SCENA CZWARTA
Benedykt
Wchodzi z latarką w ręku, staje obok zakapturzonego przy ołtarzu i przerażony pyta.
Czego ty szukasz? Ktoś ty jest?
Henryk
Nie pytaj.
Benedykt
Czego tu szukasz tą późną godziną?
Henryk
Tego, com właśnie pomyślał...
Benedykt
Cóż to ma znaczyć?
Henryk
Że człowiek jest sitem,
które nie chwyta tego, wiesz, co chwyta.
Benedykt
Ktoś ty?
Henryk
Szczur!
Benedykt
Proszęć262, tajemniczy człeku,
stoisz na miejscu poświęconym Bogu —
i jeśli szukasz tutaj miłosierdzia,
bądź mi pozdrowion263!... Lecz wyznaj, kto jesteś?
Henryk
Masz sam to zbadać, mnichu, bo ja nie wiem.
Benedykt
Możeś ty264 jeden — wyznaj — z ludzi bożych?
Henryk
Nie! Z pogrzebionych...
Benedykt
Żegnając się.
Wieczny odpoczynek
daj Panie Boże tym bezsennym duchom,
lecz ty, znać, jesteś człekiem z krwi i kości.
Henryk
Ratuj mnie, ojcze! O, ratuj mnie! Ratuj!
Pomówże265 z Bogiem Ojcem, twoim panem,
by mnie wybawić chciał od złości ludzkiej.
Tyś jego sługą. Powiedz mu, ażeby
zagwizdać raczył na tę sforę ludzką,
która, szalona żądzą krwi i łowów,
nie poprzestaje mnie tropić... Czyż kiedym
zatruwał studnie? Czyliż266 z nieczystości
krwi mej i ikry ropuszej lepiłem
kulki i czyż je rzucałem do źródeł,
skąd piją ludzie?... Kiedyż jam to zrobił?
Pomóż mi! Ukryj, schowaj, bo inaczej
muszę się spalić!... Zamknij drzwi te — zamknij!
Bom ja niewinien267! — Nie! O, nie otwieraj —
pomóż mi! Ratuj! Ocal! Nienawidzą
wszyscy mnie ludzie! Tak z kołatką ręku
w mniszym habicie wyszedłem ukradkiem
na świat, stąpając po nożach, a ludzie
co kroku w twarz mnie smagali biczyskiem.
Ja chcę wyzdrowieć, mnichu! Chcę wyzdrowieć!
Uzdrów mnie! Usuń z mojej krwie268 tę straszną,
haniebną klątwę! Obsypię cię złotem
po samą szyję, wszak jestem bogaty!
Oczyść mnie, księże! Zmuśże269 do milczenia
głos, dzień i noc mi wyjący: «Nieczysty!»,
a ja ci oddam wszystkie moje skarby,
wszystkie me zamki rzucę ci pod nogi
niby garść piasku! Pomów z Bogiem Ojcem,
pomów z tym panem! Powiedz mu, że dosyć
mam jego razów, poniżeń i męki! —
Że mi aż nadto dał już odczuć tutaj,
kim jest i że już nie zostało we mnie
nic do zniszczenia. Powiedz mu to, mnichu!
Powiedz mu, powiedz, że jestem rozdarty,
że zepsowane270 jądro mego życia,
że psom na strawę już się nie nadaję
i — Bóg jest wielki! Przepotężny! Wielki!
Chwalę Go, chwalę! Nie ma nic nad Niego
i jam jest niczym... lecz ja żyć, żyć pragnę!!!!...
Pada z szlochem do nóg mnicha.
Benedykt
Wyście to może Henryk von der Aue?
Henryk
Nie — nie! Tamtego dawno pogrzebiono!
Patrzaj! Wyrokuj: czy on jeszcze żyje.
Zrywa kaptur z twarzy, widać blade, wygłodniałe, zniszczone oblicze.
Benedykt
Cofa się przerażony.
O panie! Panie! To wyście271 naprawdę!
Henryk
Powiedzże272 mi to! Utkwij oczy we mnie,
badaj i powiedz, czy to ja... Bo chociaż
jestem ja niczym, tylko czymś, co wieczną
gnane wichurą, straszne znosi męki,
to na dnie mego szaleństwa jest przecie
coś, co z chełpliwym szepce mi uporem:
jam kiedyś księciem był i jednym z możnych
tej ziemi... Mnichu, powiedz mi, kim jestem!
Wszak to niedawno, jak mnie pogrzebiono273
w grodzie Konstanckim, w grobach moich przodków,
a przecież żyję lub śnię może w grobie?
jakże ty sądzisz: śnię czy żyję? Sen to,
że pogrzebiono mnie przy biciu dzwonów,
że sam ci byłem274 przy tym, gdy mą trumnę
nieśli z znakami książęcej potęgi?
Senli to275, powiedz, był, że iskra ognia
z żarnej pochodni jednego z trabantów276
spiekła mi nogę? Żem słyszał, jak kuzyn
Konrad, wychodząc z kościoła, z szyderstwem
krzyczał: «zobaczym, żali277 taka świnia
będzie umiała rozburzyć grobowiec?».
Powiedz mi, księże, czy to jest ten Konrad,
który mi sprawił trumnę i grobowiec —
ten sam, któregom ciężką bryłą złota
wykupił ongi tam w Maroch? Czy jestem
tym samym, powiedz, który to uczynił?
Lub czy też jestem marnym psem żebraczym,
który, gdy w polu pokaże się jakaś
głowa kapusty, dziwnie małpująca
mądrość człowieka, zaraz się przeważa
i drżeć zaczyna, i na siedem stajań278
skrada się z strachu przez rowy i bagna,
by tylko w oczy nie spojrzeć Gorgonie279?!
Benedykt
Powiedzieliście mi ongi280, w godzinie,
gdy was przenikał jeszcze duch pokoju — —
powiedzieliście mi, że mędrcy świata
mają ze sobą wspólną myśl głęboką,
żeśmy się winni zbroić w równowagę;
że ta w nich wspólna nauka, iż człowiek
winien się cały poddać woli bożej...
Henryk
Nagle zmieniony.
Nie! Nie chcę! Gdzież to dziecko?
Benedykt
Przerażony.
Jakie dziecko?
Henryk
Ta dziewka! Dziecko! — Owa obłąkana —
córka dzierżawcy Gotfryda! Gdzie?...
Benedykt
Po co?
Na co wam ona? Czego chcecie od niej?
Henryk
Co? Czego chcę ja? Na co to pytanie?
Benedykt
Chciałbym wybadać, jakie ma zamysły
człek chrześcijański.
Henryk
Dziko.
Czy Bóg jest litośny281?
Benedykt
Tak.
Henryk
Czy mnie może zbawić?
Benedykt
Tak.
Henryk
Czy może
zbawić mnie przez to dziecko? Jednym słowem:
gdzie ona? Powiedz!
Benedykt
Kto?... Wszakeście282, panie,
szlachcic!
Henryk
A tyś jest łotrem!
Benedykt
Macie w myśli
to nieszczęśliwe i biedne stworzenie,
które w ciemnościach szło, szukając drogi
do Pana Boga i zasię zbłądziło
tuż nad krawędzią przepaści?
Henryk
Zbłądziła
czy nie zbłądziła: ona jest u ciebie!
Posłuchaj mnichu! Popatrz mi, księżuniu
w oczy — tak, popatrz, abyś każde słowo,
nim je wypowiesz, dokładnie rozważył,
a gdybyś nie chciał zrozumieć przestrogi,
którą na twarzy mej krwawymi głoski283
wyryły ciernie płomienne — naonczas284
w klepsydrze twojej piasek już przesypan285 —
na łeb na szyję spadniesz w otchłań zguby.
Benedykt
Mnie wasza groźba wcale nie przeraża.
Dziwny jesteście, prawda, i straszliwy
i ten przybytek święty drga od ogni
krwawych błyskawic przepaści, lecz Ojciec
ochroni dzieci swoje...
Henryk
Nie ochroni!
Nic nie ochroni cię, jeżeli kłamiesz!
Gdzie ona? Powiedz! Jest tutaj!... Dwie noce
jam się zakradał286 pod strzechę dzierżawcy
i nie spotkałem nigdzie mej małżonki,
chociażem ucho przykładał287 do każdej
marnej szczeliny, chociażem288 się chyłkiem,
prawdziwy szlachcic, drapał289 poprzez płoty,
aby ją ujrzeć... Ona jest u ciebie...
Zdradził to w stajni jeden z mych parobków,
który, po udziech290 klepiąc klacz, powiedział:
«Bądźże291 posłuszną, a nie jak naszego
córka dzierżawcy, bo inaczej pójdziesz
do pustelnika w zaloty»...
Benedykt
Nie!... Panie,
powiedzcie raczej, czemu się jak złodziej
zakradaliście popod dom Gotfryda?
Cóżeście chcieli292 czynić z Ottegebą?
Henryk
Co chciałem czynić?... Małpy chciałem chwytać
i potem z nimi pójść na dwór cesarski
i przeszachrować je za trzy czerwieńce293.
Tak, mój księżuniu, tegom chciał294... Nic więcej! —
Benedykt
Czyście nas sami nie uczyli kiedyś...
Henryk
Kimże295 ja jestem, bym kogo pouczał?
Ty na podziękę poucz mnie, gdzie ona?...
Benedykt
Nie ma jej tutaj!... Nie ma!
Henryk
Nie? Więc gdzieś jest?
Benedykt
U Boga, panie!
Henryk
Co — gdzie?
Benedykt
W bożych rękach.
Henryk
U Boga, mówisz?... Cóż to? Czy umarła?
Benedykt
Nie, kto u Boga, ten żyje.
Henryk
Umarła?
Benedykt
Tylko dla świata i jako niebiosów296
oblubienica.
Henryk
Dobrze, mój księżuniu!
Wiem to, tak, wiedzieć o tym powinienem.
Zaciśnij arkan! Mocno! Dość mam tego!
wyczerpany i złamany
Po raz ostatni, mnichu: dzień dzisiejszy
wzdyć297 mnie pouczył: nikt nie jest tak biednym,
by go biedniejszym nie mógł Bóg uczynić.
Bo jakiż rabuś obrabował kogoś,
który nic nie ma?! — Tak, tak, dziecko zmarło,
dziecko nie żyje! Gdy mi Łazarz biały
przyniósł wiadomość, że ona nie żyje,
że serce pękło jej z wielkiego bolu
nad trędowatym panem, z mocą szału
krzyk wyrzuciłem, co mi szarpał wnętrze,
a potem zmilkłem — i nie dałem wiary.
Potem me nogi mknęły jak na skrzydłach.
Dokąd? Jam tego nie wiedział... I potem
mknęły i lasem, górą i doliną,
przez dzikie gąszcza298 i wzdęte potoki,
ażem tu stanął299, na tym ostatecznym
progu... Dlaczegom biegł300 tak? Jakaż złota
kazała mknąć mi nagroda — odpowiedz —
niby jakiemu biegunowi? Cóżem
mniemał301 tu znaleźć? Żalić302 mnie nie porwał
jakiś wir ognia? Żalić sam nie byłem
żagwią pożarną niby jakiś dziki
jastrząb, lecący z krzykiem i pożogą
wskroś lasów?... Słuchaj, tak mi się zdawało...
Przestwór powietrza brzmiał: «Ona nie zmarła!
Nie! Ona żyje! Twa małżonka mała
żyje! Nie zmarła!»... — A jednak umarła...