SCENA PIERWSZA
Pole. W głębi oberża.
Leonce i Valerio, który dźwiga tłumok, wchodzą.
VALERIO
dysząc
Na honor, mój książę, świat ten jest bezmiernie przestronną budowlą.
LEONCE
Cóż znowu! Cóż znowu! Ledwo ośmielam się wyciągnąć ręce, jak w zwierciadlanej sali, w obawie, by nie natknąć się na ściany: śliczne postaci prysną, a ja stanąłbym przed nagim murem.
VALERIO
Jestem zgubiony.
LEONCE
Ten tylko poniesie stratę, kto cię odnajdzie.
VALERIO
Chyba że odsapnę w cieniu własnego cienia.
LEONCE
Rozpłyniesz się niezadługo w oparach słońca. Czyż widzisz tę piękną chmurkę nad głową? To co najmniej ćwierć twojej istoty. Z niezachwianym spokojem spogląda na bardziej materialne substancje twojej osoby.
VALERIO
Chmura ta zdałaby się głowie waszmości, gdyby tak zechciała opaść kropla po kropli. — Też mi pomysł! Przebiegliśmy z tuzin księstw, z pół tuzina wielkich księstw i kilka królestw, a wszystko to w gwałtownym pośpiechu w ciągu pół dnia — i czemu to? Bo chciano go zrobić królem i zaślubić mu uroczą księżniczkę! Jak to, waszmość znosi to położenie? Nie pojmuję rezygnacji waćpana! Nie rozumiem, że nie zażył aść arszeniku, nie stanął na szczycie wieży kościelnej i nie strzelił sobie w łeb — dla wszelkiej pewności.
LEONCE
Ależ, Valerio, pomyśl o ideałach! Noszę w sobie ideał kobiety i nie spocznę, póki go nie odnajdę. Jest przedziwnie piękna i bezmiernie bezduszna. Piękno to jest tak bezradne, tak wzruszające jak nowo narodzone dziecko. Wspaniałe przeciwieństwo: niebiańsko głupkowate oczy, bosko naiwne usta, idiotyczny grecki profil, duchowa nicość w bezdusznym ciele.
VALERIO
Do stu diabłów! Znów jesteśmy na granicy. To kraj jak cebula: same łupiny lub pudełka szczelnie dopasowane: w największym są same pudełka, a w najmniejszym nie ma nic. rzuca tłumok o ziemię Czy ten tłumok ma mnie wiecznie tłoczyć jak głaz mogiłę? Posłuchaj, książę, z wolna stanę się filozofem: to obraz ludzkiego istnienia. Tłumok ten wlokę poranionymi stopami przez skwar i mróz, wieczorem bowiem pragnę przywdziać czystą koszulę, a kiedy wreszcie nadejdzie zmierzch, czoło moje zryte jest zmarszczkami, policzki zapadłe, oczy zasnute mrokiem i tyle tylko starczy mi czasu, by przywdziać koszulę śmiertelną. Czyż nie postąpiłbym roztropniej, gdybym te moje szmaty zdjął z kołka, sprzedał je w pierwszej lepszej gospodzie i upił się, i przespał w cieniu, póki nie zapadłby wieczór, zamiast mozolić się do siódmego potu? A teraz, mój książę, posłuchaj praktycznego wykładu i zastosowania: z wygórowanego poczucia wstydu warto by nadto przybrać również wnętrze ludzkie i od wewnątrz wdziać spodnie oraz surdut.
Obaj zmierzają ku oberży.
Och, najmilszy mój tobołku, jakaż woń smakowita, cóż za opary wina i zapaszek pieczeni! Och, niezrównane porteczki, jakże ślicznie wrastacie w ziemię i zielenicie się, i kwitniecie, a długie ciężkie grona zwisają mi do ust — i moszcz burzy się słodko pod tłocznią.
Wychodzą.
Wchodzą Księżniczka Lena i Guwernantka.
GUWERNANTKA
To najwidoczniej zaczarowany dzień, słońce nie zachodzi i nieskończenie dawno rozpoczęłyśmy naszą ucieczkę.
LENA
Ależ nie, moja droga, zaledwo przywiędły kwiaty, które zerwałam, żegnając się z ogrodem.
GUWERNANTKA
I gdzież mamy spocząć? Na nic nie natrafiłyśmy jeszcze. Klasztoru nie widzę, pustelnika ani pasterza.
LENA
Inaczej, widocznie, wymarzyłyśmy wszystko, pochylone nad książkami, za murami naszego ogrodu, między oleandrem a mirtem.
GUWERNANTKA
Och, wstrętny jest świat. Ani zamarzyć o błędnym królewiczu.
LENA
O, piękny jest i przestronny, i tak bezmiernie daleki! Pragnęłabym iść tak ciągle przed siebie, nocą i dniem. Nie drgnie nic. Rumiany pył stoi nad łąkami, a dalekie góry przylgnęły do ziemi jak odpoczywające obłoki.
GUWERNANTKA
Panie Jezu, co też powiedzą o tym? A przecie tak delikatne jest to i kobiece. Jest to jakoby wyrzeczenie. Jak gdyby ucieczka świętej Otylii. Ale musimy poszukać noclegu, zapada zmierzch.
LENA
O, tak, rośliny składają płatki do snu, a promienie słoneczne ważą się na źdźbłach trawy jak znużone libelle22.