151.
Wysunąwszy na pierwszy plan naukę o bezinteresowności i miłości, chrześcijanizm przez to samo bynajmniej jeszcze nie postawił interesu gatunku wyżej od interesu jednostki. Jego właściwie historycznym działaniem, fatalnością jego działania pozostaje odwrotnie właśnie spotęgowanie egoizmu, egoizmu jednostki aż do krańcowości (aż do krańcowości polegającej na nieśmiertelności indywidualnej). Chrześcijanizm brał jednostkę tak serio, nadał jej tak absolutne znaczenie, iż nie można już było jej poświęcać: ale gatunek istnieje tylko przez ofiary ludzkie. Wobec Boga wszystkie „dusze” są równe: ale to jest właśnie najniebezpieczniejsza ze wszystkich możliwych ocen wartości! Stawiając jednostki na równi, poddaje się w wątpliwość gatunek, sprzyja się praktyce, która zmierza do ruiny gatunku: chrześcijanizm jest przeciwieństwem zasady selekcji. Jeśli człowiek zwyrodniały i chory („chrześcijanin”) ma mieć tyleż wartości, co zdrowy („poganin”), a może nawet więcej, według sądu Pascala o chorobie i zdrowiu, to naturalny bieg rozwoju został pokrzyżowany i przeciwność naturze stała się prawem... Ta powszechna miłość ludzi in praxi79 jest oddawaniem pierwszeństwa wszystkim cierpiącym, upośledzonym, zdegenerowanym: w rzeczy samej obniżyła ona i osłabiła siłę, odpowiedzialność, wysoki obowiązek poświęcania ludzi. Według schematu chrześcijańskiej miary wartości pozostało jeszcze tylko samemu się poświęcić: ale ten ostatek poświęceń ludzkich, na który chrześcijanizm przyzwolił i który nawet zalecił, nie ma żadnego sensu z punktu widzenia hodowli ogólnej. Dla rozkwitu gatunku jest to obojętne, czy jakieś jednostki poświęcają same siebie (czy to na sposób mniszy i ascetyczny, czy też za pomocą krzyżów, stosów i szafotów, jako „męczennicy” błędu). Gatunkowi potrzeba zaniku nieudanych, słabych, zdegenerowanych: ale właśnie do nich zwracał się chrześcijanizm, jako potęga konserwująca; spotęgowała ona ten już sam przez się potężny instynkt słabych do oszczędzania się, zachowania się, do trzymania się wzajemnie. Czymże jest „cnota” i „miłość ludzi” w chrześcijanizmie, jeśli nie tą właśnie wzajemnością utrzymywania się, tą solidarnością słabych, tym przeszkadzaniem selekcji? Czymże jest chrześcijański altruizm, jeśli nie gromadnym egoizmem słabych, odgadującym, że jeśli wszyscy nawzajem o siebie się troszczą, każden80 z osobna najdłużej się zachowa?... Jeśli takiego zamiaru nie odczuwa się jako krańcowej niemoralności, jako zbrodni względem życia, to należy się do chorej bandy i samemu ma się jej instynkty... Prawdziwa miłość do ludzi wymaga ofiary dla dobra gatunku — jest twardą, jest pełną samoprzezwyciężenia się, ponieważ potrzeba jej ofiar ludzkich. A ta pseudo-humanitarność, która zwie się chrześcijanizmem, chce właśnie dopiąć, żeby nikogo nie poświęcano...