193.

O ideale moralisty. (Przedmowa). Przedmiotem tego traktatu jest wielka polityka cnoty. Przeznaczyliśmy go na pożytek tym, którym musi zależeć na tym, żeby nauczyć się, nie jak się staje cnotliwym, lecz jak się robi cnotliwym — jak się cnotę przywodzi do panowania. Chcę nawet udowodnić, że aby chcieć tej jednej rzeczy — panowania cnoty — winno się zasadniczo nie chcieć tamtej drugiej; właśnie przez to człowiek rezygnuje ze stania się cnotliwym. Ofiara jest wielką, ale cel wart jest może takiej ofiary. A wart jest nawet większych!... I niektórzy z najsławniejszych moralistów zaryzykowali tak wiele. Oni mianowicie poznali już i uprzedzili prawdę, której ten traktat ma po raz pierwszy nauczać, że panowanie cnoty można osiągnąć stanowczo jedynie za pomocą tych samych środków, przy pomocy których osiąga się panowanie w ogóle, w każdym razie nie przez cnotę...

Przedmiotem tego traktatu jest, jak się rzekło, polityka cnoty. On ustanawia ideał tej polityki, opisuje ją taką, jaką by być musiała, gdyby na ziemi cośkolwiek doskonałym być mogło. Obecnie żaden filozof nie będzie miał wątpliwości co do tego, co jest typem doskonałości w polityce; mianowicie machiawelizm. Ale machiawelizm, pur, sans mélange, cru, vert, dans toute sa force, dans toute son âpreté104 jest nadludzkim, boskim, transcendentnym, ludzie nigdy go nie dosięgną, co najwyżej zaledwie musną. A i w tym ciaśniejszym rodzaju polityki, w polityce cnoty ideał zdaje się nigdy nie był osiągnięty. Platon także dotknął go zaledwie. Nawet w najbardziej nieuprzedzonych i najbardziej świadomych moralistach (a to jest przecież nazwa dla takich polityków moralności, dla wszelkiego rodzaju założycieli nowych potęg moralności) odkrywa się, pod warunkiem, iż się ma oczy dla rzeczy ukrytych, ślady tego, że i oni spłacili daninę ludzkiej słabości. Wszyscy oni aspirowali do cnoty także i dla siebie, przynajmniej w chwilach swego znużenia: jest to pierwszy i kapitalny błąd moralisty, jako tego, który ma być immoralistą czynu: że takim właśnie wydawać mu się nie wolno, to jest rzecz inna. Albo raczej nie jest to rzecz inna: takie zasadnicze zaparcie się siebie (wyrażając się słowami morału: udawanie) należy do kanonu moralisty i jego najosobistszej nauki o obowiązkach: bez tego zaparcia się siebie nie osiągnie on nigdy swojego rodzaju doskonałości. Wyzwolenie od moralności, także i od prawdy, gwoli temu celowi, który wynagradza wszelką ofiarę: gwoli panowaniu moralności — tak brzmi ów kanon. Moralistom potrzebna jest poza cnoty, także i poza prawdy; ich błąd zaczyna się dopiero tam, gdzie poddają się cnocie, gdzie tracą panowanie nad cnotą, gdzie sami stają się moralni, prawdziwi. Wielki moralista jest, między innymi, koniecznie także i wielkim aktorem; jego niebezpieczeństwem jest to, że jego udawanie niepostrzeżenie staje się naturą; jego ideałem zaś jest w boski sposób oddzielać swoje esse od swego operari105; wszystko, co czyni, musi on czynić sub specie boni106 — ideał to wysoki, daleki, pełen uroszczeń! Ideał boski! I rzeczywiście słuch niesie, że moralista naśladuje przez to wzór niemały, bo samego Boga: Boga, tego największego immoralistę czynu, jaki istnieje, immoralistę, który tym nie mniej jednak umie pozostać tym, czym jest, dobrym Bogiem...