SCENA PIĄTA
Ottegeba
Zjawia się w drzwiczkach celi i mówi głosem zaledwie dosłyszalnym.
Nie! Ona żyje... żyje...
Henryk
Nie widząc jej, nie poznając, tak samo:
Któż to mówi?
Ottegeba
Ja...
Henryk
Kto?
Benedykt
Po cichu, gwałtownie.
Idź sobie!... Czego chcesz tu?
Henryk
Mnichu,
któż tutaj mówił?
Benedykt
Nikogom nie słyszał303.
Ottegeba
Ja!
Henryk
Ty? Kto? Jeszcze raz! Kto? Kto tu mówił?
Ottegeba
Ja! Ottegeba, twa małżonka mała.
Henryk
Milczy przez chwilę z niesłychanego osłupienia, potem.
Kto?... Kto?... Nieczysty! Nieczysty! — Pozostań!
Myślę ja wprawdzie, że jesteśli cieniem304,
i wiem ci305 o tym — lecz żaden śmiertelnik
wiedzieć nie może, czy ten jad przepastny,
który mam we krwi, nie kazi i duchów
zmarłych... Nie zbliżaj się do mnie! Nie! Zostań!
Wiem ci ja o tym, żeś nie jest śmiertelna:
lecz dla mnie, dla mnie mogłabyś... ach! Umrzeć!
A ja pożądam, ażebyś ostatnią
żyła iskierką na dnie moich mrących
ócz... Ty nie jesteś Ottegebą! Nigdy!
Czoło twe, prawda, czyste jest i białe,
i tak wyniosłe jak u niej, lecz zasię306
tyś nie jest prochem... Prawda, w głosie twoim
coś mi tak dźwięczy... coś bardziej znanego
niż kołysanki mej umarłej matki.
Jednak dzierżawcy ty nie jesteś dzieckiem,
moją ty małą nie jesteś małżonką,
nie siadywałaś mi u stóp i włosem
ran nie suszyłaś ropiących307: — odpowiedz! —
Gdybyś... nie jesteś nią... lecz gdybyś była:
jakżeż ja wówczas mam pojąć to światło,
co przeszywało mury mojej kaźni?...
Wówczas ja ślepcem byłem całe życie
i wzrok zyskałem dopiero w przepaści!
I nie przeklinać musiałbym naonczas,
lecz błogosławić, składać dziękczynienia,
zamiast oskarżać, dziękczynienia temu,
który prowadził me kroki: i z wyżyn
tronu — raz jeszcze gdybym stanął na nim,
musiałbym sobie grzebać paznokciami —
tak, i zębami stopnie do mogiły,
w którą wtrąciła mnie moc niewszechmocna
tą swoją arcymiłosierną pięścią? —
To nie ty... Salve Regina308!... O Boże,
bądźże miłościw dla mnie!...
Pada, złamany, jego szloch zmienia się w głośne łkanie i dusza jego wyswobadza się w łzach.
Ottegeba
Wygląda w dziwnym oświetleniu kaplicy na zjawisko prawie bezcielesne, otoczone glorią. Przystępuje do Henryka, opiera się na jednym kolanie, obiema rękami podnosi głowę jego do góry i całuje go w czoło. On patrzy na nią osłupiały, posłuszny jak dziecko, jakby miał przed sobą zjawisko niebiańskie, a i ojciec Benedykt ukląkł, oszołomiony.
Chodź, już późno...
Biedny Henryku? Chodź!...
Henryk
Salve Regina!
Ottegeba
Chodź!
Benedykt
Dokąd idziesz?
Ottegeba
Obchodzić niebiańskie
me narodziny.
Benedykt
Pod nożem lekarza
z Salerny? —
Ottegeba
Dzięki, ojcze Benedykcie!
Pamiętaj o mnie!
Benedykt
A cóż mam powiedzieć
twemu biednemu ojcu?
Ottegeba
Tam! W niebiesiech
mieszka mój ojciec i ja chcę być prędzej
niż ty u ojca...
Benedykt
Do Henryka.
Dokąd pójść pragniecie?
Henryk
Jej się zapytaj! Ja nie wiem.
Ottegeba
Chodź w drogę,
biedny Henryku! Chodź w drogę, nie zwlekaj!
Chceszli309 mnie, ojcze, sznurami przywiązać
do ziemie310? Mamże311 przez ciebie utracić
tę odrobinę krwi, za którą mogę
kupić niebieską koronę?
Henryk
Dziewico!
Należysz do mnie...
Ottegeba
Nie! Do Pana Boga!
Biada! Co mówisz? Chodź...
Henryk
Albowiem tyle
dano mi jeszcze życia, ile twoja
zaczerpnąć może święta dłoń!...
Ottegeba
Jać312 tobie
zaczerpnę z zdroju zbawienia, lecz nigdy
na waszym świecie... Chodź, chodź! Tak na bożej
uznano Radzie... Muszę! Chcę! Tak, muszę!
I ludzkie słowa nie staną mi w drodze.
Święta Agnieszka313...
Benedykt
Jeśli jesteś bożą
oblubienicą, tak cię, jak tu stoję,
zawiodę w mury klasztorne, w tej chwili.
Ottegeba
Nie, ojcze!
Henryk
Idę za tobą, dziewico.
Wiedź mnie do życia... prowadź mnie ku śmierci!
Wiedź mnie do rożna świętego Wawrzyńca314,
do płomiennego stosu Polikarpa315:
przy tobie śmiać się będę z wszystkich katów
i krwi świadectwo dam twojemu słowu.
Zasłona.