191.

Jeżeli, powodując się tkwiącym w nas instynktem wspólności, robimy sobie przepisy i zakazujemy pewnych postępków, to zakazujemy, jeśli w tym ma być rozum, nie pewnego rodzaju „bycia”, nie pewnego sposobu „myślenia”, lecz tylko pewnego kierunku i zużytkowania tego „bycia”, tego „sposobu myślenia”. Ale oto swoją drogą przychodzi ideolog cnoty, moralista i powiada: „Bóg patrzy w serca! Cóż z tego, iż wstrzymujecie się od pewnych postępków: mimo to nie jesteście lepsi!”. Odpowiedź: mój panie kłapouchu i cnotliwcze, my bynajmniej nie chcemy być lepsi, jesteśmy bardzo zadowoleni z siebie, my chcemy tylko nie wyrządzać sobie wzajem szkody — i przeto zabraniamy pewnych postępków z pewnego względu, mianowicie ze względu na siebie; natomiast nie wiemy już, jak uszanować te same postępki, jeśli ściągają się one do przeciwników społeczności — na przykład do was, mój panie! My wychowanie naszych dzieci skierowujemy do tych postępków; my je pielęgnujemy na wielką skalę... Gdybyśmy mieli w sobie ów „miły Bogu” radykalizm, który wasza święta naiwność zaleca, gdybyśmy byli dość wielkimi cielętami na to, by przez te postępki potępiać ich źródło, „serce”, tobyśmy potępiali nasze istnienie, a z nim jego naczelny warunek — uczucia, serce, namiętność, którą czcimy z oznakami czci najwyższej. Przez nasz dekret zapobiegamy, by te uczucia nie wybuchły w sposób nieodpowiadający celowi i nie szukały sobie dróg — jesteśmy mądrzy, ustanawiając dla siebie takie prawa, jesteśmy przez to także obyczajni... Nie podejrzewacie, jakie ofiary ponosimy, jak wiele poskromienia, przezwyciężenia siebie, surowości względem siebie potrzeba do tego? Jesteśmy gwałtowni w naszych żądzach, są chwile, w których chcielibyśmy się pożreć... Ale „zmysł społeczny” zapanowywa103 nad nami: proszę zauważyć, że jest to niemal definicja obyczajności.