Morze

Nazywali ją ludzie wariatką.

Miała duże, zielone oczy, okrążone gęstymi, długimi, czarnymi rzęsami, zapatrzone gdzieś, w jakąś błędną dal albo pokryte powiekami, dziwnie nieruchomymi, martwymi, jakby nieprzytomne, śniące...

Złotawe, lśniące włosy otaczały proste, wąskie czoło, dziwnie zamyślone, jak gdyby nad jedną jakąś wielką tajemnicą.

Była żoną i matką, ale tylko z rzadka widziano ją z dziećmi i wtedy pieściła się z nimi, bawiła się jak kwiatami.

Była zawsze cicha i smutna.

Nieraz tylko, rzadko bardzo, jakiś błędny uśmiech przesuwał się po jej twarzy, aby znów zaniknąć w wielkim, tęsknym zamyśleniu.

Usta miała wąskie, z lekka rozchylone, jakby w jakim wiecznym pragnieniu.

Rzadko zmieniał się wyraz jej twarzy i wtedy nagle pojawiało się w jej oczach jakieś strasznie bolesne, namiętne pragnienie, i ręce jej ściskały się w nerwowym uścisku... Ale po chwili powieki znów zakrywały tajemniczy ogień jej duszy.

Nieraz z samego rana opuszczała dom swój i powracała późno w nocy.

Można ją było widzieć wtedy, jak przez cały dzień błądziła po polach lekkim, motylowym krokiem, rytmicznie kołysząc się. Wtedy jej oczy nabierały dziwnego blasku i pierś jej szybciej podnosiła się.

Rozpościerała nieraz szeroko ramiona, jak gdyby chciała ogarnąć ziemię całą w swoim uścisku, i wielki, radosny uśmiech oblewał jej całą postać.

Brodziła tak po polach dniami całymi. Nieraz nagle stawała, obejmowała jakieś drzewo rękami, przytulała twarz do niego, jakaś cicha, nieświadoma łza zsuwała się po jej twarzy...

Często także cały dzień leżała u siebie na werandzie lub w ogrodzie z rękami założonymi za głowę, a oczy, podniesione w górę, goniły obłoki po bezgranicznym horyzoncie.

Gdy zima nadchodziła, siadywała przez cały dzień przy kominku, gdzie żarzyły się duże kawały drzewa i węgla, nerwowym ruchem ręki dokładała do ognia i patrzyła ze smutnym uśmiechem, jak płomienie chwytają drzewo, jak się zamienia w jeden wielki żar, aż się całe przepali, wypali i zostanie się tylko tląca garstka popiołu...

Gdy straszny wiatr wiał na dworze i drzewa jęczały i skrzypiały w swoich najgłębszych podstawach, a dom drżał, jakby w przestrachu przed owym wielkim niszczycielem, wtedy ona się nagle zrywała i zapamiętale wybiegała tam w pole, na swobodę.

Dopiero hen gdzieś, gdzie wiatr najsilniej śpiewał swą rozszalałą pieśń, stawała i z rozkosznym uśmiechem rozglądała się wkoło: wiatr rozpuszczał jej włosy i rwał je na wszystkie strony, a ona wyciągała ręce do niego i z dzikim okrzykiem witała jego hymn.

Wicher pędził ją przez pola, przez lasy, a ona śpiewała z nim, dawała mu się targać na wszystkie strony, rozdzierała swe suknie, ażeby ją swobodniej bił, smagał.

Wreszcie, gdy ją nogi już nie niosły — padała zwykle gdzieś na zrębie lasu albo wśród pola i błędnym wzrokiem śledziła ruchy drzew kołysanych przez wiatr.

Wreszcie wstawała i z wolna, nieprzytomnym krokiem, z oczami w dół spuszczonymi, wracała do domu.

Raz po takim dniu zemdlała.

Gdy noc zapadła, a jej jeszcze nie było, niepokój straszny ogarnął dom cały.

Henryk stał przy oknie i patrzył niespokojnie w dziką, rozszalałą noc.

„Asto, Asto!” — wołał jakiś głos rozpaczliwy w głębi jego duszy.

Ale Asta nie wracała, a wiatr coraz dziczej, coraz straszniej śpiewał swój straszny, wściekły hymn.

Rozpacz zaczęła targać nim, coraz silniej, coraz mocniej.

Nagle zdało mu się, że słyszy, jak go ktoś woła.

Nieprzytomny pobiegł jej szukać.

Pędził przez lasy, przez pola, po wszystkich miejscach, o których wiedział, że ukochała je najbardziej.

Wiatr wiał w przeciwną stronę i z trudem torował sobie drogę w tę dziką noc; zaledwie słabe światło półksiężyca oświetlało drżące krzaki.

Stanął wreszcie zmęczony, obszukał już wszystkie jej ulubione miejsca.

Wiatr targał jego włosy i rozwiewał poły jego ubrania na kształt dwóch wielkich czarnych skrzydeł.

Nie wiedział, gdzie jej szukać.

— Asto, Asto! — krzyczał rozpacznym głosem.

Lecz nie było odpowiedzi.

I znowu poszedł szukać ciężkim, beznadziejnym krokiem...

Wreszcie znalazł — leżała na zrębie lasu, omdlała.

Ujrzał jej suknię na kształt jasnej plamy na czarnym tle ziemi.

Rzucił się ku niej i głosem drżącym ze strachu i radości — „Asto, Asto!” zawołał.

Otworzyła oczy i śniącym wzrokiem spojrzała na niego.

Wziął ją na ręce i zaniósł do domu.

Dostała silnej gorączki i przez kilka dni była nieprzytomna.

Powoli, powoli wracała do zdrowia.

Dwa lata temu zaczęło się to, co ludzie nazywali „wariactwem” Asty.

Było to w kilka tygodni po urodzeniu się ich drugiego dziecka. Asta, trochę jeszcze osłabiona, leżała na werandzie, przykryta długim, białym szalem, a on siedział przy niej i z bezbrzeżnie szczęśliwym uśmiechem patrzył na nią. A ona miała oczy dziwnie zmęczone, utkwione w jakiś lekki obłoczek, który się przesuwał po ciemnobłękitnym niebie.

Nagle chwyciła go za rękę.

— Henryku! — powiedziała dziwnie sennie.

Nachylił się nad nią.

— Co ci, Asto? — spytał swym głębokim, tkliwym głosem.

A ona, jakby we śnie, ciągnęła dalej.

— Henryku, ja cię opuszczę.

On wyrwał jej swoją rękę i nieprzytomny podskoczył.

— Asto, co ty mówisz? — wykrztusił. — Asto, Asto! Słuchaj, Asto! — i w nieludzkim strachu utkwił w nią swe oczy...

Ona się teraz całym ciałem zwróciła do niego.

— Tak, tak, opuszczę — mówiła dalej tajemniczo, patrząc się w niego, i dziwny jakiś uśmiech przemknął po jej twarzy.

Wtedy on ukląkł przy niej i wziął ją za rękę.

— Asto, Asto, opamiętaj się — mówił duszącym się od strachu głosem — przecież to nieprawda, przecież to głupstwo — i nerwowo zaczął trząść jej ręce.

Ona się nagle na wpół podniosła na szezlongu, na którym leżała, i gorączkowy rumieniec oblał jej twarz — ręce wyrwała z jego uścisku i jasnym, a błagalnym wzrokiem jęła się patrzeć na niego.

— Henryku, daj mi wypowiedzieć wszystko!

Usiadł przy niej, skłonił głowę na znak zgody i na wpół przytomnym, dziwnie sennym ruchem zakrył twarz ręką.

A ona zaczęła.

— Jestem z tobą od czterech lat. Wiesz, żeś mnie wziął z chaty morskiej jednego cudnego słonecznego dnia. Przyszedłeś do mnie i powiedziałeś mi, że kochasz — wtedy w mojej duszy wzbudził się wielki płomień i chciałam zostać twoja. Dałam ci się zabrać i pożegnałam morze, i myślałam, że ty mi wystarczysz na zawsze. W dzień przed wyjazdem poszłam na brzeg morza i powiedziałam mu, że wyjeżdżam. Patrzyło na mnie swymi zielonawo-niebieskimi oczami długo, zagadkowo, a fale szemrały jakieś szepty niezadowolone i lizały moje stopy, jakby mnie chciały przyciągnąć do siebie. Czułam, jak wchodzę bezwiednie coraz głębiej, coraz głębiej, popychana jakąś tajemniczą siłą; dałam się nieść tak przez chwil kilka, ale wtem zbliżyła się do mnie taka wielka, wielka fala z dużymi granatowymi oczami, w koronie z białej piany na głowie, wyciągnęła do mnie swoje ręce i chciała przycisnąć do siebie — gdy nagle ujrzałam przed sobą twoją postać i ogarnął mnie strach przed tą falą, krzyknęłam głośno i jednym gwałtownym ruchem odskoczyłam w tył.

Zmęczona opowieścią, zatrzymała się na chwilę i opadła na poduszki.

On ciągle siedział nieruchomy, bez znaku życia.

Zmęczonym głosem ciągnęła dalej, a oczy znów utkwiła gdzieś daleko w niebo.

— Tyś nigdy nie wiedział, co mnie męczy, kiedym się patrzyła tęsknym wzrokiem w dal... A we mnie już dawno, dawno zaczęła się straszna tęsknica, co dusiła mnie tu w gardle, coraz bardziej, coraz straszniej... Widzisz, Henryku, ja dłużej wytrzymać nie mogę, być związana tobą i dziećmi, bo się zaduszę tu, w klatce.

I wielki rumieniec oblał ją całą.

— Henryku, puść mnie na morze!

— Asto, Asto, to pojedziemy, pojedziemy razem...

Ona się nagle tajemniczo uśmiechnęła.

— Ty przecież wcale nie wiesz, co to jest morze! — i nagle przytłumiając głos — muszę być na nim zupełnie sama, w samotnej łódce bujać po falach, niesiona to wolno, to bujnie, a w nocy, gdy księżyc zaświeci, położyć się na dnie łodzi i słuchać rozmowy fal — opowiadają one sobie wielkie tajemnice o życiu, jakie prowadzą bez początku, o milionach lat, które widziały, o życiu bez granic, bez końca — i jeszcze bardziej przytłumiając głos, i przysuwając się do jego twarzy — wtedy ja staję się cząstką tego morza, zlewam się z nimi w jedną całość, fale stają się siostrami mymi, staczają mą łódź w namiętnym uścisku i ginę w nim cała bez śladu.

I nagle objęła jego szyję i błagalnym szeptem wyrzekła:

— Prawda, Henryku, puścisz?

On upadł przed nią na kolana i począł całować jej nogi. Oczy jego były błędne, a twarz jakby nieprzytomna od strachu i bólu.

— Asto, Asto — błagał łamiącym się głosem — nie opuszczaj!

Ona głaskała go cicho po głowie i milczała.

— Asto, zlituj się, nie opuszczaj! Zrobię wszystko, co będziesz chciała...

Ona ciągle milczała.

Wtedy on wybuchnął strasznym, gwałtownym płaczem.

Nie mogła tego słuchać — opadła sztywno na poduszki i głucho, martwo wypowiedziała: „nie opuszczę”.

Rzucił się do niej i w zapamiętałej ekstazie całował jej ręce, nogi, suknię.

Ona leżała nieruchoma.

Od tego czasu upłynęło dwa lata.

I zaczęło się to, co ludzie nazywali wariactwem Asty.

Nie rozmawiała z nim prawie nigdy, ale on był szczęśliwy, że mógł patrzeć na nią swoim spragnionym wzrokiem i od czasu do czasu słyszeć jej głęboki, melodyjny, tajemniczy głos; tylko wydawało mu się, jakby żył przez te dwa lata w jakimś innym świecie...

Aż pewnego dnia stało się.

We drzwiach jego pokoju stanęła Asta w długim, białym płaszczu i przezroczystym szalu na głowie.

— Idę — wyrzekła doń, jakby przez sen.

Chciał coś powiedzieć, ale strach go dusił.

Podeszła do drzwi wejściowych.

Wtedy się zerwał.

— Dokąd? — wykrztusił z trudem.

Obróciła się i jej wielkie, zagadkowe oczy przez chwilę wpiły się w niego.

„Wiesz dokąd!” — było wypisane w nich ze straszną wyrazistością i stanowczością.

Wolno, cichym, majestatycznym ruchem odwróciła się i wyszła przez drzwi.

Stał jak zahipnotyzowany.

Teraz poszła przez ogród, otworzyła furtkę i zaczęła posuwać się po drodze, stając się coraz mniejsza, coraz dalsza...

— Asto, Asto! — wyrwał się straszny krzyk z jego piersi — opadł bezwładnie na krzesło.

Wiedział, że już nie wróci...

Przez małą, nadmorską wioskę, po piaszczystej drodze idzie gorączkowym, spiesznym krokiem Asta.

Przybyła tylko co58 koleją.

Nogi nie mogą jej unieść dość szybko do brzegu. Oczy, gorączkowo utkwione w dal, szukają, czy nie mogą ujrzeć choćby kawałeczka morza. Dąży naprzód po ciężkiej, piaszczystej drodze.

Ujrzała je z dala!

Stanęła jak oniemiała, a wielkie łzy spływają po jej twarzy.

„Czy to prawda, czy to prawda” — szepcze jakby we śnie i nagle puszcza się w bieg, aby zbliżyć się do niego, aby je objąć.

I tu, przy brzegu, gdzie fale sine przybijają, rzuca się na ziemię i namiętnie zaczyna całować mokry piasek, pianę fal.

„Wracasz, wracasz!” — szepczą i całują ją, obejmują.

Wskakuje w pierwszą łódkę na brzegu i odbija.

I teraz daje się unieść grze fal.

Rzucają ją naprzód coraz głębiej, coraz głębiej w morze, a ona siada na ławeczce i przy każdym podniesieniu się łodzi krzyczy, jak małe dziecko, z radości, a fale całują ją, całują łódź...

„Wróciłaś, wróciłaś” — krzyczy wszystko wkoło.

Zagłębia swe ręce w wodę, by przygłaskać59 fale, by się dotknąć do tej wody wszechogarniającej bez początku, bez końca; jej oczy wpijają się w głąb morza i piją, wchłaniają je w siebie; wyciąga szeroko ramiona, jak gdyby chciała przytulić je do siebie, i jakieś dźwięki nadludzkiej rozkoszy wyrywają się z jej duszy.

Wtem zbliża się do niej jedna duża fala w czepku z białych koronek, jak gdyby chciała jej powiedzieć jakąś tajemnicę. Nachyla się do niej blisko, z rozpromienioną twarzą. Fala z głośnym hukiem rozbija się o łódź, a woda bryzga Aście w twarz.

Z radosnym uśmiechem ją przyjmuje.

Bierze wodę w rękę i całuje ją, a słony płyn zalewa jej usta, gardło.

Lekko otrząsa głowę i radośnie, głośno się śmieje.

Potem kładzie się na dnie łódki i wyraz namaszczenia występuje na jej czoło.

Zaczyna się przysłuchiwać rozmowie fal.

Wielka radość opromienia jej twarz i wielki spokój, i cisza bezgraniczna.

„Jesteś nasza” — szepcze jakaś fala — „jesteś nasza, nasza” — powtarzają chórem wszystkie fale, a tam, w oddali, inne wyciągają szyje, aby ją zobaczyć, aby się z nią przywitać.

Ona się uśmiecha do nich słodkim, łaskawym uśmiechem.

I opowiadają jej swoje stare, odwieczne bajki.

Leży zasłuchana z oczyma wlepionymi w niebo, zlewające się gdzieś z morzem, i od czasu do czasu się uśmiecha.

W jej włosach słońce załamuje swe promienie w milionach odcieni; fale drgają w jego blasku i świecą zwodniczo we wszystkich kolorach.

Nareszcie tonie gdzieś tam na zachodzie wielka, złota kula — zdaje się, jakby na morzu zapanowała na chwilę przedsenna cisza. Ona leży na dnie łodzi i śledzi chmury goniące się po niebie.

Teraz jedna duża, straszna jakby furia, cała czerwona, z twarzą naprzód wysuniętą pędzi inną mniejszą, jakiegoś rycerza...

Uśmiecha się.

A fale śpiewają: „Tyś nasza, nasza!”.

Z wolna, z wolna, znikają wszystkie chmury i niebo pokrywa się ciemnym, czarnym płaszczem.

W swoim cichym majestacie w dali zaświecił księżyc.

Głucho fale zaczynają szemrać w ciemną noc.

Plusk obijających się o łódź fal dziwnie, tajemniczo roznosi się po wielkiej przestrzeni.

Asta wstaje i rozgląda się wkoło.

Bezwiednym ruchem ręki rozpuszcza swe włosy, które spadają na ramiona na kształt długiego, złotego płaszcza.

Oczy utkwiła w księżyc, uklękła w łodzi i ręką przecina fale.

Słucha.

Śpiewają teraz chórem wielki, tajemniczy hymn.

„Jam morze — jedno, wielkie, bezgraniczne” — śpiewa jedna fala, a inne chórem powtarzają.

„Nie masz początku ani końca dla mnie” — mówi inna fala.

Asta skłania głowę i uśmiecha się do niej.

A daleko, daleko w przestrzeni rozlega się odgłos tych słów.

„We mnie wszystko wzięło swój początek i wszystko się skończy”.

„Jam źródło wszechżycia i żywioł największy, pan istnienia” — mówi patetycznym głosem wielka, czarna fala i majestatycznie rozlega się po morzu hen daleko.

„Jam źródło wszechżycia, żywioł największy, pan istnienia”.

I oczy fal zdają się patrzeć na Astę.

„Jam bezgraniczne i we mnie życie jest wszelkie” — mówi morze, a ciemne oczy fal wpijają się w nią coraz bardziej.

A ona patrzy na nie z zahipnotyzowanym uśmiechem.

„Kto chce wielkości i więzów nienawidzi, niech ze mną się złączy” — mówi teraz głośno, krzyczy całe morze.

Ona wstaje w łódce i tajemniczo rozgląda się wkoło.

I nagle wyciągają fale do niej ramiona.

„Chodź do nas!” — woła jedna, a całe morze powtarza nieustannym, coraz głośniejszym chórem — „chodź do nas!”.

Stoi i tajemniczo patrzy się na morze.

Otoczyła ramiona szalem, a ręce szeroko rozpostarła.

— Idę — mówi.

— Chodź, chodź, chodź prędzej! My się znamy — wołają coraz błagalniej fale.

Cicho, cicho zstępuje z łodzi do morza.

I teraz jest wśród nich, naprawdę wśród nich. — Liżą jej suknię, docierają do ciała, całują ją...

Wykonywa60 jakieś bezwiedne faliste ruchy.

„Tyś nasza — tyś nasza!”

Przez chwil kilka fale niosą ją.

Nagle staje i wyciąga ramiona, aby je objąć, przycisnąć do siebie.

Wtem rozlega się po morzu głośny, straszny śmiech:

„Tyś nasza, tyś nasza!” — krzyczy całe morze i fale zdradzieckie ciągną ją na dół, coraz niżej, coraz głębiej...

Jeszcze kilka rozpacznych, potem coraz słabszych ruchów w walce z żywiołem, pociągającym ją coraz głębiej...

Zniknęła.

Z głuchym szumem zamykają się nad nią fale.