SCENA DRUGA
Oberża na wzgórzu, ponad rzeką, daleki widok. Z przodu ogród.
Valerio, Leonce.
VALERIO
Czyliż portki waćpana, mój książę, nie dostarczyły wybornego trunku? A trzewiki nie spływają po krtani jak miód?
LEONCE
Popatrz, te stare drzewa, żywopłoty, kwiaty, wszystko to ma swoje dzieje, swoje urocze, utajone dzieje. Czy widzisz te olbrzymie, przyjazne oblicza na przyzbie, pod kiśćmi wina? Jak też zasiedli, trzymając się za ręce, i trwożą się, że tak są zgrzybiali, a świat tak młody. O Valerio, i jam tak młody, a tak stary świat. Czasem przeszywa mnie lęk o mnie samego, mógłbym zaszyć się w kąt i, litując się nad sobą, płakać rzewnymi łzami.
VALERIO
podając mu szklankę
Ujmij ten klosz, szklany klosz, i zanurz się w morzu wina, niechaj szumiąc zamknie się nad głową. Spójrz, jak elfy złotymi stopkami igrają nad winogradem, uderzając w cymbałki.
LEONCE
zrywając się
Valerio, chodź, musimy czymś się zająć, koniecznie się zająć! Zapuśćmy się w głębokie dociekania; badać będziemy, czemu ten zydel stoi na trzech nogach, a nie na dwóch. Chodź, będziemy robić sekcję mrówek i liczyć słupki kwiatów. Mimo wszystko zdobędę się jeszcze na jakąś pasję książęcą. Mimo wszystko odnajdę grzechotkę, która wtedy wypadnie mi dopiero z rąk, kiedy pochylę się, by zbierać płatki śniegu lub skubać frędzle. Tkwi we mnie jeszcze pewna doza entuzjazmu, ale kiedy wszystko przyrządzę i misa paruje, upływa nieskończenie wiele czasu, nim znajdę łyżkę, którą mógłbym czerpać, i tak kończy się wszystko na niczym.
VALERIO
Ergo bibamus23! Ta butla nie jest bogdanką ani ideą, nie przyprawia o bóle porodowe, nie zanudza ani nie zdradza, pozostaje jednaka od pierwszej do ostatniej kropli. Wystarczy złamać pieczęć, a wszystkie drzemiące w niej sny wypryskują ku tobie, skrząc się.
LEONCE
O Boże! Pół życia mojego będzie dziękczynną modlitwą, jeśli wolno mi podjąć z ziemi źdźbło słomy, które dosiądę jak rumaka, a on mnie poniesie, póki znów nie zwalę się na słomę. Jakiż wieczór niesamowity! Tam w dole wszystko w ciszy, a tu w górze zmieniają się i płyną chmury, a blask słoneczny błyska, to gaśnie. Spójrz, jakie dziwne gonią się postacie! Spójrz na długie, białawe cienie, ich nogi okropnie chude i skrzydła nietoperze, o, wszystko tak zwinne, tak splątane, a tam w dole nie drgnie liść ni trawa. Ziemia skuliła się trwożnie jak dziecko, a ponad kołyską jej stąpają widma.
VALERIO
Nie wiem, czym waść się niepokoi, wybornie się miewam. Słońce wygląda jak godło oberży, a chmury ogniste ponad nim jak napis „Zajazd Pod Złotym Słońcem”. Ziemia i woda tam w dole są jak gładki stół, na który rozlano wino, a my leżymy na obrusie jak karty do gry, którymi z nudów zabawiają się Pan Bóg i diabeł, waszmość jest tuzowym królem, a ja waletem, jeszcze brak tylko damy, pięknej damy z wielkim sercem z piernika na piersi i potężnym tulipanem, w który sentymentalnie zatapia się długi nos.
Wchodzą Guwernantka i Księżniczka.
A oto — jak mi Bóg miły — ona! Ale nie jest to w istocie tulipan, jeno niuch tabaki, i w gruncie rzeczy nie nos to, lecz trąba! do Guwernantki Czemu to asińdźka24 kroczy tak pośpiesznie, że wzrok zdumiony ogląda śp. łydki panine aż po same, za przeproszeniem, podwiązki?
GUWERNANTKA
przystaje, mocno zagniewana
A czemu waść tak szeroko rozdziawia gębę, że w tym pięknym widoku natrafia się na dziurę?
VALERIO
Aby dobrodzika nie pokrwawiła sobie nosa, uderzywszy o widnokrąg. Taki nochal jest jak wieżyca na Libanie, wyglądająca ku Damaszkowi.
LENA
do Guwernantki
Powiedz, czy daleka jest droga?
LEONCE
rozmarzony, mimowiednie
O, wszelka droga jest daleka. Tykanie zegara w naszej piersi jest powolne i każda kropla krwi wymierza swój czas, i życie jest jak trawiąca nas z wolna gorączka. Dla stóp znużonych każda droga jest zbyt daleka...
LENA
która nasłuchuje w trwożnym zadumaniu
I dla oczu znużonych wszelki blask zbyt kłujący, i dla warg znużonych wszelki oddech zbyt ciężki, z uśmiechem a dla uszu zmęczonych wszelkie słowo próżne.
Wchodzi wraz z Guwernantką do domu.
LEONCE
O miły mój Valerio! Czyż i ja nie mógłbym powiedzieć: „A jeśli jest to gaj pióropuszów i te kilka trefionych róż — wyborną sprzączką dla trzewików?”. To rzekłem, zda się, całkiem melancholijnie. Dzięki Bogu, że zaczynam produkować melancholię. Powietrze nie jest już tak jasne i zimne, niebo ogarnia mnie żarem i opadają ciężkie krople. — O, głos ten: czy daleka jest droga? Wiele głosów gada ponad ziemią i mniema się, iż mówią o czym innym, ale ten głos pojąłem. Spoczywa na mnie jak dech, który ongi unosił się nad wodami — nim stało się światło. Jakież wrzenie w czeluści, jakiż ferment narodzin we mnie, jakże głos ten przelewa się przestworem! „Czy daleka jest droga?”.
Wychodzi.
VALERIO
Nie, droga do domu obłąkanych niedaleka, łatwo na nią trafić, znam wszelkie ścieżki ku niej, zawiłe miedze i gościńce. Już go oglądam, jak stąpa przed siebie szeroką aleją, w zimowy wieczór, siny od mrozu, z kapeluszem pod pachą, jak przystaje pod długimi cieniami ogołoconych drzew i wachluje się chusteczką. — Błazen!
Idzie za nim.