542.

Nie czyńmy z namiętności argumentu prawdy! — O, wy, prawi, a nawet szlachetni marzyciele, znam ja was! Chcecie mieć słuszność w oczach własnych i w oczach naszych, lecz przede wszystkim w oczach własnych! — A pobudliwy i subtelny niepokój sumienia tak często poduszcza i żenie235 was właśnie przeciw waszemu marzycielstwu! Ileż to bystrości objawiacie wtedy w oszukiwaniu i ogłuszaniu tego sumienia! Jakżeż nienawidzicie ludzi prostych, uczciwych, nieskazitelnych, jak zazdrościcie im niewinnych ich oczu! Ową lepszą wiedzę, której dano wam być przedstawicielami, której głos w was samych rozlega się donośnym o wierze waszej wątpieniem — z jakąż oczerniacie ją usilnością jako złą nawyczkę, jako chorobę epoki, jako zaniedbanie i skażenie swego własnego duchowego zdrowia! Posuwacie się aż do nienawiści krytyki, umiejętności, rozumu! Musicie fałszować historię, iżby wam dawała świadectwo, musicie przeczyć cnotom, by nie przyćmiewały waszych bożków i ideałów! Macie tam na zawołanie barwne obrazki, gdzie zachodzi potrzeba dowodów rozumowych! Zamiast nich żar i potęga słowa! Srebrzyste opary! Ambrozyjskie noce! Umiecie oświetlać i omraczać, omraczać światłem! Jakoż gdy namiętność wasza dojdzie do szału, nastaje chwila, kiedy powiadacie sobie: oto zdobyłem sobie spokój sumienia, teraz jestem wielkoduszny, odważny, pełen zaparcia się i wspaniałomyślności, teraz jam uczciwy! Jakże jesteście spragnieni tych chwil, gdy namiętność wasza przyznaje wam wobec was samych, zupełną, bezwzględną słuszność i niejako niewinność, gdy nie posiadacie się z walki, upojenia, odwagi, nadziei i wyżsi jesteście nad wszelkie wątpienia, gdy wyrokujecie: „kto nie popadł w szał, ten zgoła nie może wiedzieć, czym i gdzie jest prawda”! Z jakimż upragnieniem szukacie w tym stanie — jest to stan zdrożności intelektu — ludzi swej wiary, by u ich pożogi rozniecić swe płomię! Och, to męczeństwo wasze! Och, to wasze zwycięstwo uświęconego kłamstwa! Musicież udręczać siebie takim straszliwym cierpieniem? — Musicież?