Aby żyć
Zimno i ciemno.
Pojedyncze latarnie, rzadko rozstawione, rzucają niepewne światło na brudne ulice małego galicyjskiego miasteczka. Dziwnie niepewnie drgają te światła, oświetlając mury starych, śpiących domów.
Cisza panuje martwa na ulicach. Tylko gdzieś z dala dolatują jakieś oddźwięki, ginące znów w ciszy. Ziemia pokryta mokrym, klejącym się błotem po dżdżystym, zimnym dniu. Sklepy wszystkie od dawna pozamykane i dziwnie ponuro swymi spuszczonymi okiennicami patrzą się w cichą noc.
Miasteczko śpi.
Po ciemnej ulicy idzie jakiś człowiek w grubej, niebieskiej bluzie. Stary kapelusz nasunął głęboko na czoło i idzie ciężkim krokiem. Głucho huczy w nocnej ciszy odgłos jego drewnianej podeszwy.
Spuścił głowę, włożył ręce do kieszeni i idzie wlokącym się krokiem.
Od czasu do czasu podnosi głowę i rozgląda się wkoło.
Nagle stanął i ciężko westchnął. Skłonił smutnie głowę i znów kroczy dalej.
Znów staje. Zda mu się, że go ktoś śledzi.
Złym wzrokiem ogląda się, ale i tamte kroki ustały i panuje cisza. Puszcza się znów w drogę. I znów słyszy ciężki stukający odgłos swych butów.
Teraz zwalnia kroku. Zbliża się do dzielnicy leżącej już właściwie poza miastem — dzielnicy najbiedniejszej.
Tu bruku już nie ma.
Błoto sięga mu aż do kostek i pokrywa mu buty grubą, brązową warstwą. Idzie wolno, sunąc nogi w ciemnej, zimnej, rozmiękłej masie.
Nareszcie staje.
Znajduje się przed małym, nędznym domkiem, z krzywym, słomianym dachem. Stoi przez chwilę niezdecydowany, potem ujmuje ręką mokre sztachety zgniłej furtki prowadzącej do dziedzińca.
Gwałtownym ruchem odpycha je i wchodzi.
Przed drzwiami staje znów przez chwilę.
Wzdycha ciężko i ręką w zakłopotaniu wodzi po czole.
Ciężkim krokiem wchodzi.
W korytarzu, prowadzącym do czterech pokoi, zamieszkiwanych przez tyleż rodzin, jest zupełnie ciemno.
— Jago! — woła przytłumionym głosem. — Jago!
Otwierają się drzwi zaraz na lewo i wysuwa się przez nie jakaś ciemna, wąska postać kobieca, chwyta go za rękę i wciąga do pokoju.
Wchodzi, ciężko oddychając.
Opada na jakieś krzesło i ukrywa twarz w rękach.
Ona stoi nieruchoma. Tylko jej niespokojny wzrok ślizga się po jego postaci oświetlonej niepewnym blaskiem księżyca. Nie śmie pytać go.
Tak przechodzi chwil kilka.
Nareszcie odrywa ręce od twarzy i, podnosząc oczy na nią, mówi grubym głosem:
— No, cóż ty stoisz i gapisz się? Idź spać!
A ona zbliża się do niego i klęka przed nim.
— Więc znów nic — mówi głosem głuchym, rozdzierająco smutnym i opiera się głową o jego kolana.
— Przecież widzisz — odpowiada szorstko.
A potem nagle odwraca się od niej i zakrywa oczy ręką. Siedzi tak przez chwilę całym ciałem odwrócony w drugą stronę.
— Ojcze — mówi ona i, podnosząc się na wpół, odciąga jego rękę od twarzy — ojcze...
Jego ręka jest mokra.
— Daj pokój, dziecko — mówi nagle dziwnie miękkim głosem — daj pokój!
Potem nagle zrywa się i wstaje. Zaczyna chodzić po pokoju.
— I u ciebie nic, co, dziewczyno? — Głos jego twardnieje. — Nie znalazłaś żadnej pracy? — I nagle gorzko się uśmiecha. — Tak, tak, sprawiedliwe losy — sprawiedliwe!
Nagle staje przed stołem i uderza weń gwałtownie pięścią.
— Jeśli ja temu człowiekowi karku nie nakręcę, temu złodziejowi — to niech mnie sto piorunów trzaśnie! — krzyczy dzikim głosem i żyły gniewu występują mu na czole.
— Ojcze, ojcze — dziewczyna drży cała w strachu — niech ojciec nie tak głośno... Dzieci śpią. Tak trudno było je uśpić! Tak płakały z głodu!
W kącie pokoju leży pod jakąś dziurawą derką dwoje dzieci skurczonych z głodu, bladych, nędznych.
— A czemuś im jeść nie dała, ty? — krzyczy on teraz nieprzytomnie. — To cóż, kiedy jeść się chce, to trzeba kraść, to trzeba się sprzedawać, słyszysz?
Wziął dziewczynę za ramiona i zaczął nią gwałtownie trząść.
— Przede wszystkim trzeba jeść, słyszysz? A reszta — to wszystko głupstwo; to dobre dla bogatych, nie dla nas, słyszysz? — i trzęsie ją nieprzytomnie.
— Ojcze, ojcze — puść, ja się boję!
Ochłonął nagłe, wypuszcza ją z rąk i opada znów ciężko na krzesło. Oparł się ręką o stół i siedzi tak przez chwilę. Potem znów zwraca się do niej:
— Słuchaj, Jago — mówi dziecinnym, prawie proszącym głosem — słuchaj, Jago, czy ty nic nie masz? Ani kawałeczka chleba, ani kawałeczka?
Ona smutno potrząsa głową.
A on chwycił się za żołądek i boleśnie się skrzywił, kurcząc się na krześle.
— Tak tu boli, tak boli... A może byś ty jednak spróbowała gdzieś dostać jeszcze — mówi nieśmiałym, drżącym głosem.
Ona smutno skinęła głową i podeszła do okna.
— Wszędzie byłam — mówi głuchym, beznadziejnym głosem — wszędzie byłam, nikt już nie pożyczy!
A on znów staje i strasznym głosem krzyczy na nią:
— Słuchaj, przecież dzisiaj rano był jeszcze kawał chleba. Dlaczegoś o mnie nie myślała, dlaczegoś mi go nie zostawiła — mówi groźnym głosem, zbliżając się coraz bardziej do niej.
Ona przycisnęła się do okna i drżąca ze strachu mówi:
— Dzieciom dałam!
Nagle on zmienia głos.
— A ty? — mówi miękko, czule.
— Ja? Nie — ojcze... ja nie jadłam. — I nagle łzy wciskają jej się do oczu, ale zaraz energicznie je wyciera. — Przecież to nie pierwszy raz — dodaje z gorzkim uśmiechem.
On siada znów na krześle, ręce kładzie na stół, a twarz na ręce. Tak siedzi długo, milcząc.
— Jaguś, Jaguś — woła nagle jakiś cienki głos z drugiego kąta pokoju — Jaguś!
Ona podbiega szybko do rozbudzonego dziecka i klęka przy nim.
On z szeroko rozwartymi oczyma przypatruje się grupie swych dzieci. Ona głaszcze po włosach chłopaczka, który rozpaczliwie zaczyna płakać.
— Jaguś jeść — szlocha — jeść, je-eść!
Teraz i dziewczynka się obudziła i przyłącza się do płaczu brata.
A Jaga klęczy między dziećmi i stara się ukryć przed nimi postać ojca.
— No, śpijcie teraz, moje kochane dzieci — mówi uspokajającym głosem. — Śpij, Jaśku, tyś starszy — daj Marysi dobry przykład. Jak ojciec tylko wróci, a chyba zaraz wróci, to ja was obudzę. A przecież wiecie, że ojciec obiecał dzisiaj przynieść nam chleba, a kto wie, może jeszcze czegoś dobrego, kto wie... — i uśmiecha się przez łzy.
— Kiedy ojciec prędko ma wrócić, to już ja wolę poczekać tak — mówi Jaś i podnosi się na wpół.
A teraz nagle wybucha głośnym płaczem.
— Przecież tam ojciec już siedzi, to Jaga skłamała, Jaga niedobra. — I nagle zwracając się do niej twarzyczką pełną prawdziwej nienawiści zaczyna ją bić małymi pięściami — Jaga zła, Jaga kłamie.
Teraz i Marysia spostrzegła ojca i zaczyna płakać jakimś strasznie rozpaczliwym płaczem.
Rzuciła się na ziemię i teraz straszne szlochanie trzęsie jej całą drobną postacią.
Jaga klęczy przy dzieciach i rady sobie dać nie może. Zakłopotane oczy zwraca ku ojcu.
Ten nagle się zerwał.
Stoi przy stole i jakimś półobłąkanym wzrokiem patrzy na grupę swoich dzieci.
— Jago — mówi ochrypłym głosem — Jago, będzie chleb. Zaraz będzie. Zobaczysz — przyniosę.
Jego oczy zapaliły się nagle jakimś tajemniczym ogniem.
— Zaraz będzie — będzie!
Gwałtownym krokiem zbliża się ku drzwiom.
— Ojcze, ojcze! — krzyczy Jaga, rzucając się za nim i łapiąc go za rękaw. — Co ojciec chce zrobić...? — Ale on lekko ją odpycha.
— Puść, dziecko! Nie, nie, dziecko. — Głos jego lekko drży. — Przypomniał mi się ktoś, kto da. Tak, tak — i strasznie wymuszony uśmiech teraz nawet występuje mu na twarzy. — Bądź spokojna, Jaguś, bądź spokojna!
I nagle chwyta ją ręką za twarz i z całą tkliwością ojcowskiej miłości całuje ją raz, dwa razy w czoło... Potem nagle się zrywa i śpiesznym krokiem wychodzi.
Na dworze teraz zupełnie ciemno. Latarnie od dawna pogaszone. Tylko księżyc rzuca niepewne, drżące światło — on teraz idzie jakimś cichym, jakby sennym krokiem, patrzy przed siebie, jak człowiek nieprzytomny.
Od czasu do czasu podnosi głowę i rzuca wkoło sprytne, niespokojne spojrzenie.
W całym miasteczku wszędzie cicho. Już karczma od dawna zamknięta i wszystko wydaje się pogrążone w jakimś głębokim śnie.
Idzie on sam jeden, jak widmo potępione po głuchej nocy.
Od czasu do czasu słyszy jakiś szelest. Ot, teraz głośniejszy.
Z zapartym oddechem staje, trzymając się kurczowo za drzewo. Błędnym wzrokiem ogląda się. Ale nie — to nic. To tylko był szelest kilku spadających liści jesiennych.
Wchodzi teraz w uliczkę ciemną i wąską. Znajduje się w niej tylko jeden jedyny dom i kilka ogrodów.
Teraz staje przy murze i przyciska się do niego.
Zdjął kapelusz i wyciera ręką zimny pot z czoła.
Oczy jego szeroko rozwarte wpijają się w każde okno po kolei.
Teraz zaczyna się ślizgać wzdłuż muru.
W domu tym znajduje się piekarnia.
Stoi teraz przed drzwiami i chytrym wzrokiem zawodowego złodzieja mierzy okiem siłę oporu. Potem wyjmuje z kieszeni swoje narzędzia stolarskie i zbliża jedno z nich ostrożnie do drzewa. Robi to wszystko z całym spokojem i jakby automatycznie. Już cienia wahania nie ma na jego twarzy, tylko jakaś głucha, fatalna energia i ostrożność czuwająca...
Wzdrygnął się. Usłyszał blisko ucha jakiś głośny dźwięk. Mimo woli zamknął w pierwszej chwili oczy z wielkiego strachu, ale natychmiast rozszerzył je tym bardziej i obrzucił dom jednym bystrym spojrzeniem.
Wkoło nie widać nikogo. Wszystko po dawnemu cicho, spokojnie. Wstrzymał się w swej robocie i uważnie zaczął się wsłuchiwać w owe ciągle jeszcze drgające dźwięki. I nagle nawet jakiś blady, nieprzytomny uśmiech przemknął się po jego twarzy.
Poczuł, że to tylko chrapanie starej właścicielki piekarni tak go przestraszyło.
Ciche pękanie drzewa rozlega się teraz w głuchej nocy.
Przestraszony wstrzymuje się.
Jeśli to ktoś usłyszał? I znów ogląda się wkoło.
Nie, nie, to nic, szepce sam do siebie i wyciera rękawem zimny pot strachu, a narzędzie swe wpija coraz bardziej w stare, zgniłe drzewo.
A teraz chwieje się coś. Teraz może wyjąć jedną część, drugą. Naraz stoi przed otworem dość dużym, by mógł przesunąć swe ciało.
Nagle mu ręce opadły. Na chwilę wraca mu pełna świadomość swego czynu. Rozgląda się dokoła, jakby szukając pomocy.
— Ja nie chcę, ja nie chcę, jam47 nie złodziej! — szepce coś w nim.
Zapach świeżego pieczywa roznosi się po powietrzu.
I znów bierze górę gryzący głód.
Nieprzytomny od pożądania, rzuca się, wskakuje gwałtownym ruchem przez otwór i łapie z dziką rozkoszą chleb, bułki, pakując wszystko do kieszeni, w bluzę.
— Co tam? Złodzieje, ratunku! — słyszy nagle głos.
Właścicielka sklepu wybiega ze swej alkowy i chce przecisnąć się koło niego do jedynego wyjścia.
— Ratunku, złodzieje! — krzyczy przestraszona.
Wściekły strach go ogarnia. Chwyta babę za gardło.
— A będziesz milczała, jędzo — szepce jadowicie.
— Ratunku! — woła stara baba duszącym się głosem.
— Milcz! — krzyczy jeszcze bliżej, nachylając się nad nią i mocniej ściska ręką jej gardło.
Ucichła.
Z wolna ją teraz puszcza. Ciężkie ciało starej kobiety opada bez życia na ziemię.
Nagle wściekły strach go ogarnia. Włosy jeżą mu się na głowie i krew jakby zatrzymuje się w obiegu. Oczy wpija w leżącą przed sobą postać bez życia.
— Jezus, Maria, Jezusie święty — szepce blady, zaczynając się żegnać raz po raz.
Tss, tss — coś się rusza nad jego głową. Wyskakuje gwałtownym ruchem przez otwór. Zaczyna pędzić do domu.
Pędzi bez chwili wytchnienia. Zda mu się ciągle, że idzie ktoś za nim, że go ktoś prześladuje. Dusi go coś w gardle. Pędzi ciągle naprzód, naprzód przez spokojnie śpiące miasteczko, a długi jego cień za nim, za nim...
Dopiero przy drzwiach swego domu staje i przytomnieje.
— Czy to prawda — czy to prawda? — pyta się nagle.
Opiera się o sztachety parkanu i w rozpaczy zagrzebuje ręce w swych włosach.
— Czy to prawda?
Czuje taką rozpacz straszną, duszącą, że chciałby rzucić się na ziemię, wpić się w nią, włosy sobie wyrywać...
Nagle odrywa rękę od głowy.
— Może to nieprawda? To musi być nieprawda! Chryste Panie — przecież to niemożliwe.
Nagle zawiało dziwnie aromatycznym zapachem.
Bułki!
Jak dzikie zwierzę rzuca się na jedną z nich i połyka ją od razu. O wszystkim zapomniał.
Jak wściekły wpada do swego mieszkania.
— Jeść dzieci, słyszycie? Jeść! — krzyczy i wyrzuca z kieszeni chleby i bułki...
— Jasiu! Marysiu — trzęsie zaspane dzieci — patrzcie, jest chleb. — I sam, jak wściekły, zaczyna im w usta pakować bułki.
A dzieci krztuszą się, ale śmieją się i płaczą z radości, całują nogi ojca, połykając, pożerając chleb.
— A ty, Jago! Cóż ty stoisz i nie jesz? — zwraca się jakimś nieswoim głosem do dziewczyny.
A ona stoi nieruchoma. Wlepiła swe oczy w ojca i patrzy na niego milcząco, jakimś strasznym, tajemniczym wzrokiem.
— Ojcze, skąd są te bułki? — pyta wreszcie głuchym głosem.
On się teraz pełną twarzą odwrócił do niej i żyły gniewu strasznie wyrastają na jego czole.
— To nie twoja rzecz, Jago, słyszysz? To nie twoja rzecz o to pytać. Jam twój ojciec. Ja tobie daję! To nie twoja rzecz o to pytać, słyszysz?
Zbliża się teraz do niej i groźnie pokazuje pięść.
— Ty tylko masz milczeć i jeść, albo...
Groźnie trzęsie pięścią przed jej oczyma.
A dziewczyna coraz bardziej wpija w niego swoje ciemne oczy, usuwając się w głąb pokoju.
Przez chwilę wydaje się, jak gdyby chciał pójść za nią; podnosi rękę, jakby do uderzenia, ale nagle opuszcza ją i wraca do stołu.
Siada, odwracając się tyłem do Jagi, bierze młodsze dzieci na kolana i wpycha im gwałtem bułki.
— No cóż, Jaśku, smakuje? — pyta dziecko, dziko pożerające. — A ty, Marysia?
— Ojcze, ja mam już dosyć — odpowiada dziewczynka zmęczonym głosem.
— Czego dosyć? Jeść masz, jeść masz — krzyczy dziko i wsuwa jej jeszcze jedną bułkę, jeszcze jedną.
— Kiedy ja mam już dosyć — płacze dziewczynka — ja chcę spać, ja chcę spać.
Teraz i Jaś się najadł i, zamknąwszy oczy, przytulił się do ojca, aby zasnąć.
Z wolna opuszcza on swoje dzieci z kolan i kładzie je w kącie na ziemi.
Potem wolno, wolno, wraca na swoje miejsce.
Kładzie głowę na stole, zamyka oczy i chce zasnąć.
Nagle podskoczył, jakby podrzucony niewidzialną siłą.
„Zabójca, zabójca!” — usłyszał wyraźnie jakiś tajemniczy głos. Wgrzebuje swe palce we włosy.
— Ależ nieprawda, ona musi żyć — musiała odżyć.
„Zabójca, zabójca” — słyszy ciągle w uszach.
Nagle wstaje i błędnym, nieprzytomnym wzrokiem ogląda się wkoło.
Wszystko wydaje mu się tak nieprawdopodobne, wprost niemożliwe.
Jego oczy wyrażają jakieś osłupiałe zdziwienie.
— Jak to? Co ja myślę? Ja? Ja? To przecież nieprawda! Ja, ja złodziej? Ja, ja, zabójca? Przecież to być nie może. To nieprawda.
I nagle widzi znów ze straszną wyrazistością całą scenę w piekarni.
Po raz pierwszy przenika go w całej swej pełni świadomość strasznego czynu.
Straszna rozpacz poczyna nim trząść. Bezradnym wzrokiem ogląda się wkoło.
Opada na ziemię i zaczyna szlochać jak dziecko.
„Przyjdą, zabiorą, zabiją” — ciągnie w nim dalej jakiś głos i — „zabójco, zabójco” — słyszy coraz groźniej!
— Chryste Panie, Chryste Panie, zmiłuj się nade mną! — i zaczyna targać swoje włosy.
A tam, w drugim kącie pokoju, leży jego córka i patrzy się w niego tępym wzrokiem.
Nagłym ruchem wstaje i zbliża się do niego.
— Ojcze — mówi groźnym, a pełnym strasznego wyrzutu głosem — czemuś to zrobił, czemuś to zrobił?
Klęka przed nim i zaczyna go trząść za ramiona.
— Ojcze, czemuś to zrobił — mówi coraz żałośniej — ojcze, ja bym się prędzej była sprzedała, słyszysz? Sprzedała, niż gdybyś ty miał kraść.
Po wypowiedzeniu tego strasznego słowa instynktownie odsunęła się, jakby w obawie uderzenia.
Ale ojciec leży cicho, tylko straszny płacz nim targa.
Nagle z głuchym, głębokim jękiem podnosi się na wpół i, czołgając się na kolanach, zbliża się do niej.
Cały załzawiony całuje raz po raz jej ręce i krzyczy głosem pełnym nieludzkiego cierpienia:
— Przebacz, przebacz!
Potem gwałtownym ruchem odsuwa ją, staje i szybko zbliża się ku wyjściu.
Ona zastępuje mu drogę.
— Dokąd idziesz, ojcze? — woła przestraszonym głosem, chwytając go za rękę.
— Nie, nie, nie, Jago — rozpacznie się uśmiecha — puść, puść!
W jego oczach maluje się takie niezłomne postanowienie, taka fatalna siła rozpaczy, że ona się odsuwa z błędnym spojrzeniem — przepuszcza go...
Na dworze panuje teraz przedświt. Szaro jeszcze i głucho. Cisza... przerywana tylko od czasu do czasu szczebiotem zbudzonego ptactwa.
Ciężkie, wolne swe kroki kieruje ku miasteczku — ku piekarni.
Głucha, beznadziejna rozpacz ogarnęła go całego. A jednak gdzieś tam w głębi duszy żarzy się jeszcze jakaś iskierka nadziei, że może jednak...
Jest tak obezwładniony, tak duchowo podupadły dzisiejszą katastrofą, że się nawet już nie boi, czy go teraz kto zobaczy, czy nie zwróci na siebie czyjejś uwagi.
Idzie naprzód wolno, machinalnie.
Dopiero gdy się zbliża do miejsca zbrodni, mimo woli przyspiesza kroku. Ochwytuje48 go jakaś półświadoma, gorączkowa nadzieja.
— Chryste Panie, Chryste Panie — jęczy i krople zimnego potu występują mu na czoło. — Chryste Panie — szepce — zmiłuj się!
Teraz znajduje się już przy domu. Na chwilę zatrzymuje się. Ale zaraz znów automatycznym krokiem posuwa się naprzód.
Teraz wzdrygnął się: znajduje się przed samym otworem.
Gwałtownie zamyka oczy, żeby nic nie widzieć.
Z całym wytężeniem nadsłuchuje, czy nie usłyszy sennego chrapania baby.
Ale wszystko cicho, strasznie cicho...
Krew zamiera mu w żyłach.
Przez chwilę stoi nieruchomy, nie mogąc zdecydować się wejść.
Wreszcie, wreszcie machinalnie, nieprzytomnym krokiem wchodzi przez otwór do sklepu. Strach rozwiera mu szeroko oczy.
Na podłodze leży stara kobieta — nieruchoma.
A jednak nie chce, nie może jeszcze wierzyć.
Zbliża się do niej i gwałtownie łapie ją za rękę...
Zimna jak lód.
Z głuchym jękiem upada nieprzytomny na martwe ciało...
Gdy po kilku chwilach wreszcie wstaje, jest mu zupełnie jasno49, że to koniec.
Błędnym wzrokiem ogląda się wkoło. Machinalnie jego oczy błądzą po szarych, pustych ścianach, po stołach, po bułkach, które mu dziś w nocy tak rozkosznie pachniały i teraz wydają się patrzeć na niego jakimś głupim wzrokiem.
Z wolna posuwa się naprzód. Przechodzi znów przez otwór i wlecze się ciężkim krokiem przez miasto.
Nie myśli, nie czuje już nic, tylko, że to koniec.
— Znajdą, zabiorą, zabiją — myśli półświadomie.
Jakaś rozpaczna rezygnacja ogarnęła go, i wszystko już dlań50 obojętne.
— Wezmą, zabiją... — powtarza sobie.
Nagle zimny pot oblał go całego: ujrzał przed oczyma szubienicę i kata.
Krew wielką falą uderzyła mu do głowy. Mimo woli nogi jego wykonywają coraz szybsze, coraz szybsze ruchy.
— Zabiłeś — więc zabiją! — stara się wmówić w siebie zupełnie spokojnie.
A jednak coraz szybciej, coraz szybciej biegnie.
A może nie znajdą, może nie będą wiedzieli, że to ja, albo może zdążę uciec, może...
Biegnie, biegnie, coraz prędzej, coraz prędzej.
Wydaje mu się, jakby ta droga ciągnęła się bez końca, jak gdyby ciągle przed nim uciekała, jak gdyby nigdy nie mógł dobiec.
Hen, w polu dopiero, staje cały zadyszany. Siada w rowie i ukrywa twarz w rękach.
— Może nie znajdą, może nie znajdą, może jeszcze będę mógł żyć?
I podnosi się znów i pędzi, pędzi, wiele mu sił starczy.
Nareszcie daleko za miastem zmęczony pada na ziemię. Błędnym wzrokiem wpatruje się w niebo.
Tam na wschodzie zabarwiły się już obłoczki różowymi odcieniami świtu. Błędnie patrzy w dal...
— Tak, może ucieknę, może ucieknę — mówi machinalnie i podnosi się znów, aby iść dalej.
Ale już go nogi nie niosą i osuwa się znów na ziemię.
Leży nieruchomo z zamkniętymi oczyma. Ręce sztywnie51 wyciągnięte.
Śmierć, śmierć — szepczą kłosy nad jego głową.
Śmierć — śmierć — świergocą ptaki.
Nagle podniósł się na wpół, wyprężając całą swoją postać w nieludzkim strachu.
Ujrzał wyraźnie sztywną, wyciągniętą postać starej kobiety z osłupiałymi, martwymi oczyma.
Rozszerza oczy, żeby odpędzić od siebie szklany wzrok, ale ten coraz bardziej wpija się w niego.
— Jezusie Święty — zaczyna jęczeć — Matko Przenajświętsza! — i obejmuje pień drzewa w bezgranicznym strachu.
— Zmiłuj się, zmiłuj się! — tępy jego wzrok kieruje się ku słońcu wchodzącemu.
Nagle krzyknął w głos:
— Jago moja, Jasiu, Marysiu, co to będzie, co to będzie! — i zaczyna bić głową o ziemię.
Nagle krzyknął znów rozdzierającym głosem.
Ujrzał przed sobą oczy, owe martwe, szklane oczy.
Wpijają się w niego, wżerają się coraz głębiej, coraz głębiej, przeszywają jego ciało, jego kości...
Nagle wstaje.
Ogląda się dziwnie osłupiałym wzrokiem wkoło i wyjmuje z całym spokojem gruby sznur ze swej kieszeni. Potem znów z całym spokojem próbuje jego siły.
Wie, że musi skończyć ze sobą, że nie wytrzyma dłużej tamtego wzroku i że go to wyzwoli.
I dziwnie zimny, dziwnie spokojny stał się od chwili tego postanowienia.
Automatycznie wykonywa52 wszystkie czynności.
Wybiera silną gałąź, zawiązuje sznur na niej, robi pętlę...
Teraz wchodzi na drugą gałąź i z wolna, z wolna przesuwa głowę przez pętlę.
Siedzi teraz na drzewie i patrzy głucho w ziemię.
— Więc koniec — myśli — więc koniec...
Oczy jego patrzą błędnie na pole, na drogę, na niebo. Żal duszący ściska go za gardło.
— Więc to wszystko mam opuścić, opuścić — myśli półświadomie...
Nagle krzyczy nieludzkim rykiem.
Jego nogi opuszczają gwałtownym ruchem podtrzymującą je gałąź. Ujrzał tuż, tuż koło swej twarzy bladą trupią twarz, patrzącą strasznym wzrokiem w niego.
W tej chwili tam, na wschodzie, wynurza się wielka, złota kula słońca.
Jego nogi gwałtem szukają podpory, ręce łapią powietrze, oczy łamiące się szukają gdzieś wkoło pomocy.
Jeszcze kilka odruchów, rozpaczliwych, kurczowych wysiłków, coraz mniejszych, coraz słabszych, coraz rzadszych — koniec.