SCENA SIÓDMA

Ottegeba

Przynosi plaster miodu.

Gotfryd

Otóż i ona, panie.

Henryk

Cóż to niesiesz?

Ottegeba

Trochę świeżego miodu.

Henryk

Patrzcie tylko —

Umie przemawiać — umie, nie jest niema!

Miło mi bardzo, a gdy wiem już o tym,

więc, moje dziecko drogie, musisz usiąść

tam na tej ławie — musisz się tłumaczyć.

Znów zamyślona? Czybyś mnie się bała?

O nie bójże57 się, jestem tak łagodny —

snać58 nie uwierzysz, jakim ja łagodny59!

Jak ci się wiedzie?

Ottegeba

Nie wie, co z sobą począć.

Dobrze.

Henryk

Zawsze dobrze?

Ottegeba

Prawie ginie z zakłopotania.

Tak, panie.

Henryk

Tobie wciąż się dobrze wiedzie,

a cesarz Frydryk w złocistej koronie

nad trud i walkę nie zna nic innego.

Bogatszą jesteś niźli on, me dziecię,

nie mówiąc o mnie. Nigdy ci się tutaj,

na tym pustkowiu nie dłuży?

Ottegeba

Zaprzecza potrząśnieniem60 głowy.

Henryk

Co robisz,

aby odegnać nudy? Powiedzże61 mi!

Ottegeba

Nie odpowiada — odwraca się w wielkim zakłopotaniu, a w końcu mówi.

Modlę się, panie...

Henryk

Modlisz?... Bardzo pięknie —

Do której z świętych modlisz się najchętniej?

Ottegeba

jw.

Przyprowadziła już mię raz do zdrowia

nasza Najświętsza Panienka...

Henryk

Do zdrowia

przyprowadziła cię już raz? Mnie rani—

zadawa62 rany! Wierzaj mi, że umie

zadawać rany.

Ottegeba

Nie, panie.

Henryk

Nie — mówisz?

Nie?... Pragnieszli63 mnie pouczyć, więc poucz...

Ottegeba

Czyni głową gwałtowny ruch zaprzeczający.

Gotfryd

Niech wasza miłość wybaczy. Niedawno

powstała z ciężkiej choroby...

Henryk

Dlaczego

chowa swą prawą rękę?

Gotfryd

Jak to, panie?...

Henryk

Czemu ją chowasz?

Gotfryd

Pokaż!

Ottegeba

Nie, mój ojcze!

Gotfryd

Ej, uporczywa panienko! Pan każe,

więc — proszę — pokaż prawą dłoń...

Brygita

Poza nim.

Gotfrydzie!

Ottegeba

Matka was woła!

Chce się oddalić.

Brygita

Poza nim.

Gotfrydzie!

Gotfryd

Wybaczcie!

Henryk

I owszem, zwalniam.

Gotfryd

Odchodzi.

Henryk

Powiedzże64 mi jeszcze:

znasz mnie?

Ottegeba

Kiwa przesadnie głową.

Henryk

Kim jestem?

Ottegeba

Naszym panem.

Henryk

Żmija

ma swoją dziurę, ptak ma gniazdo swoje,

i lisy mają swe jamy, a człowiek,

którego pragniesz uważać za pana,

jest bez przytułku — ziem65 się pod nim pali,

gdziekolwiek tylko postawi swe stopy,

niby piekielny ogień. — Przecz66 się śmiejesz?

Ottegeba

Która wybuchnęła krótkim, chorobliwym śmiechem, opanowuje się i znowu blada i zalękniona pyta się z bojaźliwymi oczy67.

Ja?...

Henryk

Powiedzże mi, jak ja się nazywam?

Ottegeba

Drżąco.

Henryk.

Henryk

Tak — dobrze — Henryk — a jak jeszcze?

Ottegeba

Zowiesz się Henryk grabia z Aue, panie.

Henryk

Bóg wie to jeden — tak — tak się nazywam,

tak! — A od kiedy znasz mnie — co?

Ottegeba

Drżąc.

Od kiedy?

Od... od dwóch lat już...

Henryk

Od dwóch lat?... Zda mi się

iże68 się mylisz, bo ostatnim razem —

— na moje słowo twierdzę to rycerskie —

byłem w tym domu przed laty dziesięciu,

zasię69 od tego czasu ani chwili...

Ottegeba

W największym zakłopotaniu.

Ja byłam jeszcze mała...

Henryk

A tak — byłaś

mała! Więc z czasem nie bardzo się liczysz.

Przed dwoma laty, moje dziecko drogie,

ten gość ubogi, którego tu widzisz

przy kromce chleba, legał70 w marmurowych,

pięknych przybytkach, przy szemrzących studniach,

gdzie złote rybki spływały w baseny,

a jeśli kiedy chciał oszołomioną

wodzić źrenicą, to ją zwracał w stronę,

skąd się przewonne kłębiły kadzidła —

o tam! W Azzahry71 czarowne ogrody.

O takich rajach nigdyś, lube dziecię,

chybaś nie śniło72! O rajach, gdzie ginąć

z upajającej rozkoszy, gdzie bambus

chwieje się w schroni73 samotnej pod ciemnym

sklepiskiem74 cedrów, gdzie krzaki azalii

niby kwieciste ścielą się poduszki.

Kwiecia błękitną krwią zda ci się morze,

ach, całujące marmurowe stopnie,

na nim się lekkie kołyszą gondole,

lśniące od złota, klejnotów, purpury. —

Śpiew jakiś słyszysz — śpiewa niewolnica —

i w tym jest tęskne, smętne rozkwiecenie —

nad cyprysową schyla się cysterną

i z zdroja75 czerpie srebrzystymi wiadry76...

I opływają cię obce wyrazy,

stopione w duszy spłomienionej fali.

Chłoniesz je w siebie z wszystkimi woniami,

które zachodni wiatr przywiewa k’tobie77,

z coraz to słodszą pieszcząc cię miłością.

Lecz dosyć o tym! Teraz jestem tutaj

a nie w Palermie78 ani też w Granadzie —

i proszę ciebie, opowiadaj dalej,

co li wiesz79 o mnie po tak długim czasie,

który tak krótką zdaje ci się chwilą.

Ottegeba

Przerażona.

Nic więcej, panie, nic!

Henryk

Nie wierzę temu —

Nic nadto więcej, tylko nic?... Jak mało!

niemal za mało na twe piękne oczy —

a teraz pytam ci się na sumienie,

ty Ottegebo mała, ty ma święta

z świętych jasnością ze lnu i jedwabiu:

jakże ja ciebie zwałem w owych czasach?

Jakże ja ciebie zwałem — powiedzże mi —

wówczas, gdyś do mnie lgnęła stokroć bardziej

niźli do matki — jakżeż ja cię zwałem?

Ottegeba

Stoi odwrócona od niego w największym zakłopotaniu, wije się, gryzie fartuch lub chustkę, wybucha śmiechem, który jednak w tej chwili tłumi przerażona. Przy tym kurczy się i dopiero po ponownych zachętach wydobywa z siebie z trudem i po cichu następujące słowa.

Ty — moja — mała — żono!

Henryk

Owszem! Owszem!

Ty moja mała żono!... Nuż naprawdę

zwać cię tak będzie jakiś dzielny wieśniak,

jak ja cię wówczas nazywałem żartem.

Ottegeba

Przerażona, śmiertelnie pobladła, ucieka.

Henryk

Dokąd?

Ottegeba

Staje drżąca.

Zdawało mi się, że mnie ojciec

woła.

Henryk

Pozostań, siadaj. Albo może...

straciłem przez co twą łaskę? Co? Powiedz! —

Żal by mi było.