SCENA 2
Judyta sama, wstaje.
Wszechmocny Boże! Strząsam ten proch z głowy;
Chwytam za rąbek twój płaszcz purpurowy,
Czepiam się Ciebie, jakbym gdzieś w daleki
Świat idąc, miała stracić Cię na wieki.
Jam już nie chciała modlić się do Ciebie,
A jednak muszę, jak odetchnąć muszę,
By się nie zdusić: widzisz, ja się duszę.
O Boże! Czemu Ty kryjesz się w niebie?
Wychyl się, ukaż skinienie swej dłoni,
Gdym ja za słaba, by dosięgnąć do niéj!
Jak zewnątrz świata i czasu, leżałam
W bólu, czekając znaku twego, Panie,
Aby mnie podniósł, nakazał działanie.
Wtem, na wieść grozy, radością zapałam:
To znak... Ty znowu chcesz, tak mi się zdało,
Przez twe wybrane nową błysnąć chwałą.
To, co mnie wzniosło, innych powaliło;
Widziałam z dumą, z rodzącą się siłą,
Jakby twa ręka łaskawie wskazała,
Że to przeze mnie ma błysnąć twa chwała.
Radością nawet duszę mą przejęło,
Że ten, któremu zlecałam to dzieło,
Zamiast z rycerską podjąć je ochotą,
Skurczony robak, zwinął się w swe błoto.
— To ty, Judyto! To ty! Tylko śmiało!...
Tysiące głosów do mnie zawołało.
Padłam na ziemię i przysiędze wierna,
Nie wstanę póty, aż Ty mi, o Panie!
Boleści moich dając rozwiązanie,
Wskażesz, jak zetrzeć serce Holoferna.
Patrzyłam wewnątrz siebie, czy przez lice
Nie padną z duszy śmierci błyskawice;
Patrzyłam zewnątrz, czy gdzie na pustyni
Nie wstanie mąż, co zbytnią35 mnie uczyni;
Lecz wewnątrz, zewnątrz, wszędzie głucho, ciemno,
Tylko myśl jedna wciąż krąży przede mną,
Wzlatuje, wraca, w głąb serca się wpija...
Myślże to Twoja?... Czyja, Panie!... Czyja?...
zrywa się
Tak! To myśl Twoja... Wiatr niesie ją echem:
Do mego czynu droga zwie się grzechem!
Dzięki Ci za twą łaskę oczywistą!
Nieczystość w ręku twym staje się czystą!
A ja, kto jestem, nędzna, by się z Tobą
Spierać i duszę okrywać żałobą?
Do tej ofiary nie mogęż się wznieść?
Mniejże mam kochać Ciebie, niż swą cześć?
W oczach mi widniej! więzy moje pękną.
Teraz wiem, czemuś uczynił mnie piękną,
Czemuś mnie skazał na wieczne panieństwo,
Którym się brzydzą nasze obyczaje.
To, co ja miałam za twoje przekleństwo,
Błogosławieństwem dziś mi się wydaje.
spogląda w zwierciadło
Zwierciadło!... Co też zobaczę dziś tam?
Ha! dziwny obraz. Lica! Nie wstyd wam
Za tę bezbarwność? Jakby do was wcale
Nie dopływały krwi serdecznej fale.
Was, oczy, chwalę: wyście nie daremnie
Piły ten ogień, gorejący we mnie;
Płoniecie żarem gorączki. Nareszcie,
Wam, biedne usta, nie mam za złe, żeście
Tak blade, jakby zbiegło od was życie:
Wasz pocałunek ma być zgrozą — drżycie!
wyprostowuje się, rękę podnosi do góry
Tak! Mnie do grzechu duch ofiary niesie.
chwyta się obu rękami za pierś
To wszystko twoim jest, Holofernesie!
Lecz drżyj, gdy tobie zawróci się głowa:
Do mojej drogi jam strasznie gotowa.