SCENA TRZECIA

Sala ozdobiona z przepychem. Płoną światła.

Leonce wraz z kilkoma lokajami.

LEONCE

Czy zawarte wszystkie okiennice? Zapalcie świece! Żegnaj, dniu! Pragnę nocy, głębokiej ambrozyjskiej nocy. Ustawcie lampy pod kryształowe umbry wśród oleandrów, niech pobłyskują jak źrenice dziewczęce spod rzęs. Przybliżcie krzewy różane, aby wino, jak krople rosy, spryskało ich płatki. Muzyki! Gdzie są wiole? Gdzie Rozetta? Precz! Wszyscy precz!

Lokaje odchodzą. Leonce wyciąga się na łożu. Wchodzi Rozetta w wytwornym stroju. Z daleka słychać muzykę.

ROZETTA

zbliża się zalotnie

Leonce!

LEONCE

Rozetta!

ROZETTA

Leonce!

LEONCE

Rozetta!

ROZETTA

Wargi twoje ospałe. Od pocałunków?

LEONCE

Od ziewania!

ROZETTA

Och!

LEONCE

Ach, Rozetto, ciąży mi straszliwe brzemię...

ROZETTA

Wolno spytać?

LEONCE

Bezczynności...

ROZETTA

I miłości?

LEONCE

Bagatela!

ROZETTA

obrażona

Leonce!

Leonce

Bezmierny trud.

ROZETTA

Lub próżniactwo.

LEONCE

Masz słuszność, jak zawsze. Mądra z ciebie dziewczyna i bardzo cenię sobie twój rozumek.

ROZETTA

Kochasz mnie zatem z nudów?

LEONCE

Nie, nudzę się, bowiem kocham ciebie! Ale nudę samą kocham jak ciebie. Jesteście nierozdzielne. O dolce far niente9! Śnię ponad twoimi oczami jak nad głębokim źródłem cudu, pieszczota twoich warg usypia jak szumiące fale. obejmuje ją Chodź, nudo najmilsza, pocałunki twoje są rozkosznym ziewaniem, a twoje kroki jak uroczy hiatus10.

ROZETTA

Kochasz mnie, Leonce?

LEONCE

Ach, czemużby nie?

ROZETTA

I na zawsze?

LEONCE

To wielkie słowo: na zawsze! Jeśli cię kochać będę jeszcze pięć tysięcy lat i siedem miesięcy, czy to nie wystarczy? Wprawdzie o wiele to mniej niż zawsze, ale niezgorszy szmat czasu i czasu nie zabraknie nam do kochania.

ROZETTA

Albo czas ukradnie nam nasze kochanie.

LEONCE

Albo miłość ukradnie nam czas. Tańcz, Rozetto, tańcz, niechaj czas mija, jak mijają drobne twoje, śliczne twoje stopy.

ROZETTA

Moje stopy najchętniej wyszłyby poza czas.

tańczy i śpiewa

O moje stopy, musicie tańczyć, znużone,

W barwnych ciżemkach,

Pragnące spocząć, gdzie mogiłki zielone,

Bo to jest męka.

O moje usta, musicie dyszeć, spłonione,

Pieszczone wargi,

Pragnące zamrzeć i kwitnąć, różane,

Bez skargi.

O moje oczy, musicie płonąć, wpatrzone

W płomienie świecy,

Pragnące usnąć i spać, spłakane

Nie patrzeć więcej.

LEONCE

podczas tego, rozmarzony

O, miłość zamierająca piękniejsza jest od tej, która rozkwita. Jestem podobny Rzymianinowi; po wybornej uczcie złote ryby grają na deser barwami zgonu. Jakże obumiera rumieniec jej policzków, jak cicho wypala się oko, jak delikatnie bije i opada tętno! Adio, adio11, ślicznotko moja, umiłuję ciebie umarłą.

znów zbliża się Rozetta

Łzy, Rozetto? Co za epikureizm — móc płakać. Stań w blasku, aby te przepyszne krople zalśniły jak kryształy, wspaniałe z nich będą diamenty. Śliczny mogłabyś mieć z nich naszyjnik.

ROZETTA

Te diamenty kłują mnie w oczy, Leonce.

Chce go objąć.

LEONCE

Uważaj! Moja głowa! Tam pogrzebałem naszą miłość. Spójrz poprzez okna moich oczu. Widzisz, jak trupio piękna jest ta żałosna miłość? Czy widzisz dwie białe róże na jej jagodach i dwie czerwone u piersi? Nie potrącaj mnie, aby nie złamało się jej kruche ramię, byłaby wielka szkoda. Muszę głowę równo trzymać na barkach jak grabarz trumienkę.

ROZETTA

żartobliwie

Głuptasie!

LEONCE

Rozetta!

Rozetta przedrzeźnia go, robi grymas

Dzięki Ci, o Boże!

Przesłania oczy.

ROZETTA

przelękniona

Spójrz na mnie, spójrz na mnie, Leonce!

LEONCE

Przenigdy.

ROZETTA

Raz jeden!

LEONCE

O, nie! Nie zwiedziesz mnie! Niewiele brakło, a upragniona moja miłość narodziłaby się od nowa. Rad jestem, że ją pogrzebałem. Wrażenie — zachowam.

ROZETTA

oddala się z wolna i ze smutkiem, śpiewa odchodząc

Sierotka jestem, opuszczona,

Ach, miły Boże,

Tak żal mi nas, tak żal mi nas,

Któż dopomoże?

LEONCE

sam jeden

Miłość — szczególna to rzecz. Calutki rok spoczywa się śniąc na jawie, a któregoś ranka budzi się człowiek, wypija duszkiem szklankę wody, odziewa się na nowo, dłonią przesuwa po czole: i namyśla się — namyśla. Boże mój, ileż to trzeba kobiet, aby z góry na dół wziąć pełnym głosem rejestr miłości? Ledwo jedna zdoła niekiedy jeden wypełnić ton. Czemu opar ponad naszą ziemią jest pryzmatem, który rozszczepia w tęczę biało pałający promień miłości? pije W jakiej butli, do licha, zamknięto wino, które mogłoby mnie dzisiaj upoić? Czyż nawet tego nie potrafię? Siedzę jak pod pompą tłoczącą. Powietrze tak ostre i przejrzyste, że przeszywa mnie dreszcz, jakbym szedł na szlichtadę12 w nankinowych13 pludrach14. Moi panowie, moi panowie, czy aby wiecie, kim był Kaligula i Nero? Mnie to dobrze wiadomo. Chodź, miły mój Leonce, wygłoś swój monolog, będę się przysłuchiwał z uwagą. Życie moje rozdziawia się szerokim ziewaniem jak wielki, biały arkusz papieru, który powinienem zapisać, ale nie zdołam nakreślić ni jednej litery. Głowa moja jest pustą salą balową, trochę zawiędłych róż i wymiętych wstążek na posadzce, pęknięte skrzypce w kącie, ostatni tancerze zdjęli maski i przypatrują się sobie śmiertelnie znużonymi oczami. Codziennie odwracam siebie dwadzieścia cztery razy jak rękawiczkę. O, znam siebie na pamięć, wiem, co myśleć będę i marzyć za kwadrans, za osiem dni, za rok. Boże, cóż zawiniłem, że każesz mi jak sztubakowi tak często przepowiadać lekcję? Brawo, Leonce, brawo! klaszcze Niezgorszą sprawia mi przyjemność, kiedy tak nawołuję siebie. He! Leonce! Leonce!

VALERIO

spod stołu

Wasza wysokość zdaje się na najlepszej drodze, aby stać się błaznem!

LEONCE

Kiedy przyjrzeć się temu pod światło, i mnie się tak wydaje.

VALERIO

Proszę zaczekać chwilę, zaraz pogadamy o tym wyczerpująco. Muszę przedtem posilić się pieczenią, którą zwędziłem w kuchni, i golnąć łyk wina z książęcego stołu. Niebawem skończę.

LEONCE

Ależ mlaska! Ten hultaj przyprawia mnie o uczucia sielankowe; na nowo potrafiłbym rozpocząć od spraw najprostszych, mógłbym jeść ser, pić piwo, palić tytoń. Uwijaj się, nie chrząkaj tak ryjem i nie szczękaj kłami!

VALERIO

Szacowny Adonisie, czy waćpana obleciał strach o jego uda? Proszę przestać się niepokoić, nie jestem miotlarzem ni bakałarzem, nie potrzeba mi prętów do rózg.

LEONCE

Konceptu nigdy ci nie brak.

VALERIO

Czego życzę z całego serca waszej książęcej mości.

LEONCE

Abym się nie lenił ciebie wychłostać? Tak bardzo dbasz o swoją edukację?

VALERIO

O niebiosa, łatwiejsze jest narodzenie niż wychowanie. To żałosne, jakie brzemię narzuca nam cudza brzemienność. Od czasu kiedy matka moja była w błogosławionym stanie, mój stan cywilny nie był błogosławiony. Jakże niewygodnie wypadło mi leżeć, odkąd zległa, biedaczka!

LEONCE

Nie bądź tak czułostkowy, jeśli nie chcesz wypróbować mojej ręki. Twoja wrażliwość może cię przyprawić o bardzo dotkliwe wrażenia.

VALERIO

Kiedy matka moja żeglowała wokół Przylądka Dobrej Nadziei...

LEONCE

A twój ojczulek roztrzaskał się koło Kap Horn15...

VALERIO

Słusznie, gdyż był stróżem nocnym. A przecie tak często nie przykładał rogu do ust, by zatrąbić, jak przybierał w rogi rodziców szlachetnych synów.

LEONCE

Mój drogi, posiadłeś dar niebiańskiej bezczelności. Odczuwam pewną potrzebę bliższego zetknięcia się z nią. Ręka mnie świerzbi, aby się zapoznać z twoją facjatą.

VALERIO

Oto trafna odpowiedź i nieodparty argument ad personam.

LEONCE

zamierza się nań

Uważaj na twoją personę. To argument niezbity.

VALERIO

umyka; Leonce potyka się i pada

A waćpan jest dowodem, który trzeba dopiero udowodnić; potyka się bowiem o własne swoje nogi, które w gruncie rzeczy również są do udowodnienia. Są to łydki wysoce nieprawdopodobne i wielce problematyczne uda.

Wkracza Rada Stanu. Leonce siedzi na ziemi, Valerio.

PRZEWODNICZĄCY

Wasza wysokość wybaczy...

LEONCE

Jak sobie samemu! Jak samemu sobie! Wybaczam sobie wielkoduszność, że was wysłuchuję spokojnie. Moi panowie, czy nie zechcecie zająć miejsc? Co za miny! Proszę zasiąść na ziemi i nie krępować się. To i tak ostatnie miejsce, jakie kiedyś otrzymacie w darze, chociaż nikomu nic z tego nie przyjdzie, wyjąwszy grabarza.

PRZEWODNICZĄCY

skonfundowany, pstryka palcami

Wasza wysokość raczy...

LEONCE

Niech acan przestanie pstrykać palcami, jeśli nie chce zrobić ze mnie mordercy.

PRZEWODNICZĄCY

coraz silniej pstrykając

Zechce łaskawie uwzględnić...

LEONCE

Wielki Boże, włóż acan16 ręce do kieszeni lub siądź na nich! Język mu skołowaciał. Zbierz aść17 zmysły!

VALERIO

Nie wolno dzieciom przeszkadzać, gdy siusiają, mogą nieboraczki dostać zatwardzenia.

LEONCE

Człowieku, opanuj się. Pomyśl o twojej rodzinie i o państwie. Jeśli zadławisz się przemówieniem, może cię szlag trafić.

PRZEWODNICZĄCY

wyciąga papier z kieszeni

Pozwoli wasza wysokość...

LEONCE

Co? Acan już czytać umie? Zatem, w imię boże...

PRZEWODNICZĄCY

Jego królewska mość raczy powiadomić waszą wysokość, iż jutro należy oczekiwać przyjazdu wysoko urodzonej narzeczonej waszej wysokości, księżniczki Leny.

LEONCE

Jeżeli oczekuje mnie narzeczona, najchętniej pozwolę jej czekać. Wczorajszej nocy widziałem ją we śnie, jej oczy tak olbrzymie, iż pantofelki mojej Rozetty nie ustępowały łukom jej brwi, a na policzkach nie dołki dojrzałem, lecz doły, drenujące śmiech. Ja wierzę w sny. A waćpan śni niekiedy, prezydencie? Doznaje aść przeczuć?

VALERIO

Ma się rozumieć. Zawsze w przeddzień, nim pieczeń spali się w kominie, zdechnie pularda lub jego królewska mość raczy cierpieć na niestrawność.

LEONCE

A propos, czy aby waćpan czego nie zataił? Wyznaj aść wszystko.

PRZEWODNICZĄCY

W pamiętnym dniu ślubu miłościwy monarcha zamierza złożyć najwyższe zlecenia w ręce jego wysokości.

LEONCE

Powtórz aść miłościwemu monarsze, iż uczynię wszystko, wyjąwszy to, czego uczynić nie zamierzam. Panowie wybaczą, że ich nie odprowadzę, właśnie ogarnęła mnie namiętność siedzenia, lecz łaskawość moja jest tak wielka, iż zaledwo zdołam wymierzyć ją rozstawionymi nogami rozstawia nogi Nie omieszkaj waść wymierzyć mojej łaskawości, aby z czasem przypomnieć mi o niej. Valerio, odprowadź panów do drzwi.

VALERIO

Co, mam podrwić? Czy przywiązać dzwonek do szyi pana prezydenta? Tak, i wyprowadzić, jakby pełzali na czworakach?

LEONCE

Hultaju, jesteś kiepskim kalamburem. Ojca nie masz ni matki, spłodziło cię pięć samogłosek, cudzołożąc.

VALERIO

A książę jesteś księgą niezapisaną, pełną myślników. Nie zwlekajcie dłużej, panowie.

Wychodzi Przewodniczący wraz z Radą Stanu.

LEONCE

sam jeden

Płaskie koncepty! Jak nikczemnie wystrychnąłem na dudków tych biedaków! Cóż począć, istnieje rozkosz skryta w wulgarności. Hm! Żeniaczka! To jakby wypić studnię bez dna. O, Shandy, stary Shandy, gdybyż kto podarował mi twój zegarek18!

Wraca Valerio.

Ach, Valerio, czyś słyszał?

VALERIO

No i cóż, zostaniesz waszmość królem. Niezgorsza zabawa. Można dzień cały jeździć na spacer i niszczyć przechodniom kapelusze, zmuszając ich do licznych ukłonów; można z poczciwców urabiać rzetelnych żołnierzy i wtedy wszystko jest w porządku; można z czarnych fraków i białych halsztuków wykroić radców stanu; a kiedy wreszcie się umiera, lśniące guziki mundurów powleka krepa, a sznury na wieżach kościelnych pękają od dzwonienia. Czyż to nie jest zajmujące?

LEONCE

Valerio! Valerio! Musimy jąć się czego innego! Zgadnij!

VALERIO

Ach, wiedza, niezgłębiona wiedza! Będziemy uczonymi! A priori czy też a posteriori?

LEONCE

Jeśli a priori, to uczyć się trzeba u mego najjaśniejszego ojca; a posteriori zaś rozpoczyna się wszystko jak stara bajeczka: było kiedyś, w jakimś kraju!

VALERIO

Tedy bądźmy bohaterami! maszeruje tam i na powrót, imitując trębacza i dobosza Trom-trom-plere-plem!

LEONCE

Ależ heroizm kopci obrzydliwie, śmierdzi lazaretem i obyć się nie może bez poruczników oraz rekrutów. Idź do diabła z tą zwietrzałą romantyką Aleksandra i Napoleona!

VALERIO

Tedy zabawimy się w geniuszy.

LEONCE

Słowik poezji cały dzień kląska nam nad głową, lecz to, co w niej subtelne, ginie do czasu, gdy oskubiemy ją i pióra umaczamy w farbie lub inkauście.

VALERIO

Tedy bądźmy pożytecznymi obywatelami ludzkiej społeczności!

LEONCE

Wolałbym raczej podać się do dymisji jako człowiek.

VALERIO

Tedy idźmy do diabła.

LEONCE

Ach, diabeł istnieje tylko dla kontrastu, abyśmy rychlej pojąć mogli, że coś tam dzieje się na niebie. zrywając się Ach, Valerio, Valerio, nareszcie wpadłem na myśl! Czy nie czujesz powiewu z południa? Nie czujesz, jak pełga i pała ponad nami błękitny podmuch, jak błyska blask, odbity złociście od słonecznej gleby, od świętej toni słonych mórz, od kolumn i ciał marmurowych? Wielki Pan drzemie, a spiżowe postaci śnią w cieniu ponad szumiącymi falami o starym czarowniku Wergiliuszu, o taranteli i tamburynie, i o głębokich, obłędnych nocach, pełnych masek, pochodni i gitar. Lazaronem19 być, o, Valerio, lazaronem! Raz jeden w Italii!