SCENA PIERWSZA
Leonce, Valerio.
VALERIO
Żenić się? Od kiedy to jego wysokość decyduje się na sprawy nieodwołalne?
LEONCE
Czy wiesz ty, Valerio, że nawet najlichszy z ludzi tak jest wielki, iż o wiele za krótkie bywa życie, aby móc go naprawdę pokochać? A poza tym mogę chyba sprawić satysfakcję pewnemu gatunkowi osób, które imaginują sobie, iż nic nie jest dostatecznie piękne i święte — czego by nie trzeba upiększać i uświęcać. Jest pewien powab w tej ujmującej arogancji. Czemuż nie miałbym im użyczyć tej przyjemności?
VALERIO
Bardzo humanitarne, by nie rzec filobestialskie! Ale czy też ona domyśla się, kim waść jesteś?
LEONCE
Wie jedno tylko, że mnie kocha.
VALERIO
A czy aby jego wysokość wie, kim ona jest?
LEONCE
Głupcze! Spytaj róży i kropli rosy o ich imiona.
VALERIO
A więc jest w ogóle kimś, jeśli to nie brzmi nadto niedelikatnie i nie zatrąca definicją pedanta. — Ale do czego ma to doprowadzić? — Hm, książę, czy będę ministrem, jeśli waszmość dzisiaj jeszcze poślubi w obliczu ojca i z jego najmiłościwszym błogosławieństwem tę niewymowną i bezimienną? Słowo książęce?
LEONCE
Moje słowo!
VALERIO
Nieborak Valerio ściele się do stóp jego ekscelencji ministrowi stanu Valerio de Valeriental. — „Czego chce ten huncwot? Nie znam go. Precz, hultaju!”
Wybiega; za nim wychodzi Leonce.