SCENA PIĄTA
Henryk
Sam, kładzie dłoń na pień wiązu, spogląda ku jego koronie i mówi do siebie z tłumionym wzruszeniem.
W koronie jeszcze stoi wiąz i, jakby
ulany z spiżu, strzela nieruchomie24
w chłodne powietrze jasnego poranku;
bliskiego mrozu ostre, srebrne tchnienia
już może jutro obedrą go z liści —
on się nie ruszy: — wszystko, na czym tylko
spocznie twe oko, zdaje się w pokorze
na wolę Stwórcy — wyjąwszy człowieka,
tak, tak— wyjąwszy mnie!... O wróć, spokoju,
wszak niedalekoś25... Na cichych, zielonych
leżysz murawach, tchy twe zawiewają
ku moim skroniom od ciemnego runa
jodeł — od czarnych, snać26 odwiecznych jodeł
mego dzieciństwa... tak, w dziedzinie mojej,
śród gór tych moich i ty przemieszkujesz —
przeto mi bratem bądź i przyjacielem!