SCENA CZWARTA

Ogród. Noc, blask księżyca.

Lena siedzi na murawie.

VALERIO

oddalony nieco

Urocza to rzecz przyroda, ale bardziej byłaby urocza, gdyby nie istniały komary, łóżka w zajazdach natomiast były nieco schludniejsze, a świerszcze w ścianach cykały trochę ciszej. Tam, pod dachem, chrapią ludzie, a tutaj kumkają żaby, tam szeleszczą chrząszcze domowe, a tutaj polne. Miła murawo, to szaleńcza decyzja!

Kładzie się na trawniku.

LEONCE

wchodzi

O nocy, balsamiczna jak pierwsza, co na raj spłynęła!

Spostrzega Księżniczkę i zbliża się do niej cichutko.

LENA

mówi do siebie

We śnie ozwała się piegża. — Noc głębiej usypia, oblicze jej bledsze, spokojniejszy dech. Miesiąc25 jest jak dziecko uśpione, złote kędziory we śnie opadły mu na oczy. — O, jego sen jest śmiercią. Spoczywa anioł umarły na miękkich, mrocznych obłokach, a gwiazdy wokół niego goreją jak gromnice! Biedne dziecko! Smutne, umarłe i zupełnie samotne!

LEONCE

Powstań w twojej szacie białej i stąpaj poprzez noc za umarłym, i śpiewaj mu piosenkę pożegnania!

LENA

Kto? kto mówi?

LEONCE

To sen.

LENA

Błogie są sny.

LEONCE

Tedy śnij błogo i pozwól, abym był twoim snem.

LENA

Z wszystkich snów najbardziej błogi jest zgon.

LEONCE

Tedy pozwól, abym był aniołem zgonu. Niechaj wargi moje musną oczy twoje, podobne jego skrzydłom. całuje ją Śliczna umarła, tak cudnie spoczywasz na całunie nocy, iż natura nienawidzić poczyna życie i miłuje śmierć.

LENA

Nie, zostaw mnie!

Zrywa się i szybko oddala.

LEONCE

Zbyt wiele! Zbyt wiele! Całe istnienie moje zawarte w tej jednej chwili. Umrzyj teraz! Więcej nie podobna. Dysząc świeżością, lśniąc urodą, ku mnie z powijaków chaosu wyłania się świat! Ziemia jest czarą z ciemnego złota: jakże szumi w niej blask i przelewa się poza brzegi i w górę świetliście wypryskują gwiazdy! Ta kropla szczęścia upaja mnie, jestem jak kosztowne naczynie! O pucharze pełen świętości, rzucę cię w otchłań.

Chce rzucić się w rzekę.

VALERIO

porywa się i wstrzymuje go przemocą

Ani kroku, serenissime26!

LEONCE

Puść mnie!

VALERIO

Puszczę waćpana, kiedy wywietrzeje mu ta pustota i opuści chęć skakania do wody.

LEONCE

Głupcze!

VALERIO

Czyż jego wysokość nie wzniosła się jeszcze ponad romantyzm oficerka: wyrzucać za okno kieliszek, którym spełniło się zdrowie kochanki?

LEONCE

Bóg z tobą, chyba masz słuszność.

VALERIO

Pociesz się waćpan. Jeśli nocy tej nie uśnie waść pod murawą, to w każdym razie na niej. Równie samobójcza byłaby próba przespania się w którymś z łóżek. Leży się na sienniku jak nieboszczyk, a pchły kąsają, jakby tryskało się zdrowiem.

LEONCE

Niech i tak będzie. kładzie się na trawie. Hultaju, sfuszerowałeś mi najświetniej zainscenizowane samobójstwo. Nie znajdę w życiu równie wybornej okazji, a i pogoda jest nienaganna. Teraz nie jestem już w nastroju. Ten gamoń zepsuł mi wszystko swą żółtą kamizelką i błękitnymi portkami. — Niechaj niebiosa użyczą mi pokrzepiającego snu — tylko bez snów, bez snów!

VALERIO

Amen — a ja ocaliłem od zguby istnienie ludzkie i spokojne moje sumienie posłuży mi za wygodną poduszkę.

LEONCE

Na zdrowie, Valerio!