Za wiele

Dzisiaj rok temu, jak ona umarła.

Długi, szary rok. Wraca z cmentarza, cały jej grób zasypał kwiatami: liliami dużymi, białymi, jak ona lubiła.

Wraca z cmentarza z głową spuszczoną, z oczami tępo wlepionymi w błoto pokrywające szosę, po której stąpa.

Idzie ciężkim krokiem, nogi głęboko zanurzają się w rozmiękłą przez częste deszcze ziemię.

Już zapada szara godzina.

Głuchy spokój panuje na ulicy; tu i ówdzie tylko mija go jakiś przechodzień, wracający z cmentarza, niby cień cichy. Idzie wolnym krokiem, ręce włożył do kieszeni ciepłego palta, głowę wsunął między ramiona...

Z drzew kapią powoli ciężkie, smutne krople, zabytki ostatniego dżdżu.

Jedna za drugą, jedna za drugą... Ciągle to samo obijanie się o ziemię z tym głuchym pustym łoskotem — jak dni, przesuwające się w tym roku ostatnim, jeden za drugim, jeden za drugim...

Takie puste, takie długie a tęskne...

Rano wstawał, budząc się po kilku godzinach ciężkiego, żelaznego snu — ubierał się machinalnie i kazał sobie podawać śniadanie.

Był zdolny tak nieraz godzinami siedzieć nad filiżanką kawy — wlepiwszy oczy w ten płyn brązowy.

Albo nieraz brał łyżeczkę do ręki i trzymał ją tak kwadrans, albo i dłużej, zapominając zupełnie o jedzeniu.

Nieostrożny ruch ręki budził go z zamyślenia.

Właściwie to nie było zamyślenie, to był letarg, jakaś melancholia, doprowadzana do granic przytomności.

Potem brał machinalnie jakąś gazetę do ręki.

I znów siadywał nad nią godzinę lub dwie.

Ale ani słowa z tego, co czytał, nie rozumiał.

Wreszcie się podnosił i długim, ciężkim krokiem przechadzał się po pokoju.

Nieraz stawał przy oknie i patrzył na przechodniów.

Nieprzytomny jakiś uśmiech przesuwał się po jego twarzy na widok czegoś śmiesznego.

Ale zaraz zastępował go wyraz głuchej martwoty.

Co dzień odwiedzał jej grób.

Wszyscy biedni na długiej alei prowadzącej do cmentarza znali go już dobrze i wyciągali do niego rękę.

Z początku nie zwracał na nich uwagi, ale pewnego dnia przypadkiem spostrzegł ten cały szereg nędzarzy i odtąd, przechodząc koło nich, machinalnie rzucał im po kilka groszy.

Szedł zawsze wolnym, sennym krokiem, zatrzymywał się przy tej samej kobiecie z kwiatami i kupował zawsze też same kwiaty — duże, białe lilie.

Na cmentarzu zawsze tym samym wolnym zmęczonym krokiem zbliżał się do jej grobu.

Nie było na nim ani pomnika, ani tablicy nawet; nieprzyjemną była mu myśl, żeby ktokolwiek obcy czytał jej imię, jej święte imię — i zdawało mu się jakoby ta tablica z jej imieniem była profanacją. — Nie miała ona dla niego nazwiska, nie miała wieku; była ona dlań nie kochaną zmarłą jednostką, ale wcieleniem szczęścia, słońcem życia — wszystkim.

Z chwilą jej śmierci — wszystko utracił.

W pierwszych czasach po jej zgonie klękał na ziemi, przyciskał głowę do jej grobu i pozostawał tak długo bez myśli, tylko z jednym uczuciem bezbrzeżnego bólu.

Potem się nieco odsuwał i rozpamiętywał ich wspólne życie — wszystkie chwile szczęścia przeżywał po tysiąc razy, powtarzał sobie wszystkie jej słodkie słowa.

Zdarzało się, że nagłym ruchem zarzucał ręce na grób i wybuchał długim, rozpacznym płaczem.

Zdarzało się, że krzyczał głośno: „to nie może być, to nie może być, nie wytrzymam, nie wytrzymam!”.

Ale to tylko w pierwszych czasach.

Potem się dziwnie uspokoił: jakaś głucha martwota zapanowała na jego twarzy i tylko rzadko przesuwał się po niej wyraz rozpaczy.

Po dwóch, trzech godzinach wstawał i wracał do swego cichego, martwego mieszkania.

Rozmyślał nieraz, że gdyby mu była zostawiła53 dziecko, miałby choć coś, w czym by cząstka jej istoty się przechowała, odżyła, coś, na co mógłby całą siłę swej miłości przenieść, coś, co by go pieściło łapkami, przypominającymi jej ręce, oczami, w których by się jej dusza odbijała.

A tak był sam, sam z tą głuchą beznadziejnością.

Co dzień, o tej samej porze, odbywał przechadzkę po wszystkich pokojach swego mieszkania.

Co dzień wchodził do sanktuarium, jak on jej pokój nazywał, podchodził do wszystkich jej mebli i całował je ostrożnie, delikatnie, jakby się bał je zepsuć... Potem się zbliżał do wieszaka, na którym wisiały jej suknie, jakie miała na sobie w przeddzień śmierci.

Stawał i zanurzał swą zmęczoną twarz w te materiały, w których jej ciało oddychało, drżało, żyło.

Całował po tysiąc razy te rękawy, które przykrywały jej białe, cudne ramiona, z których wyrastały ręce, niby lilie na wiotkiej łodydze.

Przyciskał do ust swych tę wstążkę, która opasywała jej gibką postać, niby powój brzozę.

I stał tak kwadranse całe, godziny...

Wreszcie zmęczony, machinalnie opuszczał jej pokój i wracał do swego gabinetu.

Kazał sobie ustawić drugie biurko, nie chcąc ruszać tego, które ona mu ostatni raz sprzątnęła.

Właściwie od chwili jej śmierci nic nie robił.

Nieraz brał pióro do ręki i chciał pisać.

Ale siedział godzinami całymi nachylony, wpatrzony w biały arkusz papieru, a pióro było bezczynne.

Albo pokrywał cały arkusz jakimiś hieroglifami nieczytelnymi.

Gdy szara godzina nadchodziła, siadywał na kanapie i krył twarz w dłonie, wsłuchany w głuchą ciszę pokoju — od czasu do czasu tylko dolatywał do niego jakiś przytłumiony dźwięk z oddalonej kuchni, a wkoło niego była cisza, martwa cisza.

I wtedy zdawało mu się, że przysuwa się coś cichym, lekkim, bezcielesnym krokiem i kładzie mu rękę na głowie, miękką, kochaną rękę.

I czuł jakiś lekki oddech przy sobie, ciepły, znany...

Gdy oczy otwierał, była wkoło niego głucha, szara, martwa, zimna pustka.

Tylko raz zdawało mu się, gdy siedział, jakby przez drzwi przesunął się lekki, biały cień ze świecą w ręku.

Ale to tylko raz jeden.

Co dzień przychodziła doń matka: siadała przy nim i przytulała do siebie jego głowę — jak dziecka małego...

Pozwalał na wszystko z wielką, głuchą obojętnością — machinalnie tylko brał jej rękę i całował ją.

Tylko raz opanował go straszny gniew — wtedy, gdy matka zaczęła go namawiać, by zmienił mieszkanie pełne wspomnień o niej i wziął się do pracy, do życia.

— Przecież ty nie żyjesz, zlituj się! Patrzeć na to nie mogę, ty się zabijasz! — mówiła biedna, zakłopotana kobieta.

Ale on się opierał.

Im bardziej go namawiała, tym uporczywiej obstawał przy swoim.

Wreszcie wybuchnął gniewnie: wszystko mu zabrać chcieli, nie dość, że śmierć mu ją zabrała, nie, nawet wspomnienia zatrzeć chcą, nawet pamiątki zabrać!

Od tego czasu matka milczała.

Niekiedy wstępował który z przyjaciół dawniejszych dni i starał się go rozweselić.

Ale on na wszystko zasadniczo nie odpowiadał.

Wprost milczał, jakby nic nie słyszał.

— Zwariował — mówili ludzie...

A dzisiaj rok, rok temu.

Stał przed jej grobem i obsypał cały deszczem kwiatów, potem ukląkł przy tej świętej ziemi, z którą się jej ciało zmieszało i zaczął ją całować.

Nie miał już łez dla swego bólu.

Wszystkie łzy już wymarły w tym bezmiernym cierpieniu.

Wstał, przeszedł po długich, ciemnych, tak dobrze znanych mu alejach i wrócił do domu.

Do domu?...

Gdzie teraz był jego dom, jeśli nie tam, gdzie jej drobne, kochane ciało spoczęło, jeśli nie ziemia, w którą ją złożyli.

Szczęśliwa ziemia, że mogła ją przytulić, otulić na zawsze.

Długa, ciemna była droga przez brudne, źle oświetlone ulice.

Było tu dużo ludzi, dużo życia.

Widział to wszystko jakby przez sen; jakoś dziwnie obce wydało mu się to wszystko, to życie.

Wróciwszy do swego mieszkania, usiadł w gabinecie na otomanie54.

Nie zapalił lampy.

Ręce szeroko rozłożył na poręczy kanapy, oczy wpił w czarne ściany pokoju.

Jakaś latarnia rzucała słabe, niepewne światło na podłogę.

Więc dzisiaj rok, rok temu.

Szereg dni bez końca wlokących się, monotonnych dni — dni utkanych z jednej strasznej, duszącej tęsknoty, z jednej beznadziejnej rozpaczy, z jednej wielkiej świadomości, że już nigdy nie wrócą dni szczęścia, że jej już nigdy, nigdy nie ujrzy...

Jakby znużony, zamyka oczy.

Przed jego oczami przesuwa się jakiś długi, bez końca, szereg szarych mniszek.

Wloką się jednostajnym, zmęczonym krokiem, powłóczyste ich szaty posuwają się wolno naprzód z jednostajnym szelestem; szerokie ich rękawy ospale zwieszają się; monotonnym ruchem kiwają wszystkie głową, a twarze, dziwnie jednostajne, patrzą przed siebie z jakimś głuchym wyrazem martwoty.

Otworzył szeroko oczy, aby się uwolnić od tej przygniatającej wizji.

Ale ciągle jeszcze słyszy jednostajny szelest, jakby od powłóczystych szat...

Wstaje, aby się uwolnić od dziwnego strachu, który go powoli ogarnia.

Przechadza się ciężkim krokiem po pokoju.

Przed jego oczami staje jej grób: białe lilie na wiotkich łodygach poruszają się dziwnie tęsknym ruchem w powiewie wiatru. Wszystkie razem się kołyszą jakby w rytm jakiejś tajemniczej muzyki, dziwnie smutnej, dziwnie żałosnej...

Wszystkie pochylają ku niemu swe główki, jak gdyby go przyzywały w tęsknocie.

Przystąpił do okna, aby ich nie widzieć.

Ale teraz słyszy wyraźnie żałosną muzykę ich cichych ruchów.

Energicznie odrzucił głowę w tył.

I znów zaczyna się przechadzać.

Przerażający wydaje mu się odgłos jego kroków. Staje przez chwilę i nadsłuchuje: wszystko cicho.

Postąpił dalej, ale znów stanął przestraszony: zdaje mu się, że szmer jego kroków przeszkadza mu słyszeć, czy się w jego mieszkaniu nie dzieje coś nadzwyczajnego.

Stanął i nadsłuchuje: wszystko cicho.

Teraz nawet blady uśmiech wystąpił na jego twarz.

— Cóż znowuż, co miałoby być?!

I znów idzie dalej.

Nagle stanął z zapartym oddechem.

Tam, wprost przed nim, poruszyło się coś białego... Nie, to nic, to tylko firanka.

Chodzi po pokoju, ale ostrożnie, cicho, bojaźliwie.

Staje.

Jakiś szmer...

Ogląda się wkoło szeroko otwartymi oczyma.

Stara się zagłuszyć ten strach myślą o dawnych, słonecznych dniach.

Nagle stanął jak osłupiały.

Ujrzał przed sobą wyraźnie jakąś białą postać, stojącą z martwym spokojem.

Przez chwilę nie wie, co robić...

Potem zbliża się niepewnym krokiem.

Nie, to były tylko długie, wąskie drzwi, które w jego rozgorączkowanej wyobraźni przybrały kształty postaci ludzkiej.

Drżącą ręką dotyka się ich, by się przekonać, że to doprawdy tylko drzewo.

Ciężko opada na kanapkę i zakrywa twarz ręką.

Może tak, nic nie widząc, uspokoi się, może wtedy opuści go ten wielki strach.

Stara się utopić swój niepokój we wspomnieniach minionych dni.

Ale nic sobie nie może przypomnieć.

Przyzywa ją do siebie, ale ukazuje mu się tylko martwa, blada, jak ją wtedy ujrzał po raz ostatni.

Dreszcz go przejmuje.

Po raz pierwszy od chwili jej śmierci przypominają mu się z taką wyrazistością wszystkie szczegóły jej wyglądu na łożu śmierci.

Przypominają mu się oczy złamane, patrzące w martwym osłupieniu w jakąś dal...

Przypominają mu się jej ręce, małe, białe rączki kurczowo ściśnięte w napadzie bólu.

Widzi przed sobą blade, wykrzywione usta, wykrzywione w nadludzkim cierpieniu i widzi przed sobą z namacalną wyrazistością jedną... kroplę krwi martwej, stężałej w kącie ust...

W nadludzkiej męce straszny jęk wyrywa się z jego piersi.

I widzi przed sobą tę długą, białą szatę, pokrywającą jej całą postać, jakby poruszającą się w niepewnym oświetleniu małej lampki.

Oparł łokcie o kolana i twarz ukrył w dłoniach.

— Nie wytrzymam, nie wytrzymam!

Tss...

Jakiś lekki szmer.

Zimny dreszcz go przeszył.

Słucha z zapartym oddechem.

Tss, tss, tss...

Coraz bliżej...

Chce oderwać rękę od twarzy, by spojrzeć temu czemuś w oblicze, ale nie może, nie ma wprost siły.

Siedzi jakby martwy.

Tss, tss, tss... tuż nad jego uchem.

Skulił się cały w obłędnym strachu, wpijając palce w rozpaczliwym kurczu w twarz.

Słyszy lekki, leciutki szelest w powietrzu jakby od podniesienia ręki.

Ktoś ciężką położył dłoń na jego głowie.

Ugina się cały pod strasznym ciężarem.

Teraz wolno zimne, sztywne palce obejmują jego szyję.

Dusi się...

Z rozpacznym55 wysiłkiem chce się wyzwolić ze strasznego uścisku, ale palce trzymają go mocno, jak obręcz.

Głowa coraz niżej schyla się pod wielkim ciężarem i słyszy cichy, leciutki jak powiew wiatru głos:

— Już zawsze...

Poznaje głos swej żony.

— Puść! — mówi do niej, jakby dusząc się.

Ale ona go nie puszcza.

— Już zawsze tak, już zawsze tak!

I lekki, leciutki jakby śmiech szyderczy...

— Puść — powtarza głośniej — puść!

— Zawsze tak, zawsze tak!

Przed jego oczyma przesuwa się długi, jakby bez końca, szereg szarych mniszek.

Ale teraz mają twarze szyderczo wykrzywione i ich złośliwe oczy z widoczną radością patrzą na jego mękę.

— Puść! — krzyczy w głos, krzyczy nieprzytomny.

Ale ręka na jego głowie jeszcze mocniej się opiera i zimne, sztywne palce ciaśniej obejmują jego szyję.

— Ha, ha, ha — słyszy jakiś lekki, leciutki śmiech w powietrzu.

— Ha, ha, ha — powtarzają wszystkie mniszki ze wstrętnym wykrzywieniem ohydnych twarzy.

— Puść! — krzyczy nieprzytomny i zrywa się.

Z szeroko rozwartymi oczyma rozgląda się do koła.

Nikogo nie ma.

Chwyta się za głowę.

— Ja chyba zwariuję, ja chyba zwariuję — szepce blady...

Uciekł do pokoju swej żony, aby tam oddać się znów swym ulubionym rozmyślaniom o niej, o czasach słonecznych.

Zapalił lampkę i usiadł na małym stołeczku przy jej łóżku.

Rozgląda się po przedmiotach, po ścianach, w których ona żyła.

Westchnął głęboko i ukrył twarz w dłoniach.

Więc to już dzisiaj rok.

Rok temu, siedział tam w swym gabinecie i obmyślał ostatni akt swego dramatu...

Rok temu — błysnęła mu myśl ostatnia, subtelna, dla zakończenia jednej głównej sceny...

Rok temu, właśnie w tej chwili szczęścia wielkiego, wpadła do niego służąca, cała blada i drżąca i krzyknęła:

— Nie wiem, co się pani stało, pani się nie rusza, pani się nie rusza!

Rok temu, zerwał się jak nieprzytomny i rzucił się do pokoju swej żony i tam, nachyliwszy się nad jej ciałem, zaczął nią trząść, by się poruszyła...

Rok temu, w jej blade, martwe usta wdychał swój oddech żywy, gorący, aby się obudziła...

Rok temu, wciskał coraz głębiej ucho w jej ciało, aby uczuć drgnienie życia...

Rok temu, jak nieprzytomny, zaczął biegać po pokoju, wyrywając sobie włosy z głowy i rycząc wniebogłosy z bólu...

Rok temu, przyszli, zanieśli go do łóżka i zaczęli mu dawać środki jakieś uspokajające, jakieś okłady...

Rok temu, matka stanęła przy jego łóżku i doktor szepnął jej cicho:

— Boję się, żeby nie zwariował.

Rok temu, on się wyrwał z objęć matki, z rąk doktora wstrzymującego go, krzycząc:

— Ja chcę do żony, chcę do żony — ona żyje, musi żyć!...

Rok temu, w nocy, gdy usłyszał chrapanie doktora w przyległym pokoju, a matka zasnęła przy jego łóżku w fotelu, wstał cicho, cichuteńko z łóżka i wkradł się do jej pokoju...

Mała lampka paliła się na stoliku, a na łóżku leżała ona blada...

Rok temu, podskoczył do niej jak dzikie zwierzę i wpił się ustami w jej ciało...

Rok temu, jednym gwałtownym ruchem odskoczył od tego martwego... posągu...

Rok temu, tłukł swoją głową o ściany coraz silniej, coraz mocniej, aż upadł nieprzytomny...

Rok temu, zamknęli go w jakimś białym pokoju z siostrą miłosierdzia i doktorem, gdzie jej nie było, gdzie nie przyszła nigdy już, nigdy...

Rok temu, widział ją po raz ostatni.

Westchnął głęboko i odjął ręce od twarzy. Tęsknym wzrokiem rozejrzał się po pokoju.

Mała lampka rzuca słabe zielonawe światło na białe ściany pokoju.

Wszystkie meble i przedmioty mają dziwnie ospały wygląd, jakby umarły w chwili, gdy ich pani umarła.

Tylko jasnoróżowy szlafroczek na haku koło drzwi wydaje się jeszcze żywy, wyczekujący swej pani.

Stęsknionym krokiem zbliża się do niego, zanurza swą twarz w miękkim materiale, w koronkach...

Ma on w sobie jeszcze ten leciutki, ledwie dostrzegalny, zapach jej drobnej postaci i zdaje mu się, że ona zaraz przyjdzie, że się przytuli do niego, obejmie...

Głęboko wsunął twarz w szerokie fałdy rannego ubrania.

Nagle gwałtownie odskoczył...

Czuł wyraźnie, jak zimne, sztywne palce objęły jego szyję, jak ciężka, twarda ręka spoczęła na jego głowie...

I usłyszał wyraźnie szyderczy, głośny śmiech: „już zawsze, już zawsze!”.

Odskoczył.

Rozgląda się jak nieprzytomny po tym nagle obcym pokoju.

Jakąś głuchą, tęskną martwotą wyzierają te meble, jakiś śmiertelny oddech noszą w sobie.

Śmierć wieje od wszystkich tych zimnych, opuszczonych ścian; śmierć wieje od tego łóżka pustego, na którym jej martwe ciało spoczywało, śmierć wieje od tego lustra, już nieużywanego, śmierć od wszystkich tych cacek, którymi już nikt się nie cieszy...

Zimny dreszcz go przeszywa aż do szpiku kości.

Jakieś grobowe powietrze zdaje się panować tutaj.

Długi, dłuższy jeszcze dreszcz go przenika.

Wzrok jego znów pada na ten mały, różowy szlafroczek, który miała na sobie w przeddzień śmierci.

On jeden jeszcze tchnie życiem.

Instynktownie zbliża się do niego i ukrywa w nim twarz.

Z wolna przysuwa się do niego jakaś ręka i mocno obejmuje jego szyję.

Lecz nagle szata ta zawiała jakimś dziwnie mdłym zapachem kwiatów pogrzebowych.

Gwałtownym ruchem rzucił ją na ziemię.

— Nie chcę, żebyś mnie męczyła — krzyczy nieprzytomny — nie chcę, żebyś mnie męczyła!

Jakby skulony ze strachu, leży szlafrok na podłodze.

A on oparł gorące czoło o żelazną poręcz łóżka i stoi tak przez chwilę nieruchomy.

Jakaś twarda ręka przygniata mu głowę...

I jakby wszystkie przedmioty ożyły, zdają się opuszczać swe miejsca i zbliżają się ku niemu coraz bardziej — coraz bardziej...

Nawet szlafrok wstaje i zbliża się.

Coraz bardziej obstępują go wszystkie sprzęty, coraz szczelniej zacieśniają go w kole, a szlafrok staje zupełnie blisko niego, zarzuca mu rękawy na szyję, które nagle stają się sztywne, zimne i ściskają go coraz mocniej.

— Nie opuścimy — śpiewa jakiś chór — nie opuścimy!

— Puśćcie mnie!

— Nie opuścimy — powtarza chór.

Nieprzytomny porywa lampę ze stolika i rzuca ją na środek pokoju — tam, gdzie leży jej ubiór ostatni.

Wielki płomień wybucha.

Przez chwilę osłupiałym wzrokiem patrzy na ogień, pożerający coraz bardziej różowy szlafroczek, wyglądający dziwnie bezbronnie, jakby błagając o pomoc...

Płomień coraz bardziej się rozszerza.

Dwoma krokami znajduje się przy drzwiach pokoju.

Bez kapelusza, bez palta wydostaje się na ulicę.

Jakby pędzony biegnie naprzód, coraz dalej...

Zdaje mu się, że słyszy za sobą jakieś dziwne głosy: „nie opuścimy, nie opuścimy”, i odgłos dziwnych kroków, jakby od drewnianych nóg.

Coraz spieszniej pędzi przez puste ulice...

Wreszcie staje zadyszany.

Opiera się o mur i wyciera pot z czoła.

Rozgląda się.

Znajduje się w dzielnicy zupełnie nieznanej, ciemnej, pustej.

Ciężki deszcz zaczyna kropić.

Z wolna posuwa się naprzód.

Głowę schylił głęboko56.

Kieruje swe kroki ku mieszkaniu matki.

Nie zwraca uwagi na ciężkie krople deszczu, które mu spływają po twarzy.

Idzie zupełnie bezmyślnie.

Tylko jeden głęboki, głuchy ból czuje tam gdzieś, w głowie.

Wreszcie staje.

Znajduje się przed mieszkaniem matki.

Głęboko westchnął, wchłaniając w siebie świeże, przesiąknięte wilgocią powietrze.

Dziwnie lekkim krokiem wchodzi na górę.

Tak jak kiedyś, za szkolnych czasów — myśli odruchowo.

Wchodzi do mieszkania.

Przyjmuje go matka z większą niż zwykle czułością.

— Właśnie chciałam pójść do ciebie, Janku — mówi swym miękkim, poczciwym głosem.

Wstrząsnął się.

— Do mnie — powtarza automatycznie.

— No tak, bo przecież myślałam, że dziś... — tu przerywa i spogląda na niego wzrokiem pełnym współczucia.

— Chodź, dziecko moje, no, chodź, pomówimy z sobą o przeszłości. Czemuż nie siadasz? — pociągnęła go lekko za rękaw.

On ciągle stoi nieruchomy, jakby martwy.

— Czy byłeś dziś u niej? — pyta dalej swym dobrym głosem.

On ciągle stoi, jakby nie słuchał.

A ona wstaje, podchodzi do małej szafeczki i wyjmuje z niej wąską kopertę.

Spiesznie zbliża się do syna.

— A widzisz, co ja dzisiaj znalazłam dla ciebie — zupełnie o tym zapomniałam, kiedyś mnie prosił o wszystkie jej listy.

— Ot, to jest taki jej kochany liścik jeszcze z pierwszych czasów.

— No bierzże57, cóż ty tak stoisz bez życia?

— Czyś wcale nie ciekaw?

Gwałtownym ruchem odpycha kopertę od siebie i dalej stoi z zasępioną twarzą.

— Co ci jest, co ci jest? — i czule bierze jego rękę...

— Czy dlatego, że dziś rok temu?...

— Ja nie chcę, byś o tym mówiła! — krzyczy nagle i pięścią uderza w stół. — Ja nie chcę, byś o tym mówiła!

— Ale o czym — o czym? — pyta matka.

Opadł nagle na krzesło.

— Ja nie chcę, żebyś o niej mówiła!

— Ja żądam, byś mi nigdy o niej nie wspominała — słyszysz, ja chcę zapomnieć, ja nie wytrzymam, ja chcę, by mi nikt o niej nie wspominał, nikt, nigdy!!! Ja cię proszę, ja cię błagam!

— Ależ dobrze, uspokój się — odpowiada przestraszonym głosem...

Nagle głuchy łoskot...

Upadł na podłogę nieprzytomny.

Na cmentarzu znajduje się skromny grób bez pomnika, bez napisu, cały pokryty zielenią. Rosną na nim kwiaty, ale dzikie.

Pamiętają ludzie, że przed kilkoma miesiącami grób ten był zawsze przykryty dużymi, białymi liliami.

— Pewnie umarł ten, kto się o to troszczył — mówią jedni.

— Zapomniał — szepcą drudzy.

A inni, co przychodzą na smutną pielgrzymkę, przechodząc koło znanego grobu znanej im osoby — „nie kochał — zapomniał” — mówią...

„Nie kochał, zapomniał”.