SCENA SZÓSTA

Gotfryd

Zjawia się we drzwiach swego domu.

Witamy u nas waszą miłość, panie —

Henryk

Dzień dobry, stary.

Gotfryd

Lepszegom nie zaznał27

w całym mym życiu, niźli28 ten, o panie!

Wszakże na pierwszym spotyka się kroku

z najmilszym gościem i mym godnym panem.

Lecz wasza miłość wielce nas zawstydza,

a przedsię29, panie, mnie — bo juścić30 przy was

tom ci ja31 śpiochem i złym gospodarzem.

Henryk

Zaczyna śniadać32.

Nie troszcz się o mnie, przyjacielu! — Usiądź,

umiałem sypiać wśród najdzikszej wrzawy —

w obozie, w polu, na dworach książęcych,

gdzie dzień i nocą skrzypiały w zawiasach

wrótnie33 zamkowe... przy tętencie kopyt,

przy knechtów34 krzykach jak pień takem leżał35

i spał... Tu cisza, a przecież w tej ciszy

głośno obzywa36 się me wnętrze... Widzisz —

gdy tam, na łąki i na trzęsawiska

księżyc rozlewa swe umarłe światło

i gdy z nim razem chyba jaki świerszczyk

czuwa pod miedzą, tutaj w mojej głowie

wciąż wre i huczy od harców rycerskich,

od zbrojnych pląsów, od haseł wojennych,

obcych języków i szeptów, i gruchań,

których nie zdołam przemóc. —

Gotfryd

Wasza miłość

niedobrze spali tej nocy?

Henryk

Przytułkiem

jest sen, a gorze37 tym, co bez przytułku!

Żaliż38 nie prawda? ...

Gotfryd

Prawda mocna, panie.

Henryk

Nie, nie! Bez żartów: od dawnych już czasów

przyzwyczajenie wypędza mnie z łoża

zwykle przed świtem, często o północy...

A jeśli tutaj doświadczycie tego,

proszę, niech was to nie dziwi, przebaczcie!

Gotfryd

Waszej miłości dom ten, gdzie mieszkamy,

i waszym grunt ten, na którym on stoi —

czyż przeto godzi się mówić: «przebaczcie» —

raczej nas zbudźcie, gdy czuwać raczycie.

Henryk

Śpijcie w spokoju — wy, co na ten spokój

zasłużyliście dnia przeciężkim znojem.

Na co wam moje czuwanie? Dziękuję!

Z wdzięcznością dzisiaj poznaję znów w tobie,

com jako chłopiec dobrze znał — twe serce!

Alem nie przyszedł, aby kraść to serce

ani rabować jego ustroń złotą —

proszę cię tylko, zechciej mi pozwolić,

bym przy ognisku twoim mógł zostawać

samli39 ze sobą.

Godfryd

Po chwili milczenia.

Może wasza miłość

chce, abym odszedł?

Henryk

Siadaj!

Źle tłumaczysz,

com ci powiedział. Chodź tu! Jest mi błogo

na twoje siwe znów poglądać włosy

i znów, po tylu, tylu długich latach —

słyszeć ten miły, luby głos ojcowski.

Nie troszcz się o to, jeśli ci się wydam

człowiekiem obcym — na lichym zagonie,

który uprawiasz: tak, jam się powłoszczył40,

przecież za uścisk — jeśli mi go twoja

dłoń nie poskąpi — niemiecka uściskiem

zapłaci ręka.

Gotfryd

Chce na klęczkach obiema rękami chwycić prawicę Henryka, którą ten gwałtownym cofa ruchem.

Co? Tyś się powłoszczył,

panie mój miły? Brońże41 słodki Chryste!

Jeśli nie wyście42 wzorem niemieckiego

dziś obyczaju, zwierciadłem niemieckiej

cnoty rycerskiej, to gdzież nam się godzi

w krajach niemieckich szukać dziś dworskości,

męstwa i dumy, i tej niewzruszonej

naszej wiernoty43?

Was mi zwać niemieckim,

was zwać mi czystym, jak czystą zostanie

ta wzrosła z czystej krwi niemieckiej jodła.

Źreniczne gwiazdy namiestnika Rzymu

nie płoną jaśniej od waszych i Frydryk

z nie mniejszą dumą stałby ponad lnianą

przędzą tej waszej głowy niż nad jego.

Henryk

Pochmurniawszy44.

Ha... to być może! Brylant, jak powiadasz,

będzie brylantem, choćby nawet Łazarz

nosił tę obręcz, śród której on płonie.

prędko odbiega od tego

Dać cesarzowi, co jest cesarskiego!

Lecz dosyć na tym... Usiądź, opowiadaj

o innych sprawach. O tym, co tam gdacze

kogut z kurami pomiędzy stodołą

i stajnią — dla mnie słodsza to biesiada,

niżeli pienia królewskie Waltera.

Ile masz koni? Krów? Czy się odpłaca

ten łan za ciężki twój mozół? Odpowiedz!

Jakieś miał żniwa? Jakieś zebrał ziarna,

owoce, wino? To, widzisz, są wieście45,

których dziś łaknę, stary: — o Turczynie,

o chrześcijaństwie, Gwelfach, Ghibelinach46

i namiestniku rzymskim ty mi nie mów...

Gotfryd

Nieobyczajną wzdyć47 jest moja mowa —

sam ci48 to widzę. Lecz gdy was niegodna,

proszę też bardzo — niechże wasza łaska

raczy rozważyć, czy chodząc w tym kole

powszednich zajęć, mogłem się zaprawić

w dworski obyczaj?

Henryk

Tam, ten kraj najwyższy,

gdzie się uprawny zagon styka z lasem —

czyż to nie pola wyki49?

Gotfryd

Tak jest, panie!

Henryk

Gdyśmy się wczoraj — ja wraz z mym konikiem —

spuszczali na dół tuż przy owym skraju,

słyszałem ciche Zdrowaś bądź Maryja,

nucone chórem przez głosy dziecięce,

a równocześniem ujrzał nieopodal,

śród zwału głazów, maleńki pożarek.

Pozostawiwszy konia, zbliżyłem się

ostrożnie k’miejscu50 — i oto com spostrzegł51:

gromadkę chłopców spostrzegłem i dziewcząt,

jak się sprawiali naokoło ognia —

wydało mi się to wszystko czarownym

jakimś widziadłem. I mówię: a cóż to,

moje panięta małe, tak prażycie,

co gotujecie tak po ciemku? Naraz,

ledwiem to wyrzekł52 — zgrajka się rozpierzchła —

przy ogniu tylko została dzieweczka,

wyprostowana, niepewna, milcząca,

spoglądająca mi w oczy. «Ty — pytam —

takeś nuciła?» Lecz ona milczała.

Gotfryd

Wybaczcie dziecku, miłościwy panie —

To była córka moja, Ottegeba,

dziwne stworzonko, które mnie i matce

bezsenną noc już sprawiło niejedną.

Henryk

Dziwne stworzonko... masz słuszność!...

Gotfryd

I, panie,

wyście ją znali, na koń ją braliście

nie po raz jeden — o, za dawnych czasów —

bo choć już wtedy lubiła się płoszyć,

jak ta przepiórka, gnieżdżąca się w życie,

wy ją umieli wywabić i przy was

swojsko jej było od razu.

Henryk

Tak!.. Wówczas. —

Wówczas — pamiętam dobrze, gdym wieczorem

z wesołych wracał łowów, przemęczony,

jednak rozbawion53, zawsze ta dziewica

pierwsza mi w oko wpadała — radośniem54

witał ją wówczas jako moją żonkę.

Tak! Wówczas, wówczas! Jak mi biło serce,

jakie mi muszki latały po głowie. —

Wiem, wiem! A teraz takem się oddalił55

od owej chwili promiennej młodości,

że Ottegeba, moja żonka drobna,

kiedym ją ujrzał, tak mi była obcą,

jakby jej nigdy nie lizała twarzy

i miłych rączek Dyjana, ma suczka,

jakbym ja nigdy nie gładził jej włosów,

jakbym jej nigdy dla miłej rozrywki

nie grał na rogu piosenek myśliwskich,

jakem to przecież czynił56 nie raz jeden!...