SCENA ÓSMA
Ottegeba odchodzi. Gotfryd wraca.
Gotfryd
Wzdycha.
Trudno przyjść do ładu
z taką dziewczyną! Pomyśl wasza miłość:
matka ją zaszła przy krajaniu plastrów —
ot, zabawiła się sama w bartnika —
skłute ma ręce, piersi i ramiona.
Szalony wybryk ten spełniła przez to,
żem ja zapomniał stawić dzban na stole,
o co błagała mnie już dzisiaj w nocy.
Henryk
Równocześnie zdumiony i rozweselon80.
Jak to? Więc gwoli81 drobinki słodyczy
dla mnie pozwala na to, aby pszczoły
skłuły jej ciało? —
śmieje się w głos
Zatem idź, Gotfrydzie,
sprowadź mi tutaj mojego pachołka,
niechże mi z sakwy przyniesie łańcuszek
z złotym księżycem — dam go mojej żonie.
Mówię bez żartów! — Czemu jeszcze stoisz?
Gotfryd
Wahająco.
Panie, pachołek wasz pojechał.
Henryk
Jak to?
Pojechał — mówisz? Kto?...
Gotfryd
Ottaker, panie.
Henryk
Cóż to ma znaczyć — pojechał? Kto śmiał go
wysłać?
Gotfryd
Myślałem, panie, że wy o tym
wiecie.
Henryk
Opanowawszy się z głębi wnętrza.
Winienem wiedzieć, ale nie wiem.
wstaje, przechadza się powoli, pobladły, tłumiący w sobie wielkie wzruszenie
Tak... cierpliwości! Miej i ty cierpliwość
ze mną! Posłuchaj! Dlaczegom powrócił82
do tej tu waszej, zielonej, balsamem
jodeł pachnącej mogiły — ty kiedyś
musisz dowiedzieć się o tym, lecz jeszcze
nie dziś!... Na Boga! Przyjmij mnie tymczasem,
jakbym Henrykiem nie był von der Aue —
raczej pielgrzymem, który o przytułek
błaga was dzisiaj, o schron — i o spokój.
Gotfryd
Wasza miłości!...
Henryk
Gdybym miał tu przybyć
panem, nie byłbym przychodził... Czyż wierny
zawsze pachołek może odbiec pana?
Ni go uduszę za to, ni go zelżę! —
Nie! Łaski tylko pożądam od ciebie!
Nie po dzierżawnem83 zjechał84 w twą zagrodę
ni dziesięciny: błagam o jałmużnę,
o datek z łaski, o twe miłosierdzie!
Godfryd
Żali85 mię86 uszy zawodzą, o panie?!
Bogaty Henryk grabia von der Aue
prosi lichego wieśniaka i sługę
o datek z łaski i o miłosierdzie? —
Henryk
Bogaty Henryk von der Aue stał się
biednym Henrykiem von der Aue — oto,
co ci na teraz wystarczyć powinno.
Ale nadejdą dzionki i godziny!
Ach! Długie dzionki i długie godziny!
Wówczas na harfy jednostajnych strunach
pieśń ci wyśpiewam — bez końca: do syta
i do przesytu znajdziesz w niej odpowiedź,
gorżką87 odpowiedź na to wszystko, o co
pytać mnie będą oczy twe i słowa.
Zostanę z wami — tygodnie! Miesiące!
Lata!... A jeśli opuszczę was kiedy —
lecz o tym cicho... Nie ma takich ciemni,
aby się kiedyś nie porozpraszały...
Niech ci to starczy... Cierpliwości!... Serce,
zbawione ciszy, musi szukać ciszy!
Dajże mi, zacny człowieku, co leży
na twojej skroni! Obsyp mnie bogactwem
z skarbca twojego spokoju: bo tego
łaknie ma dusza więcej niźli skarbów
Saladynowych88.
Odchodzi wolnym krokiem.
Gotfryd
Głębokim wzrokiem śledzi kroki odchodzącego. — Wchodzi Brygita.
Brygita
Pan odszedł w tej chwili?
Gotfryd
Pojmujeszli89 to?
Brygita
Ni jego, ni dziecka!
Leży i płacze, jęczy i przysięga:
jako90 wyzwolić go musi.
Gotfryd
Od czego?
Brygita
Pytajcie — mówi — ojca Benedykta.