323.

Anty-Darwin. Oswojenie człowieka jakąż wartość ostateczną może posiadać? Lub czy w ogóle oswojenie posiada wartość? Są powody do zaprzeczania temu.

Wprawdzie szkoła Darwina czyni wielkie wysiłki, żeby nas przekonać, iż jest przeciwnie: pragnie, by wpływ oswojenia mógł stać się głębokim, ba, fundamentalnym. Tymczasem upieramy się przy starym: dotychczas nie okazało się nic, prócz całkiem powierzchownego wpływu domestykacji — lub też zwyrodnienia pod jej wpływem. I wszystko, co się wymyka z rąk ludzkich i hodowli, niemal natychmiast powraca znowu do stanu natury. Typ pozostaje niezmienny: nie można „dénaturer la nature180”.

Liczy się na walkę o byt, na wymieranie słabszych istot i na pozostawanie najtęższych i najlepiej wyposażonych; przeto imaginuje się stały wzrost doskonałości istot. Myśmy przekonali się odwrotnie, że w walce o życie przypadek służy tak dobrze słabym, jak silnym; że chytrość często z korzyścią zastępuje siłę; że płodność gatunków znajduje się w szczególnym stosunku do szans zniszczenia...

Przypisuje się doborowi naturalnemu jednocześnie powolne i nieskończone metamorfozy: wierzy się, że każda korzyść dziedziczy się i w następnych pokoleniach wyraża się silniej (kiedy tymczasem dziedziczność jest tak kapryśna...); konstatuje się szczęśliwe przystosowanie się pewnych istot do bardzo szczególnych warunków życiowych i oświadcza się, że zostały osiągnięte dzięki wpływom środowiska.

Nie znajdujemy jednak przykładów doboru nieświadomego nigdzie (wcale a wcale). Najodmienniejsze indywidua łączą się, krańcowe mieszają się z tłumem. Wszystko przykłada się do zachowania swego typu; istoty posiadające znamiona zewnętrzne, zabezpieczające od pewnego rodzaju niebezpieczeństw, nie tracą tych cech, znalazłszy się w warunkach, w których żyją bezpiecznie... Jeśli zamieszkują okolice, gdzie szata owa przestaje je ukrywać, zgoła nie zbliżają się do środowiska.

Dobór najpiękniejszych przesadzono do tego stopnia, że o wiele przewyższa popęd piękności w naszej własnej rasie! W rzeczywistości to, co najpiękniejsze, łączy się z kreaturami bardzo wydziedziczonymi, największe z najmniejszym. Niemal zawsze widzimy, jak samiec i samica korzystają z każdego przypadkowego spotkania i wcale a wcale nie okazują się trudnymi w wyborze. Modyfikacja pod wpływem klimatu i pożywienia — lecz ta w rzeczywistości obojętna.

Nie ma form przejściowych.

Twierdzi się o wzrastającym rozwoju istot. Brak wszelkiej podstawy ku temu. Każdy typ posiada granicę: poza tę rozwój nie wykracza. Do tego punktu bezwzględna prawidłowość.

Mój pogląd ogólny. Twierdzenie pierwsze: człowiek jako gatunek nie czyni postępów. Osiąga się wprawdzie typy wyższe, lecz nie są one trwałe. Poziom gatunku nie podnosi się.

Twierdzenie drugie: człowiek jako gatunek w porównaniu z jakimkolwiek innym zwierzęciem nie przedstawia postępu. Cały świat zwierzęcy i roślinny nie rozwija się od stopni niższych do wyższych... Lecz wszystko dzieje się społem, nieładem, wbrew i spornie. Bogatsze i bardziej złożone formy — ponieważ wyrażenie „typ wyższy” nie oznacza nic więcej — przepadają łatwiej: tylko najniższe zachowują charakter pozornie nieprzemijający. Pierwsze osiąga się rzadko i z trudem utrzymują się one na wyżynie: drugie mają za sobą kompromitującą płodność. I w ludzkości także typy wyższe, szczęśliwe wypadki rozwoju przy sprzyjających i niesprzyjających okolicznościach giną łatwo. Wystawione są one na wszelkiego rodzaju décadence: są krańcowe i przez to samo już niemal décadents... Krótkotrwałość piękności, geniusza, cezara jest sui generis: coś podobnego nie dziedziczy się. Typ przechodzi dziedzicznie; typ nie ma nic krańcowego, nie jest „wypadkiem szczęśliwym”... Przyczyna tego nie tkwi w szczególniejszym fatalizmie, w „złej woli” natury, lecz po prostu w pojęciu „typu wyższego”: typ wyższy przedstawia bez porównania większą złożoność — większą sumę skoordynowanych elementów: wskutek tego dyzagregacja staje się bez porównania prawdopodobniejsza. „Geniusz” jest maszyną najszczytniejszą, jaka istnieje — skutkiem tego najkruchszą.

Twierdzenie trzecie. Oswojenie („kultura”) człowieka nie sięga głęboko... Gdzie sięga głęboko, natychmiast staje się zwyrodnieniem (typ: chrześcijanin). Człowiek „dziki” (lub wyrażając się słowami moralności: człowiek zły) jest powrotem do natury — i, w pewnym znaczeniu, powrotem do zdrowia, uleczeniem z „kultury”...