SCENA DWUDZIESTA PIERWSZA

Królowa i Markiz Poza.

KRÓLOWA

Ach, nareszcie! Markizie! Szczęściem przybywacie!

MARKIZ

blady, z pomieszanym obliczem — drżącym głosem i przez cały ciąg trwania sceny w nastroju uroczystym i głębokim wzruszeniu

Jesteś sama — królowo? — w sąsiedniej komnacie

Czy nikt nas nie podsłucha?

KRÓLOWA

Tam nie ma nikogo.

Czemu? Cóż mi niesiecie?

przyjrzawszy się bliżej Markizowi cofa się z przerażeniem

Mnie przejmuje trwogą

Sam widok waszej zmiany! Markizie! Cóż głosi

Ten wyraz twarzy, który piętno śmierci nosi?

MARKIZ

Wiecie pewnie o wszystkim?

KRÓLOWA

Że Carlos więziony,

I przez was — jak dodają — głos więc rozniesiony

Jest prawdą? Ja nie chciałam wierzyć — chyba że mnie

Upewnicie.

MARKIZ

Tak — prawda.

KRÓLOWA

I przez was?

MARKIZ

Przeze mnie.

KRÓLOWA

patrząc przez chwilę na Markiza z niedowierzaniem

Uwielbiam wasze czyny, choć trudność niejaką

Miałabym w ich pojęciu. Lękam się wszelako —

Wybacz trwodze niewieściej — czy w tym zajściu całem

Gra nie była za śmiałą.

MARKIZ

Ja tę grę przegrałem!

KRÓLOWA

Boże!

MARKIZ

Wasza spokojność nie będzie zachwiana.

On jest zabezpieczony. Owa zaś przegrana

Mnie samego dotyczy.

KRÓLOWA

Cóż usłyszę? Boże!

MARKIZ

Bo komuż taka śmiałość bezkarnie ujść może?

Któż mi kazał na jeden wątpliwy rzut kości

Narażać wszystko — wszystko! Nazbyt zuchwałości,

Aby do gry wyzywać tak ufnie niebiosy!

Któryż człowiek się waży tajemnymi losy

Kierować, ciężki rudel160 biorąc w dłoń zuchwałą,

Nie uzbrojony wszechwiedzą? Słusznie się więc stało!

Lecz nie mówmy o sobie. Ta chwila tak droga

Jak całe życie ludzkie! Któż wie, czy złowroga,

Skąpa ręka sędziego ostatniej nie roni

Kropli z mego żywota?

KRÓLOWA

Co? Z sędziego dłoni?

Jakiż ton uroczysty?! Wcale nie pojmuję,

Co znaczy wasza mowa, lecz mnie strach przejmuje.

MARKIZ

On został ocalony! Co to kosztowało...

To mniejsza! Ale tylko na dzisiaj. Tę małą

Chwilę zużyć oszczędnie będzie w jego mocy.

Madryt dzisiejszej jeszcze niech opuści nocy.

KRÓLOWA

Dzisiejszej?

MARKIZ

O podróżnym myślałem przyborze.

Znajdzie już w tymże samym kartuzów klasztorze,

Który krył przyjaźń naszą swoimi murami,

Czekającą nań pocztę161. Tu składam wekslami162

To wszystko, co mi szczęście na ziemi oddało.

Co zbraknie — dołożycie.

Wprawdzie — serce miało

Niejedno do zwierzenia memu Karolowi —

Niejedno, co znać winien. Lecz może losowi

Przyjdzie ulec i z ustną żegnać się rozmową.

Dzisiaj wieczór z nim będziesz widzieć się, królowo!

Do ciebie więc się zwracam.

KRÓLOWA

Przez litość nade mną

Wytłumacz się, markizie, i zagadkę ciemną

Wyjaśnij odpowiedzią: cóż się zatem stało?

MARKIZ

Ważne jeszcze wyznanie w mej piersi zostało —

Składam je w ręce wasze.

Miałem sobie dane

Szczęście — jakie niewielu śmiertelnym jest znane:

Kochałem królewskiego syna. Serce moje,

Jedynemu oddane, świat cały we swoje

Przytuliło objęcia. Jam w duszy Karola

Stwarzał raj dla milionów. Lecz przeznaczeń wola

Rozwiała sny urocze przedwczesnym rozdziałem

Tej ręki z pięknym krzewem, który zaszczepiałem.

Jego Rodryg za chwilę będzie dlań stracony —

Przyjaciel winien odżyć w sercu uwielbionej!

Tu więc — tu, na ołtarzu przez niego święconym,

W sercu jego królowej, niech znajdzie złożonym

Ten mój legat163 szacowny — ostatnie żądanie,

Które wręczyć mu raczysz, gdy mnie już nie stanie.

Odwraca oblicze — łzy głos mu tamują.

KRÓLOWA

To głos woli przedśmiertnej — przecież jeszcze tuszę164,

Że to wpływ krwi wzburzonej — albo czyliż muszę

Upatrywać myśl głębszą w tej waszej przemowie?

MARKIZ

usiłując się uspokoić, mówi głosem stanowczym

Oby pomniał165 przysięgę! Królowa mu powie —

W owych dniach snów wiośnianych wzajemnie złożoną —

Przysięgę świętej hostii podziałem stwierdzoną.

Ja mojej dotrzymałem do tchu ostatniego —

Do śmierci byłem wierny — dziś kolej na niego.

KRÓLOWA

Do śmierci?

MARKIZ

Powiedz księciu — niech w prawdę zamieni

Ten obraz sennych marzeń — ten ów obraz śmiały,

Któremu serca bratnie boski zaród dały,

Przetworzenie do gruntu podstawy państwowej.

Niech pierwszy dłoń położy na ten głaz surowy —

A czy dzieła dokona, czy pod nim upadnie,

To mniejsza. Niechaj zawsze pierwszy rękę kładnie166!

Po nim wieki przepłyną. Dopuszczenie Boże,

Jak jego — królewskiego syna zesłać może

I równie jak dziś jego, tronem go obdarzyć —

Może tchnieniem podobnym pierś jego rozżarzyć.

Powiedz mu, niech młodzieńczym snom czci nie odbiera,

Nawet gdy mężem będzie. Niechaj nie otwiera

Serca — tego boskiego kwiatu — zabójczemu

Gadowi — rozumowi z wyższości dumnemu.

I niech się uwieść nie da, jeśli na natchnienie,

Na tę niebios zesłankę, krzywdzące zelżenie167

Rzuci ta mądrość pyłu.

O tym wiele razy

Uprzedzałem go.

KRÓLOWA

Cóż to? Jakież te wyrazy

Cel mieć mogą? Markizie!

MARKIZ

I powiedz mu jeszcze,

Że ja szczęście ludzkości w jego duszy mieszczę —

Żądam go, umierając — żądam! Gdyż mam prawo!

Mogłem nad tymi państwy zaległą noc mgławą

Rozjaśnić nowym rankiem.

Król dla mnie otworzył

Swe serce — synem nazwał. W ręce moje złożył

Pieczęć państwa. I Alby więcej nie istnieją!...

zatrzymuje się i przez chwilę patrzy na Królowę w milczeniu

Płaczecie? Ot w łzach waszych cudnie promienieją

Piękności duszy waszej — płaczecie z radości —

Lecz wszystko już przepadło — wszystko do nicości

Strącone. Ja lub Karol!

To wybór był pilny

I straszny! Ten upadek groził nieomylny

Z nas jednemu. Tym jednym ja słusznie zostaję.

O więcej nie pytajcie.

KRÓLOWA

Teraz was poznaję.

Teraz wreszcie, markizie! Cóżeś, nieszczęśliwy,

Uczynił?

MARKIZ

By ocalić słońca wschód leniwy

Z dniem lata pogodnego — jam dał na ofiarę

Pochmurnego wieczoru krótkich godzin parę.

Króla rzucam. W czym taki jak ja mu usłuży?

Na tej glebie skalistej żadna z moich róży

Już więcej nie zakwitnie.

Niech w mym przyjacielu

Tak potężnym dojrzewa do wzniosłego celu

Przyszłość świata! Hiszpanii los na niego zdaję.

Niech pod ręką Filipa do czasu zostaje

W krwi brocząca.

Lecz biada!... biada mnie i jemu,

Gdybym miał pożałować, żem z nas mniej godnemu

Lepszą cząstkę zostawił.

Nie! Powątpiewanie

Zbyteczne! Znam Karola... nie!... to się nie stanie!

A rękojmię168, królowo, dajecie wy całą.

Widziałem to uczucie, które kiełkowało;

Na nieszczęsną namiętność dawałem baczenie,

Widziałem, jak w głąb serca wpijała korzenie.

Stłumić wtedy tę miłość w pełnej mocy byłem.

Lecz nie zrobiłem tego — raczej ją krzepiłem169,

Bo nieszczęsną nie była ona w mym widzeniu.

Świat mieć może sąd inny — ja przecież w sumieniu

Skruchy nie mam i serce o grzech mnie nie wini.

Ja życie tam widziałem, gdzie śmierć widzą inni.

W płomieniu beznadziejnym wcześnie ja dojrzałem

Złoty promień nadziei. Ja jego wieść chciałem

Drogą cnoty — podnieść go do szczytu piękności

A gdym wzorów do tego nie miał w śmiertelności,

Gdy mowie słów nie stało, tu go więc zwróciłem,

A dla siebie ster tylko baczny zapewniłem,

Aby szałem miłości nie był zaślepiony.

KRÓLOWA

Markizie! Tak w przyjaźni byłeś zatopiony,

Że o mnie zapomniałeś! Czyś sądził prawdziwie,

Że w sobie kobiecości bynajmniej nie żywię?

Gdy mnie jego aniołem godną być uznajesz,

A jako broń do walki jemu cnotę dajesz?

Tyś tego nie rozważył, na co narażamy

To serce, gdy namiętność zbyt się poważamy

Uszlachetniać tym mianem.

MARKIZ

Tak bywa, niestety!

Wszakże z wyjątkiem jednej — jedynej kobiety!

Za tę jedną — przysięgam. Lub czy byś wstyd miała

Przed żądzą najszczytniejszą? I stać się nie chciała

Twórczynią bohaterskiej cnoty?

Cóż by miało

Obchodzić to Filipa, jeśli głośny chwałą

Ów obraz Przemienienia w Eskurialu — w łonie

Malarza, co zachwytu okiem obraz chłonie,

Roztli płomień i wzniesie w wieczność ponad ziemię?

Czy ta słodka harmonia, która w lutni drzemie,

Jest własnością handlarza, który ją pilnuje

Tępym uchem? On prawo jedynie kupuje

Swojej własności — lutni — na miazgę skruszenia,

Lecz nie sztuki, co budzi srebrny ton z uśpienia,

I w pieśni czarodziejskiej topi go w przestworze.

Prawdę zdobywa mędrzec. Piękno tylko może

Odczuć serce czujące. Jesteście oboje

Przeznaczeni dla siebie. Przy tej wierze stoję

Bez względu na tchórzliwe świata uprzedzenia.

Oddaj mu wieczną miłość. Tego przyrzeczenia

Żądam od was, królowo! Niechaj jej nie studzi

Ni heroizm fałszywy, ani wzgląd na ludzi —

Kochać go stale, wiecznie — przyrzekasz, królowo?

Przyrzekasz daniem ręki?

KRÓLOWA

podając rękę

Zapewnienia słowo

Daję wam, że to serce jedno... i na wieki

Będzie sędzią mych uczuć.

MARKIZ

cofając rękę z uścisku

Teraz me powieki

Zamknę w Bogu, spokojny. Skończyłem mą pracę.

Oddaje pokłon i zamierza oddalić się.

KRÓLOWA

odprowadzając Markiza wzrokiem

Odchodzicie — nie mówiąc, na długo was tracę?

Markizie! Kiedyż znowu zobaczę się z tobą?

MARKIZ

powracając

O! Z największą pewnością! Zobaczym się z sobą.

KRÓLOWA

Zrozumiałam cię, Pozo! Już pojęciu memu

Wszystko teraz jest jasne. Ale powiedz — czemu

Tak ze mną postąpiłeś?

MARKIZ

On — lub ja!

KRÓLOWA

Nie! — o! nie!

Tym czynem dobrowolnie rzucacie się w tonie,

Mieniąc to czynem wzniosłym. Próżne tu przeczenie —

Znam was. Dawno ku temu żywicie pragnienie.

Niech tysiące serc pęka, to was troszczy mało —

Byle się tylko waszej dumie zadość stało.

Teraz — teraz was widzę w pełnym prawdy blasku:

Wyście tylko pragnęli podziwu, oklasku.

MARKIZ

zmieszany, na stronie

Nie — jam się nie spodziewał zarzutu takiego.

KRÓLOWA

po chwili milczenia

Markizie! Czy już nie ma ratunku?

MARKIZ

Żadnego!

KRÓLOWA

Żadnego?... Zastanów się — nawet i przeze mnie

Niepodobny170 ratunek?

MARKIZ

I przez was daremnie.

KRÓLOWA

Znasz mnie tylko w połowie — ja silną się czuję.

MARKIZ

Wiem.

KRÓLOWA

I nie ma ratunku?

MARKIZ

Ja go nie znajduję!

KRÓLOWA

oddala się zasłaniając twarz rękami

Odejdźcie!... Nie mam więc już czcić kogo...

MARKIZ

w poruszeniu gwałtownym, padając na kolana

O Boże!

Królowo!... Jednak pięknym to życie być może!

Powstaje i spiesznie się oddala. Królowa wchodzi do swego gabinetu.