SCENA TRZECIA
Kaplica pusta; pali się lampka wieczysta i wiele gromnic. Wtem daje się słyszeć kołatka, potem, jak zbrodniarz, w habicie z kapturem na twarz zsuniętym, zjawia się Henryk. Ma kołatkę i długą laskę z woreczkiem.
Henryk
Zawlókłszy się do ołtarza, pada na stopniach, błagając pomocy. Z wnętrza wydobywają mu się oderwane, rozpaczliwe wyrazy.
Modlić się — modlić... nie mogę! O Boże,
daj mi wyrazy!... Czemu mi nie dajesz
Twoich wyrazów, abym mógł się modlić?
Łez!... Łez!... O, daj mi łez!... O, daj mi wody,
bym te ogniste zagasił języki
w pogorzeliska rozsypanych gruzach.
Zabij mnie! Zabij!... Podstępnieś mnie odwiódł,
chytry myśliwcze, od wybrzeża cichej,
chłodnej, głębokiej, przeogromnej wody,
kiedym się właśnie, jak bóbr, chciał zanurzyć
na dno to zimne, gdzie już nic nie gore...
Zgaś mnie! Ach, zgaś mnie! Wszelką mękę świata
zgaś w czarnym łonie ciemności!... Przenigdy
Ty mnie już nie budź, albowiem to słońce
dręczy mnie swymi zatrutymi strzały...
Snu! Snu mi nie skąp, albowiem me łoże
nie jest już łożem: w mej głowie szaleją
nocą tysiączne żmije słońca: zbaw mnie —
zbaw mnie tej260 strasznej światłości! Dlaczego
siejesz nienawiść? Czemuś na kształt gradu
rozsypał ślepców po ziemi, ażeby
wzajem szarpali się na kęsy? Czemu
karmisz nas mlekiem troski? Przecz261 musimy
znosić katusze w płomieniach słonecznych,
nie mając kropli ochłody? O Boże!
Zapomnij o mnie, zapomnij! Ach pomyśl,
żem już nic nie wart, żem przestał być cegłą
Twej tynkowanej krwią budowli! W krwawym
gruncie i krwawym spojona cementem
sterczy ta straszna, bolesna budowla,
udręczonego pełna życia — grozą
przejmując biedną mą duszę!... Zapomnij,
zapomnij o mnie, o Ty przeogromny,
Ty przeraźliwy budowniczy! Na cóż
przyda się Tobie jedno ziarnko piasku?
Cóż Ci ubędzie, gdy mnie wyobleczesz
spod Swojej męki i Swego zbawienia,
jeśli mnie zwolnisz, jeśli mnie odpędzisz
od robocizny i płacy zarazem.