migocącą, jakiś szum coraz głośniejszy, coraz bliższy w uszach — chwyta się krzesła stojącego w pobliżu, ale nie ma siły utrzymać się...

Z głuchym jękiem opada na ziemię złamana.