152.

Nie byłoby nic pożyteczniejszego i bardziej zasługującego na poparcie niż konsekwentny nihilizm czynu. Tak jak ja pojmuję wszystkie te fenomeny chrześcijanizmu, pesymizmu, wyrażają one: „jesteśmy dojrzali do tego, by nie być; dla nas jest rzeczą rozumną nie być”. Ta mowa „rozumu” byłaby w tym wypadku także mową natury selekcyjnej.

Co natomiast ze wszech miar należy potępić, to dwuznaczną i tchórzliwą połowiczność takiej religii, jak religia chrześcijanizmu; dokładniej, kościoła: która zamiast zachęcać do śmierci i do samozniweczenia, ochrania wszystko, co nieudane i chore i powoduje rozkrzewianie siebie samej.

Problemat: za pomocą jakich środków można by osiągnąć nieugiętą formę wielkiego zaraźliwego nihilizmu, taką, która z naukową sumiennością głosi i w czyn wprowadza śmierć dobrowolną (a nie słabowite wegetowanie w dalszym ciągu z widokiem na fałszywą egzystencję potem)?

Nie można dość potępić chrześcijanizmu, ponieważ przez pomysł nieśmiertelnej jednostki unicestwił on wartość takiego oczyszczającego wielkiego ruchu nihilistycznego, jaki był może wszczęty: uczynił to również przez nadzieję na zmartwychwstanie: jednym słowem, zawsze przez wstrzymanie od czynu nihilistycznego, od samobójstwa... chrześcijanizm podstawił zamiast tego samobójstwo powolne; z czasem małe, biedne, ale trwałe życie; z czasem całkiem zwykłe, mieszczańskie, życie mierne itd.