114.

Rzeczywistością, na której chrześcijaństwo mogło wznosić swą budowlę, była mała żydowska rodzina z epoki diaspory, z jej ciepłem i czułością, z jej w całym państwie rzymskim niesłychaną i może niezrozumianą gotowością pomagania, ręczenia za siebie wzajem, z jej ukrytą i w pokorę przebraną dumą „wybranych”, z jej najwewnętrzniejszym zaprzeczaniem bez zazdrości wszystkiego, co jest górą i co ma blask i moc po swej stronie. Poznanie się na tym, jako na mocy, poznanie tego stanu błogosławionego, jako dającego się udzielić, jako zwodniczego, zaraźliwego nawet dla pogan — jest geniuszem Pawła: skarb energii utajonej, skarb szczęścia mądrego zużytkować w całej pełni do „żydowskiego kościoła o wolniejszym wyznaniu”, całe żydowskie doświadczenie i mistrzostwo w samozachowaniu się gminy pod panowaniem obcym, także i żydowską propagandę — to odgadł on jako swoje zadanie. To, co miał przed sobą, to był właśnie ów absolutnie niepolityczny i na bok usunięty rodzaj małych ludzi: ich sztukę utrzymania się i dopięcia swego, wyhodowaną w pewnej ilości cnót, które wyrażały jedyny sens cnoty („sposób utrzymania i wzmożenia pewnego określonego rodzaju człowieka”).

Z małej żydowskiej gminy pochodzi zasada miłości: jest to namiętniejsza dusza, która żarzy się tutaj pod popiołem pokory i mizeroty: to nie było ani greckie, ani indyjskie, ani nawet germańskie. Pieśń na cześć miłości, którą Paweł napisał, nie jest niczym chrześcijańskim, jest to tylko wybuch wiecznego płomienia semickiego. Jeśli chrześcijanizm uczynił coś istotnego pod względem psychologicznym, to jest tym podwyższenie temperatury duszy u tych ras zimniejszych i wytworniejszych, które wówczas były górą; było to odkrycie, iż najnędzniejsze życie może stać się bogatym i bezcennym przez podwyższenie temperatury...

Rozumie się, iż takie przeniesienie nie mogło mieć miejsca w klasach panujących: żydzi i chrześcijanie mieli przeciw sobie swoje złe maniery — a to, czym jest moc i namiętność duszy przy złych manierach, to działa odpychająco i budzi niemal obrzydzenie (ja widzę te złe maniery, gdy czytam Nowy Testament). Trzeba było przez nikczemność61 i biedę być spokrewnionym z przemawiającym tutaj typem warstw niższych, by odczuwać to, co jest w tym pociągającego... Jest to próbą, czy ma się trochę klasycznego smaku we krwi, jakie stanowisko się zajmuje względem Nowego Testamentu (jak Tacyt); kto nie jest przy tym wzburzony, kto nie odczuwa przy tym uczciwie i zasadniczo coś z foeda superstitio, coś, z czego cofa się rękę, jak z obawy przed powalaniem się: ten nie wie, co jest klasycznym. „Krzyż” trzeba odczuwać jak Goethe.